Rękas: Pierwszy tranzytowy kryzys gazowy (1968-1970)

Czy wiecie Państwo kiedy zaczęły się pierwsze problemy z transferem rosyjskiego gazu ziemnego do Europy Zachodniej? Na długo przed powstaniem pierwszej transkontynentalnej nitki gazociągu, zaś kryzys wynikał ze sporu między Polską, a… Niemiecką Republiką Demokratyczną. To w jego wyniku po raz pierwszy straciliśmy szansę na zyski z tranzytu, na które musieliśmy poczekać aż do lat 90-tych, kiedy już sami zrobiliśmy wszystko, by się ich znów pozbyć.

Zaczęło się w Polsce…

Na początek przypomnijmy jednak, że historia gazu ziemnego, jako czołowego surowca energetycznego Europy – jest dość krótka.  I zaczęła się sto lat temu na… ziemiach polskich, a konkretnie w Daszawie, gdzie 18. kwietnia 1921 roku dokonano pierwszego odwiertu, a już rok później polscy i niemieccy inżynierowie wybudowali 14-kilometrowy gazociąg do Stryja, by w 1929 r. zaopatrzyć w daszawski gaz ziemny odległy o 68 km Lwów. Były to pierwsze linie przesyłowe gazu ziemnego w Europie Wschodniej i faktycznie początek gazownictwa jako rosnącej (aż do teraz…) gałęzi energetyki na tych obszarach. Tymczasem jeszcze przez dobre trzy dekady w stolicach Zachodu (a skądinąd także w… Moskwie) królowało wprawdzie publiczne oświetlenie gazowe, jednak uzyskiwane z tzw. gazu miejskiego, pochodzącego z gazyfikacji węgla (a u swego zarania, w 1812 r. w Londynie – z węgla drzewnego). Na swoje jednak szczęście, technologii gazowej przydarzyły się dwa szczęśliwe przypadki. Dla Zachodu kluczowe było odkrycie i decyzja o eksploatacji holenderskiego złoża w Groningen w lipcu 1959 r., którego skutkiem była pełna gazyfikacja systemu energetycznego Niderlandów, co z kolei skłoniło Wielką Brytanię i Norwegię do intensywnych i ostatecznie zakończonych sukcesami dalszych poszukiwań.

Gazowicy

Kto wie jednak czy jeszcze bardziej znaczącym nie okazał się fakt, że blisko połowę polityki przemysłowej Związku Sowieckiego odpowiadał jeden człowiek: Ławrientij Beria i podległe mu imperium bezpieczeństwa. To, a także fakt usunięcia starej kadry przemysłowej w okresie Wielkiej Czystki – otworzyło drzwi do kariery dla tysięcy młodych inżynierów i techników, znanych jako Pokolenie 1939. A istotną część tego środowiska stanowili gazowicy – ludzie przemysłu gazowego, długo traktowanego (podobnie jak i na Zachodzie), jako młodszy i mniej ważny brat potężnego sektora naftowego. I tu jednak zdarzył się kolejny korzystny dla gazu wypadek historyczny, a mianowicie miejsce Józefa Stalina, stawiającego właśnie na ropę i realnie wdrażającego leninowski slogan o elektryfikacji, zajął na czele polityki sowieckiej Nikita Chruszczow, którego chaotyczny umysł rosnący w siłę i wpływy gazowicy potrafili co jakiś czas pobudzać w korzystnych dla swego przemysłu kierunkach, znosząc równocześnie dzielnie destrukcyjne wizje gospodarcze niezrównoważonego genseka.

Faktycznie jednak prawdziwymi orędownikami najpierw wzmocnienia roli gazu ziemnego w sowieckim miksie energetycznym, a następnie wdrożenia programu gazowej dyplomacji – byli w kierownictwie ZSSR ówczesny wicepremier Aleksiej Kosygin oraz szef Gospłanu Nikołaj Bajbakow. Wraz z uznaniem strategicznej roli wydobywanego na Zachodniej Syberii surowca – cała ta frakcja przyjęła nazwę właśnie od pracowników swego ulubionego sektora, przechodząc do historii jako polityczne ramię gazowików, z których z kolei najistotniejszym pozostawał Aleksiej Kortunow, prawdziwy twórca sowieckiej potęgi gazowej. Ta trójka reprezentowała coraz bardziej wpływową grupę, która z powodzeniem osłoniła tę część przemysłu przed skutkami chruszczowowskiej decentralizacji, dzięki czemu sowiecki gaz ziemny doczekał wreszcie swojej ery – czasów Leonida Breżniewa. To wtedy właśnie zapadła decyzja – czas ruszać na Zachód, jednak nie czołgami, ale gazociągami. A przetestować postanowiono to na Austrii.

