Pokojowa Nagroda Nobla 2011 – komentarz

W roku bieżącym Pokojowa Nagroda Nobla trafiła do trzech kobiet: prezydent Liberii Ellen Johnson-Sirleaf, działaczki z czasów wojny domowej w Liberii Leymah Gbowee, a także jemeńskiej dziennikarki i propagatorki idei demokratycznych – Tawakkul Karman.

Najmniejsze wątpliwości nasuwają się co do osoby Leymah Gbowee, w skrwawionej wojną Liberii istotnie i w sposób wymierny zasłużonej dla wygaśnięcia wojny oraz niesienia pomocy jej ofiarom. Opiekowała się rannymi, próbowała organizować na nowo życie setek tysięcy byłych dzieci-żołnierzy (stanowiących ogromny problem społeczny w całej niemal Afryce), a w 2002 roku założyła Masowy Ruch Kobiet Liberii na rzecz Pokoju, łącząc w nim zarówno chrześcijanki, jak i muzułmanki. Obecnie mieszka w Ghanie, gdzie kieruje siecią działaczek zrzeszonych w Women Peace and Security Network Africa, aktywizując kobiety w krajach całej Zachodniej Afryki i zachęcając je do angażowania w pokojowe rozwiązywanie konfliktów – tak, jak robiła to ona sama.  Założyła też Women in Peacebuilding Program/West African Network for Peacebuilding (WIPNET/WANEP). W Afryce, pełnej lokalnych wojen o stopniu brutalizacji daleko przekraczającym wyobrażenie Zachodu, działalność Leymah Gbowee wymagała niemałej odwagi, ale też przyniosła wiele dobrego w wymiarze praktycznym.

Często przyznanie pokojowej Nagrody Nobla ma wymiar dwupłaszczyznowy. Jest nagrodą dla określonej jednostki lub organizacji za podejmowane przez nie inicjatywy, ale stanowi również wyraz oczekiwania lub nadzieji na pozytywne przemiany polityczne lub społeczne. W przypadku Gbowee byłby to jasny sygnał dotyczący zaprzestania krwawych wojen plemiennych i domowych, czytelne wskazanie na los dzieci – żołnierzy (będących jednym z najtragiczniejszych epizodów w trakcie wojen prowadzonych w II połowie XX wieku), a także zwrócenie uwagi na los tych, którzy jakże wiele ucierpieli na skutek działań wojennych.

Niestety – członkowie Komitetu chcieli iść dalej.

Kolejną z wytypowanych przez nich laureatek jest obecna prezydent Liberii – Ellen Johnson-Sirleaf. Przyznam, że trudno mi przywołać jakieś szczególne zasługi, które wniosła w propagowanie pokoju. Ukończyła ekonomię na Uniwersytecie Harvarda, a w latach 1972–1973 pełniła funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Finansów. Od od roku 1980 była ministrem finansów. Straciła stanowisko pięć lat później, kiedy podczas kampanii wyborczej do Senatu skrytykowała reżim (na krótko została wtedy zamknięta w więzieniu). Zmuszona do emigracji, pracowała w bankowości, m.in. afrykańskich strukturach Banku Światowego i Citibanku. Powróciła do Liberii w 1997 i zaangażowała się w działalność polityczną. Stojąc na czele Partii Jedności, działała w opozycji do Charlesa Taylora,  mimo że wcześniej wspierała go podczas rebelii przeciw prezydentowi Samuelowi Doe. W wyborach prezydenckich w 1997 uzyskała zaledwie 10% poparcia (przy 75% głosów na Taylora). Po jego upadku stanęła do wyborów prezydenckich jesienią 2005, w I turze zajęła drugie miejsce za znanym piłkarzem George’m Weahem, ale w II turze (w listopadzie) odniosła zwycięstwo, stając się pierwszą kobietą – prezydentem w Afryce.

