Rękas: Jak przegrywamy Bitwę Warszawską

Tak, oczywiście, historycznie już raz ją przecież wygraliśmy. Zanim się jednak zastanowimy, jak to zrobiliśmy i co z tego wynika dla naszej teraźniejszości – pomyślmy: dlaczego do Cudu nad Wisłą w ogóle doszło.

Jasne, też oglądałem ten film: „widocznie musiało, skoro doszło”. Nie zagłębiając się jednak wcale w historie alternatywne łatwo zauważyć, że (oprócz całej otoczki zdarzeń) – zadecydowały wydarzenia o rok wcześniej od 15. sierpnia 1920 r. Nieco tylko uogólniając – polscy przywódcy mieli wówczas dwie opcje.

Geopolityczna konieczność

Po pierwsze – można było porozumieć się z Białymi i niewielkim, właściwie bezkosztowym manewrem w worku orłowskim pomóc Denikinowi w zdobyciu Moskwy, co mogło (acz nie musiało) dać Siłom Zbrojnym Południa Rosji zwycięstwo w wojnie domowej.

Jakie korzyści dla Polski z takiego rozwiązania? Mniejsze, acz bardziej oczywiste – to trwałe pozbycie się zagrożenia bolszewickiego i granice według stanu posiadania na październik 1919 r. (daleko na Wschód od granicy ryskiej, mniej więcej po Linii Dmowskiego), oczywiście gdybyśmy uznawali je nam za niezbędne (czego bynajmniej nie potwierdziła późniejsza historia II RP). Zresztą, mając za sąsiada państwo przyjazne, a nawet powiązane z nami długiem wdzięczności – można by było sobie przecież pozwolić nawet na niezaokrąglanie granic tak bardzo, jak w rzeczywistości (która II RP bynajmniej nie przyniosła poprawy położenia strategicznego, przy pogorszeniu spoistości wewnętrznej). Tak czy siak jednak – o naszych granicach decydował zasięg Wojska Polskiego. Między bajki należy włożyć opowieści, jak to „Denikin nie zgadzał się na niepodległość Polski” albo „Chciał granicy na Bugu”. To są po prostu KŁAMSTWA, zweryfikowane już lata temu dokumentami źródłowymi.

Przede wszystkim jednak zysk Polski polegałby na… samym odrodzeniu białej Rosji. Przez całe Dwudziestolecie II RP nie tylko kierowana była przez swe elity tak, jakby znajdowała się w próżni geopolitycznej, ale… rzeczywiście w niej była. Nic: ani jedyny sojusz z Rumunią, ani upokarzającą jednostronna zależność od Francji w latach 1920-26, ani chwilowe przejęcie kontroli przez Wielką Brytanię w okresie 1926-28, ani późniejsze mniej lub bardziej chaotyczne działania dyplomacji polskiej – nie zapewniło Polsce elementarnego oparcia geopolitycznego. Takie mogło dać tylko oparcie się o jednego z sąsiadów. A którego? Cóż, to też wiemy z realnego przebiegu zdarzeń. To Niemcy powersalskie nie mogły zaakceptować samego istnienia Polski, posiadania przez nią Pomorza, Śląska czy nawet Wielkopolski, Ponadto zaś, jak to wiedziano już przed Wielką Wojną – siłę mogło przynieść Polsce tylko dalsze posuwanie się na Zachód (bo już niby gdzie dalej na Wschód za Linię Dmowskiego?). Wybór zostawał więc jeden.

Biała Rosja potrzebowała Polski by powstać. Polska potrzebowała Białej Rosji by przetrwać. Interes był więc obopólny.

Czerwona alternatywa

Istniała jednak alternatywa. Skoro celowo i świadomie odmówiono układu z Denikinem – należało kontynuować rozmowy z bolszewikami i nie kończyć rozmów w Mikaszewiczach impasem (równie celowym, jak jałowo przewlekane negocjacje z Białymi). Czerwoni – a następnie ich państwo, Związek Sowiecki, dotrzymało dokonanych w tamtym właśnie okresie ustaleń z Bałtami, po co więc było wojować jeszcze dwa lata? Również instrukcje Lenina dla Marchlewskiego były jasne: ustępować Polakom, zgadzać się na granice nawet daleko na Wschodzie.