Kierunek – Niemcy

W tym celu, w pięknych okolicznościach nie tylko przyrody, ale i kultury materialnej, w Schloss Hernstein niedaleko od Wiednia latem 1967 r. rozpoczęły się negocjacje sowiecko-austriackie dotyczące zaopatrzenia położonego między Wschodem a Zachodem neutralnego kraju w sowiecki gaz ziemny. Prawdziwym ich celem nie był jednak malutki rynek austriacki, ale wywołanie zainteresowanie znacznie bardziej interesującego partnera –przemysłu zachodnioniemieckiego. Ten zrozumiał przekaz, a w dodatku miał pod ręką równie rozwojowego jak sam gaz polityka. Był nim właśnie awansowany na ministra spraw zagranicznych RFN burmistrz Berlina Zachodniego Willy Brandt. Reprezentował on okrzyczany sukces ekonomiczny kierowanego przez siebie do niedawna miasta, które jednak potrzebowało dostępu do energii z zewnątrz. Przede wszystkim jednak Brandt dawał swoją twarz temu, co miało zostać nazwane Ostpolitik, a poza sferą propagandy oznaczało właśnie odprężenie niemiecko-sowieckie w celu robienia interesów. Zanim jednak do tego doszło – po swój kawałek gazowego interesu – zgłosiła się NRD. I tu na scenie pojawiła się również Polska.

Jeszcze w czasach Chruszczowa ZSSR zaczął wysyłać swój gaz do PRL i CSRS, jednak przecież to właśnie Niemcy Wschodnie były oczkiem w głowie genseka, pragnącego szczerze, by to Walter Ulbricht, a nie Willy Brandt mógł chwalić się swymi sukcesami gospodarczymi. Pomoc sowiecka płynęła więc do Berlina Wschodniego, a kwestia przedłużenia istniejących gazociągów z sąsiednich demoludów wydawała się przesądzona. Paradoksalnie jednak, korzystna dla gazowików zmiana w kierownictwie sowieckim – akurat na tym kierunku eksportu mocno pogmatwała sprawę.

Sprzeczne interesy sojuszników

W 1968 r. rozpoczęły się wprawdzie trójstronne negocjacje sowiecko-wschodnioniemiecko-polskie w sprawie budowy gazociągu równoległego do ropociągu Przyjaźń. Początkowo traktowany przez Breżniewa jako sojusznicza konieczność i zaprojektowany w minimalistycznej skali (pojemność 3 miliardy metrów sześciennych rocznie) – projekt zaczął rosnąć i to nie tylko w średnicy, ale i w znaczeniu politycznym, odpowiadając długofalowym zamierzeniom sowieckim i zachodnioniemieckim. Z pojemością już 7 miliardów metrów sześciennych gazu ziemnego rocznie nowa instalacja zasilałaby już bowiem nie tylko NRD, ale i Berlin Zachodni, a docelowo mogłaby zostać łatwo rozbudowana aż na terytorium RFN. To zaś niekoniecznie odpowiadało zarówno Ulbrichtowi, jak zwłaszcza Władysławowi Gomułce. O ile bowiem Berlin Wschodni nie miał ochoty być tym mniej ważnym dla Moskwy, o tyle polski przywódca miał przecież własną wizję uregulowania stosunków polsko-niemieckich i nie miał ochoty pozbywać się odkrytego właśnie atutu tranzytowego położenia Polski na szlaku dostaw energetycznych. Dwa z trzech zainteresowanych państw demokracji ludowej tak więc prowadziło negocjacje, byle się tylko za szybko nie dogadać.