Ellen Johnson-Sirleaf jest więc politykiem związanym od samego początku swojej kariery ze strukturami rządowymi. Chcąc lepiej zrozumieć ten wątek, trzeba odwołać się do historii. Jak już wspomniałem, po powrocie ze studiów na Harvardzie została ona wysokim urzędnikiem w administracji prezydenta Williama Tolberta. Ostatni z wymienionych został jednak zamordowany przez grupę wojskowych skupionych wokół niejakiego Samuela Doe – analfabety, sierżanta liberyjskiej armii, który postanowił dokonać zamachu stanu. Doszło do tego 12 kwietnia 1980 r. Pierwsze posunięcia nowego „prezydenta” polegały na przeprowadzeniu szeroko zakrojonych czystek – wymordowano 13 ministrów oraz wielu innych członków administracji Tolberta, rozpoczęto brutalną rozprawę z jego dawnymi zwolennikami,  ponadto zaś tępiono wszelkie przejawy opozycji.

Przypomnijmy, że to właśnie wówczas, po przejęciu władzy przez Doe, urzędująca dziś prezydent Liberii została ministrem finansów. Nie tylko nie straciła – jak tylu innych, lecz awansowała…

Idźmy jednak dalej. Po roku 1985 przebywała na emigracji, co stanowiło konsekwencję krytyki reżimu. Tymczasem w Liberii pod koniec lat 80-tych doszło do rozłamu na wyższych szczeblach władzy. W roku 1989 większość kraju została opanowana przez grupy rebeliantów z Narodowo-Patriotycznego Frontu Liberii, którymi kierował były współpracownik Doe, Charles Taylor. W wyniku kolejnego rozłamu powstał Niepodległy Narodowo-Patriotyczny Front Liberii (Independent National Patriotic Front of Liberia), któremu przewodził Prince Y. Johnson. 9 września 1990 roku Doe został schwytany w zasadzkę urządzoną przez rebeliantów Johnsona. Zginął podczas tortur. Ich przebieg nagrano na taśmie video i emitowano w wiadomościach krajowych oraz zagranicznych.

W trakcie tych to właśnie przemian obecna pani prezydent popierała rebeliantów, konkretnie Taylora, jakkolwiek potem, w roku 1997, była jego wyborczą kontrkandydatką, a po przegranej zasiliła szeregi opozycji. Czy faktycznie – jak piszą niektóre media, przyczyniła się do jego upadku? Nie sądzę, by było to twierdzenie uzasadnione. Za rządów Taylora Liberia stała się krajem bardzo ubogim, w którym codzienność stanowiły grabież i bezprawie. Przez kraj przetaczały się zbrojne bandy, grabiące, gwałcące i mordujące obywateli, działające, według oskarżycieli Taylora, pod cichym przyzwoleniem czerpiącego z tego prywatne zyski prezydenta. W roku 2003 pod wpływem presji międzynarodowej do Liberii przyleciał Olusẹgun Ọbasanjọ, prezydent Nigerii, osobiście namawiając Taylora do ustąpienia. Po negocjacjach Taylor odleciał wraz z Ọbasanjọ samolotem do Nigerii, gdzie otrzymał luksusowy dom nad wybrzeżem Atlantyku oraz gwarancję spokoju. Kilka lat później, w roku 2006, ulegając naciskom USA, Nigeria ogłosiła, że cofa azyl polityczny dla Taylora, a liberyjski rząd może go aresztować. 20 czerwca 2006 przewieziono go do Hagi i postawiono przed Sądem Specjalnym dla Sierra Leone.

Przywołany przed chwilą bieg wypadków wskazuje, że Ellen Johnson-Sirleaf znajdowała się wprawdzie w politycznej opozycji do Taylora, ale to Zachód doprowadził do jego upadku, a ona po prostu wystartowała w kolejnych wyborach jako jeden z kandydatów do wakującego urzędu.

Wcześniej, od początku swojej kariery, uczestniczyła po prostu w liberyjskim życiu politycznym tak samo, jak setki innych: czasem kierowała się korzyścią własną, czasem sprzeciwiała brutalności i ekonomicznemu chaosowi. Swoje poglądy zmieniała: pracowała w administracji Tolberta, co jednak nie przeszkadzało jej objąć teki ministra finansów za rządów jego mordercy – Doe; potem krytykowała dyktatora, a poparła jednego z jego byłych współpracowników – Charlesa Taylora. Gdy ten w roku 1997 wygrał wybory, współtworzyła opozycję. W przeciwieństwie do wielu umiała wykorzystać okazję – tyle że trudno tu znaleźć jakiś wkład w światowy pokój. Oczywiście nie neguję jej wiedzy ekonomicznej, ani też ważnych reform gospodarczych, jakie przeprowadziła w Liberii – co zresztą przyniosło m. in. znaczne zmniejszenie zadłużenia kraju na arenie międzynarodowej, ale pokojowy Nobel? W świetle tego, co napisałem wyżej, wydaje się co najmniej nieadekwatny i mało zrozumiały.