Podkreślmy – tak Biali, jak i Czerwoni godzili się na Mińsk i Kamieniec Litewski w granicach niepodległej Polski! Jedni i drudzy natomiast nie chcieli słuchać żadnych bajek o Ukrainie, doskonale wiedząc, że to bzdury i prowokacje, w dodatku bez oparcia w tamtejszej ludności. Lenin i Denikin bez problemu akceptowali polską Białoruś – ale już nie petlurowski Kijów. A to w jego imię najpierw Piłsudski biernie przyglądał się rozgromieniu Białych, a następnie ściągnął na Polskę najazd bolszewicki, do odparcia bez żadnej bitwy, na drodze dyplomatycznej na kilkanaście miesięcy przed ofiarą krwi na polach pod Radzyminem,

I w tym wariancie mielibyśmy więc pokój, mielibyśmy granice wg najdalszych oczekiwać – nie mielibyśmy natomiast partnera, w każdym razie nie od razu. Jak wiemy z historii – państwo bolszewickie wolno wracało na arenę międzynarodową i chociaż życzliwość Polski mogłaby ten proces przyspieszyć, to i tak trwałoby to dłużej niż mogła znów zaistnieć pełnoprawna podmiotowość białej Rosji. Również i ZSSR ostatecznie wróciłoby jednak w końcu do swojej historycznej pozycji geopolitycznej, a z realnego przebiegu zdarzeń wiemy przecież, że porozumienie polsko-sowieckie było po prostu historyczną koniecznością. Skoro nie w 1919 r. i jeśli nie w roku 1939 – to ostatecznie w 1944.

Mogliśmy pomóc Białej Rosji – i stworzyć silny blok, w oparciu o który coraz dalej i śmielej moglibyśmy z czasem sięgać na zachód. Mogliśmy pomóc Rosji Czerwonej – i mieć pokój. W obu przypadkach zginęłoby mniej ludzi, mielibyśmy lepsze (za takie uważane) granice, mniejsze długi, mniejszą zależność od zagranicy, mniejsze zniszczenia. Mieliśmy wybór – i wybrano nam coś spoza celów polskich, bo już wówczas grano nami nie w naszym interesie.

I czy coś się w tym zakresie zmieniło? Czy czegoś nam nie przypominają deklaracje, że „Nie zgodzimy się na korzystną dla Polski umowę gazową – bo PRZECIEŻ UKRAINA…!”? Pewnie, historia powtarza się jako farsa, zamiast więc parady otarcia łez w Kijowie – mamy paradujących po Polsce Ukraińców, jednak mechanizm poświęcania interesu polskiego pozostał przecież ten sam.

Nasza wojna

Nie tylko zresztą on. Nie wyciągnęliśmy również innych, jeszcze bardziej fundamentalnych wniosków z naszego zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej. Zastanówmy się przez chwilę nie czemu wygraliśmy to konkretne starcie – tylko czemu w ogóle nie przegraliśmy tamtej wojny? Dlaczego rewolucja bolszewicka nie tylko w Polsce przegrała, ale nawet nie wzbudziła jakiegoś szczególnego zainteresowania klasy robotniczej i chłopstwa, czyli swej naturalnej bazy (w tej roli występujących nie tylko przecież w Rosji)?

Oczywiście dlatego, że na żadnym etapie nie była z polskiego punktu widzenia rewolucją, zarzewiem wojny domowej na podglebiu socjalnym – ale tylko i WYŁĄCZNIE obcym najazdem. Sprawa NARODOWA okazała swą zdecydowaną wyższość nad zagadnieniem KLASOWYM. Stąd właśnie przegrana nie tyle Lenina i Trockiego, co przede wszystkim Dzierżyńskiego, Marchlewskiego i innych Czerwonopolaków idących na Warszawę.

No dobrze, ale to przecież wiemy wszyscy, aż do przesady dezawuując odmienną od chwilowo zwycięskiej, czerwoną, bolszewicką wizję Polski w ramach Świata Rad. Czego jednak nie widzimy i nie rozumiemy, a co dostrzec powinniśmy zwłaszcza 15. sierpnia? Że sprawą polską nie jest również ani globalne zwycięstwo światowego kapitalizmu, ani wszechtriumf liberalnej demokracji, ani żadna inna z licznych ideologii, które przyszły nad Wisłę z kolejnego obcego kierunku i tym razem żaden Cud ich nie zatrzymał.

Tak, sprawa narodowa wygrała w roku 1920, ale przegrywa w roku 2019. I nie stoją dziś kolejki do punktów werbunkowych Armii Ochotniczej, cudowna postać nie okrywa Polski swym błękitnym płaszczem, a na murach nie wiszę zagrzewające do obrony, krzepiące odezwy polskich generałów. Najpierw pogrążono nas współczesną parodią „wyprawy kijowskiej”, a dziś przegrywamy naszą Bitwę Warszawską.