Dopiero w maju 1969 r. zostało zawarte pierwsze porozumienie, regulujące same zasady budowy. NRD zobowiązała się do kredytowania budowy, jak również dostaw sprzętu i materiałów, zaś za samą konstrukcję we współpracy z sowieckimi inżynierami odpowiadać miały polskie przedsiębiorstwa. Wbrew jednak potocznemu wyobrażeniu współpracy między krajami RWPG – nie zabrakło także jak najbardziej biznesowego pytania, a mianowicie o cenę za tranzyt. I o to właśnie rozbiły się ostatecznie całe rozmowy. Gomułka kazał zażądać 3,65 rubla transferowego za tysiąc metrów sześciennych, a Ulbricht nie pozwalał się zgodzić na więcej niż 2,02 rubla. Nastąpił wielomiesięczny pat w negocjacjach, dziś zaś już wiemy, że usztywnienie strony wschodnioniemieckiej wynikało z bezpośredniej zachęty sowieckiej. Moskwa już wówczas grająca zapewne na usunięcie obu sojuszniczych szefów partii, w lutym 1970 r. podpowiedziała kierownictwu NRD by nie przyjmowało warunków polskich, obiecując korzystniejszą umowę przy tranzycie przez Czechosłowację. Umowa wschodnioniemiecko-polska została zatem w lipcu 1970 r. unieważniona, strony rozliczyły wcześniej wykonane prace. A rok później NRD i CSRS podpisały porozumienie o budowie o połowę dłuższego, ale też z o połowę niższymi stawkami tranzytowymi gazociągu, który ostatecznie połączył też obie części Niemiec. Ani Gomułka, ani Ulbricht nie kierowali już wówczas polityką swoich państw, zaś gazociąg do Niemiec przez Polskę uruchomiono dopiero 29 lat później.

Tęsknota za „Wiesławem”…

Ówczesny konflikt i gry interesów zostały niemal zupełnie zapomniane w polskiej historiografii. W czasach PRL nie chciano się zapewne chwalić niesnaskami w obrębie bloku, w III RP wydarzenia te nie pasowały do lansowanej tezy o zupełnej niesamodzielności poszczególnych demoludów, podporządkowanych rzekomo w każdym aspekcie wyłącznie poleceniom moskiewskim. Tymczasem w działaniach Gomułki w sprawie sowieckiej gazowej dyplomacji z pewnością więcej było samodzielnej gry geopolitycznej niż we wszystkich sloganach energetycznych wygłaszanych chętnie przez warszawskich polityków po 1989 r. Jak wiemy „Wiesław” nie uzyskał wprawdzie dla Polski statusu kraju tranzytowego gazu – zdołał jednak osiągnąć swój cel strategiczny, czyli normalizację stosunków z Niemcami w oparciu o uznanie zasady nienaruszalności granic.

Dziś jednak nasza sytuacja poniekąd wraca do punktu wyjścia, ale jest też nieporównania gorsza niż w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nie tylko bowiem sami tym razem, po dwóch dekadach starań, ostatecznie wyrzekliśmy się uzyskanej w końcu pozycji państwa tranzytowego ropy i gazu, ale i jesteśmy w czołówce dążeń do zakwestionowania pojałtańskiego ładu granicznego w Europie. Do tego bowiem sprowadza się slogan i „unii polsko-ukraińskiej”, i chęć odłączenia się od gospodarczego protektoratu niemieckiego, by znaleźć się pod militarystyczną hegemonią brytyjską. Trudno dziś zgadnąć czy rekompensatą za taką zmianę nie mogłyby być dla Berlina wznowione rewindykacje graniczne. Oczywiście też Niemcy nie będą miały problemu, by pominąć pośrednictwo polskie, gdy wznowią już energetyczną współpracę z Rosją. Polacy są we wszystkich tych targach rozgrywani znacznie mocniej niż w czasach Gomułki, bo też i nie mamy teraz u steru polskich spraw prawdziwie polskiego kierownictwa.

Tymczasem gazowa dyplomacja Moskwy zapewne prędzej czy później powróci – bo taki jest interes i drugiej strony, czyli zachodnioeuropejskich kręgów gospodarczych. Tak, jak zdarzyło się to w czasach opisanego tu pierwszego tranzytowego kryzysu gazowego.

Konrad Rękas

Przy pisaniu tekstu korzystano z: Thane Gustafson, The Bridge. Natural Gas in a Redivided Europe. Londyn, 2020.

Click to rate this post!
[Total: 20 Average: 4.8]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.