Decyzja Komitetu Noblowskiego budzi w przypadku Johnson-Sirleaf zastrzeżenia również innej natury. Otóż 11 października w Liberii mają się odbyć wybory, w których ubiega się ona o reelekcję. Norweski naukowiec, afrykanista dr Morten Boeas zauważył, że gdyby chodziło o kandydata wyłonionego z innego kraju niż afrykański, Komitet Noblowski na pewno wstrzymałby się w takiej sytuacji z przyznaniem nagrody. W Liberii ogłoszoną dziś decyzję odczytuje się bardzo jednoznacznie jako poparcie obecnej prezydent i ugrupowania, któremu przewodzi.

Komitet z pewnością nie wziął poza tym pod uwagę głosu samych Liberyjczyków. Jakkolwiek Ellen Johnson-Sirleaf cieszy się tam niemałym poparciem, nie brak też i opinii negatywnych. Zarzuca się jej m. in. korupcję i sprzeniewierzanie publicznych środków, jak również używanie ich w celu rozwinięcia własnej kampanii wyborczej. Decyzję Komitetu tym więc trudniej zrozumieć… Chyba, że sprawa podejrzeń o korupcję jest mniej istotna od faktu zasiadania w sformowanym przez laureatkę rządzie większej ilości kobiet – co z kolei stanowi podobno dowód na postępowość pani prezydent i jej wkład w obronę praw światowej populacji płci pięknej.

I wreszcie Tawakkul Karman. Nagroda Nobla w jej przypadku jest nie tyle kontrowersyjna, co po prostu niepoważna i nieuzasadniona. Laureatka ma 32 lata. Jest jemeńską dziennikarką, która wsławiła się tym, że była jedną z najgłośniej protestujących przeciwko rządowi w trakcie ostatnich wydarzeń związanych z tzw. arabską rewolucją i broni wolności mediów. Do innych elementów jej wkładu w światowy pokój prasa zaliczyła m. in. „upodobanie do kolorowych chust w kwieciście wzory”, co „wyróżnia ją spośród rodaczek w większości ubranych od stóp do głów na czarno” (serio – za: http://www.rp.pl/artykul/11,729265-Tawakkul-Karman—dziennikarka-i-obronczyni-praw-czlowieka.html).

Reasumując: wydaje się, że kolejna nieprzemyślana decyzja Komitetu Noblowskiego jest efektem braku krytycznego rozeznania sytuacji, a także jeszcze jedną odsłoną płytkiego i krótkowzrocznego dążenia do implementacji wartości liberalnych w każdą sferę życia publicznego, jak również stosunki międzynarodowe. Po raz kolejny nie przeanalizowano wszystkich informacji, bądź też celowo je zignorowano. Członkowie komisji ponownie nie tyle nagrodzili wkład w budowę światowej stabilizacji i pokoju – w dwóch przypadkach trudno go w ogóle znaleźć, co postanowili dokonać następnej politycznej manifestacji na rzecz demokracji i praw człowieka.

I – co stwierdzam z przykrością, wygłupili się. Po raz kolejny. Tak samo, jak w przypadku Rigoberty Menchu lub Barracka Obamy. 

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Pokojowa Nagroda Nobla 2011 – komentarz”

  1. Mam wrażenie, że jest nieco gorzej. Owszem – wielu obserwatorów kontestuje to, komu pokojowy Nobel jest przyznawany, ale z drugiej strony wszystkie lewicujące media i tzw. liberalni lub lewicowi intelektualiści oraz wykładowcy zacierają ręce z radości. Taki też obraz płynie do oduczonego krytycznej oceny faktów społeczeństwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.