Bez walki.

Konrad Rękas

[Głosów:20    Średnia:5/5]
Facebook

2 thoughts on “Rękas: Jak przegrywamy Bitwę Warszawską”

  1. Zgadzam się co do oceny białej Rosji, z tym, że białą Rosję jako przeciwwagę dla Niemiec można było widzieć do 1933 roku, gdy do władzy doszła NSDAP i doszło do odwilży w stosunkach polsko-niemieckich. Uważam, że wtedy w interesie zarówno Polski, jak i Niemiec i Rosji było utworzenie sojuszu polityczno-militarnego, rozwój współpracy gospodarczej i utworzenie wspólnej przrstrzeni geopolitycznej, do której by należały dodatkowo wszystkie europejskie i azjatyckie państwa Osi, jakie były + Hiszpania, Portugalia, Jugosławia, Grecja, Finlandia, Turcja i Persja, a w reszcie krajów europejskich i MENA na drodze działań militarnych zostałyby zainstalowane nastawione na współpracę rządy nacjonalistyczne. W przypadku istnienia białej Rosji na wschodzie i narodowo-socjalistycznych Niemiec na Zachodzie nie widzę innej optymalnej perspektywy, jak powstanie Osi Berlin-Rzym-Warszawa-Moskwa-Tokio z mniejszymi państwami w składzie.
    Zasadniczo to też zgadzam się z Panem Rękasem w ocenie wariantu czerwonego – tzn w przypadku gdyby Rosja jednak stała się bolszewicka. Przy czym w tym wariancie na pewno widziałbym Niemcy po 1933 roku jako bardziej przyjazne (pod warunkiem, że polska polityka byłaby prowadzona mądrze). W każdym razie, o ile w przypadku białej Rosji sojusz polsko-rosyjsko-niemiecki byłby raczej dobrowolny, to w przypadku Rosji sowieckiej najpierw sojusz polsko-niemiecki powinien się umocnić, a Polska powinna się wzmocnić i zmodernizować, a dopiero potem Polska i Niemcy jako jedna siła zmusiłyby Sowietów do zawarcia jakiegoś paktu (ja bym go nazwał Ribbentrop-Mołotow-Beck – swoją drogą Zychowicz mógłby napisać o tym książkę wespół ze mną :D). Taki sojusz miałby swoje podstawy, ponieważ wszystkie te trzy państwa miały pewne cechy wspólne (w tym “ideologiczne”) licząc je zarówno jako wszystkie razem, jak i osobno (Rosja-Niemcy, Polska-Niemcy, Polska-Rosja). Jakby nie patrzeć środowiska polityczne w Polsce miały cechy zbliżone i do faszyzmu i do socjalizmu. Sanacja z faszyzmem wspólne miała to, że miała podobny wojskowo-autokratyczny image, podkreślano znaczenie państwa oraz jakby nie patrzeć to sanacja była widziana jako spadkobiercy pogromu bolszewików, w końcu Hitler miał pozytywne zdanie o Piłsudskim, a Mussolini też raczej był życzliwy do sanacyjnej Polski. Z socjalizmem (a przez to pośrednio z bolszewizmem) sanacja miała to wspólne, że wyrosła z ruchu socjalistycznego, w samej sanacji w końcu byli i tacy, co wybierali opcję wschodnią przeciw Niemcom, jak i opcję niemiecką przeciw Moskwie. Nie bez przyczyny jedni widzą w sanacji polski odpowiednik faszyzmu, a drudzy widzą polski odpowiednik bolszewizmu. Endecja była raczej ruchem demoliberalnym, najbliższym ogólnie rozumianemu liberalizmowi niż faszyzmowi, czy bolszewizmowi, mimo to powszechnie uważa się endeków za ruch faszystowski, lub za “pachołków Moskwy”. Z faszyzmem endecja miała wspólny nacjonalizm, poza tym wielu endeków było pozytywnie nastawionych do faszystów włoskich i entuzjastycznie patrzyło na dojście do władzy NSDAP w Niemczech w 1933 roku (w kontekście walki z żydowskimi wpływami). Z drugiej strony duża część endeków we wczesnych latach swej działalności politycznej otarła się o socjalizm, a w powojennej Polsce ich antyniemieckość zbliżała ich (lub miała szansę zbliżyć) w stronę Rosji sowieckiej. W końcu w ostateczności po wojnie powstało przecież zjawisko endokomuny.
    Na podobieństwa między faszyzmem, “nazizmem”, a bolszewizmem zwracają dzisiaj uwagę zarówno prawicowcy (i w mniejszym stopniu lewica liberalna) nieprzychylni wszystkim tym ideologiom, jak i środowiska neutralnie podchodzące do tego tematu lub życzliwie, wskazując na podobieństwa w kontekście antyliberalnym, chodzi tu o publicystykę Xportalu, stanowiska Aleksandra Dugina oraz różne środowiska popierające eurazjatyzm, a tym narodowi bolszewicy, zwykli nacjonaliści (np Zoran Buljugić z Serbskiej Akcji) itd. W końcu w NSDAP istniała początkowo również frakcja prosowiecka, a w czasie obowiązywania paktu Ribbentrop-Mołotow za wspólny mianownik ideologiczny cementujący sojusz uznawano oficjalnie patriotyzm i socjalizm.
    Te różne środowiska w Europie, którym się marzy historyczny sojusz między III Rzeszą, a Sowietami zazwyczaj pomijają Polskę – ja w przeciwieństwie do nich uważam, że taki sojusz mógł i powinien powstać uwzględniając Polskę jako podmiot i kluczowy element tego sojuszu. Na gruncie ideologicznym miałoby to o tyle pozytywny efekt, że doszłoby do integracji w jedną całość konserwatyzmu, nacjonalizmu i socjalizmu, znaczy się to, co nazywa się sojuszem ekstremów stałoby się hegemonicznym kierunkiem cywilizacyjnym kontynentu ustalającym przyszłość Europy. Na gruncie gospodarczym połączenie niemieckiej innowacyjności złączonej polskim polotem i rosyjską bazą surowcowo-ludnościową doprowadziłoby do ogromnego wzrostu gospodarczego Europy (a raczej Eurazji), co by oznaczało to, że dzisiaj kapitalizm byłby pieśnią przeszłości, nikt by nie traktował poważnie twierdzeń o “jedynosłuszości/jedynoefektywności” kapitalizmu.
    W skrócie w przypadku powstania sojuszu polsko-niemieckiego były dla Polski i Niemiec dwie opcje:
    – atak na ZSRR, co by się wiązało z powstaniem takich państw jak Ukraina, Białoruś itd.
    – wymuszenie na ZSRR zawiązania sojuszu z Polską i Niemcami. W tym wariancie o żadnych Ukrainach i innych państwach nie byłoby mowy
    Dla wszystkich trzech państw i dla kontynentu europejskiego oczywiście dużo lepsza była druga opcja, bo wojna Europy z Eurazją skończyła się dla wszystkich śmiercią wielu milionów ludzi, zniszczeniem gospodarek, które trzeba było odbudowywać i w ostateczności triumfem liberalizmu. To w liberalizm należało w czasie IIWŚ uderzyć, niestety wojna zaczęła się w najgorszy możliwy scenariusz rzutujący się na sam koniec wojny.

  2. Człowiek czyta ten wszystkie dywagacja i ma tylko mętlik w głowie, może w końcu warto by rozpatrzeć tamte wydarzenia z w kontekście tych słów :

    Druga część Tajemnicy: kara i sposoby jej uniknięcia

    MATKA BOŻA: Widzieliście piekło, dokąd idą dusze biednych grzeszników. Aby je zbawić, Bóg chce ustanowić w świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca.

    Jeżeli zostanie zrobione to, co wam powiem, wiele dusz będzie zbawionych i nastanie pokój.

    Wojna zmierza ku końcowi. Lecz jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, wybuchnie druga, jeszcze gorsza, w czasie panowania Piusa XI. Gdy zobaczycie noc rozświetloną nieznanym światłem, wiedzcie, że jest to wielki znak, który da wam Bóg, iż nadchodzi kara dla świata za jego zbrodnie w postaci wojny, głodu i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego.

    Aby temu zapobiec, przyjdę prosić o poświęcenie Rosji mojemu Niepokalanemu Sercu oraz o Komunię św. wynagradzającą, w pierwsze soboty miesiąca. Jeżeli moje prośby zostaną wysłuchane, Rosja nawróci się i nastanie pokój. Jeżeli nie, [kraj ten] rozpowszechni swe błędy po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła Świętego. Dobrzy będą umęczeni, Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć, różne narody będą unicestwione. Na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci i będzie dany światu na pewien czas pokój.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *