Skalski: Krótki przepis na zniszczenie Polski

„Bo wszystkie dzieci nasze są: Kasia, Majkel, Małgosia, Dżon…” – śpiewa popularna wykonawczyni w znanym utworze zaadresowanym do najmłodszych. Miła uchu melodia przywołująca pozytywne wspomnienia brzmi jednak złowieszczo, gdy powiela ją prezydencki minister z jego wykładnią wspólnoty losów Polaków z Ukraińcami i innymi narodami Europy Wschodniej. W czym dokładnie rzecz?

Ukraińcy to nasi

Bezczelnie szczery, nawet jak na standardy obecnie rządzących, wywiad ministra w Kancelarii Prezydenta RP Jakuba Kumocha obnaża skrajnie źle o nim świadczącą interpretację polskiego interesu w stosunkach międzynarodowych. Dla Jakuba Kumocha, jak sam deklaruje, „Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Polacy to nasi”. Właściwie wszyscy są „nasi”, jak te dzieci w piosence autorstwa wspomnianej Majki Jeżowskiej, z wyjątkiem – rzecz jasna – Rosjan.

Stwierdzenie, że Rosjanie nie są „nasi” i że na gruncie partykularyzmów narodowych nie sposób się z ich celami i dążnościami utożsamiać, nie wywołuje kontrowersji. Co więcej, nie wywoływałoby ich, nawet gdyby zbiorowy polski los nie był naznaczony licznymi krzywdami ze strony Rosji. Mamy do czynienia z osobnym narodem, z obcym państwem – utożsamianie się z nim byłoby wyrzekaniem się wyłącznej lojalności wobec własnej wspólnoty.

Minimalista powiedziałby z kolei, że na szczęście „nasi” dla Kumocha to także Polacy, mimo że ci znaleźli się na niewdzięcznym czwartym w kolejności miejscu po Ukraińcach, Białorusinach i Litwinach. Dobre i to – chciałoby się rzec.

Stało się coś?

Powyższe podejście może jednak zadowolić jedynie tych, którzy gotowi są do przejścia do porządku dziennego nad utożsamieniem interesu narodowego Polski oraz Ukrainy, jak i innych państw. W praktyce i tak urzeczywistnia się to w podporządkowywaniu interesu Polski interesowi ukraińskiemu przy dość obłudnym i fałszywym uzasadnianiu, że jedyną istniejącą alternatywą będą spadające na Polskę bomby i że tylko Ukraina jest w stanie temu scenariuszowi zapobiec.

„Ukraina to zapora przeciwko rosyjskiej inwazji” – argumentuje Jakub Kumoch, co wybrzmiewa niemalże w charakterze religijnego dogmatu lub wręcz nowo odkrytego XI przykazania na mojżeszowych tablicach.

Tymczasem o rosyjskich przywódcach można powiedzieć wiele, niechby i to, że są zbrodniarzami, mordercami i zaliczają się w poczet najgorszych z najgorszych, tuż po odpowiedzialnych za bezprawne bombardowanie Serbii w 1999 roku, ale przecież Putin i spółka nie są idiotami. Póki co, to przecież nie rosyjski pocisk spadł na terytorium państw NATO, lecz to pocisk ukraiński spadł na polski Przewodów. Rosja nie odważyła się ruszyć na jakiekolwiek z państw Sojuszu, nawet na Łotwę czy Estonię, których Ukraina od Rosji przecież nie oddziela. Dodajmy, że Polski od Rosji oraz Białorusi państwo ukraińskie nie oddziela również, ale – jak widać – wielkie „narracje” potrafią zignorować nawet elementarne fakty, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Jak dotąd nie padły też ze strony ukraińskiej żadne przeprosiny, nie mówiąc o wypłacie odszkodowań rodzinom ofiar. „Stało się coś? Są jakieś protesty?” – pytał wzbogacający się dzięki trwającej wojnie bezinteresowny analityk Jarosław Wolski, który uzasadniał w ten sposób wysokie ceny paliwa dostarczaniem go na Ukrainę. Rzecz jasna, dla Wolskiego nie stanowi to samo w sobie żadnego problemu, bo przecież „nikt nie protestuje”. Faktycznie też, w sprawie Przewodowa także nikt nie protestuje i również „nic się nie stało”. Dwóch Polaków mniej czy więcej, co za różnica? Najważniejsze wszak, żeby ich śmierć nie zaburzyła wielkich projektów geopolitycznych i nie skłócała nas z sąsiadami.

Dehumanizacja nie zawsze godna potępienia

Niestety trudno o inny wniosek, niż taki, że gdy na przestrzeni dziejów z rąk Ukraińców giną ludzie prości, zwykli, na przykład trudniący się rolnictwem, to polskich polityków ich śmierć niewiele obchodzi. Przeciwnie – tym bardziej będą oni bredzić o tym, że Ukraińcy to „nasi”. No, chyba że to sami polscy politycy chcą równać do standardów ukraińskich, zamiast zachęcania drugiej strony do spełniania standardów naszych, wywiedzionych z cywilizacji łacińskiej.

W tym pierwszym scenariuszu polskość jako określona wartość jest jednak czymś martwym i pozbawionym sensu, czymś niewartym żadnego zbiorowego  wysiłku. Nie istnieje wówczas ani jeden powód, by jakikolwiek Polak miał być gotowy na osobiste poświęcenie dla Polski, skoro też sama Polska nie jest przetrwalnikiem żadnej ponadczasowej wartości. Polskość przestaje być stawiającym określone wymagania ideałem, do którego równanie czyni życie samych Polaków czymś wartościowym i przekraczającym perspektywę aktualnie żyjącego pokolenia. Nie domagając się zadośćuczynienia za Przewodów, nie mówiąc już o „wyklętym” Wołyniu, stajemy się wyłącznie konsumentami aktualnie dostępnych dóbr i usług, zamieszkującymi w wyniku kaprysu historii określony obszar geograficzny. Co było przed nami i co będzie po nas, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Tymczasem wypisanie Polski z cywilizacji łacińskiej jest też niejako credo ministra Jakuba Kumocha, nawet jeśli ten będzie odmieniał słowa „chrześcijaństwo” czy „Zachód” przez wszystkie przypadki. Znamienne zresztą, że Kumoch – niekoniecznie niesłusznie – odmawia Rosji miana kraju „chrześcijańskiego”, powołując się przy tym na pewną żywotność tamtejszych zabobonów wywodzących się spoza chrześcijaństwa. Zarazem „wspólnota losu” – jak pisze Kumoch – łączyć ma Polaków z Estończykami, wśród których ponad 80% deklarowała w roku 2021 bezwyznaniowość.

Brak konsekwencji? Być może. W końcu Kumoch i tak przyznaje otwarcie, że „w sprawie agresji Moskwy rozumiemy się bez słów”. A więc nie chodzi o żadne chrześcijaństwo, lecz o podejście do Rosji, które ma być nie tylko doraźną wspólnotą interesu wobec określonego – niechby i mylnie szacowanego – zagrożenia, ale wręcz fundamentem kreowania wspólnoty historycznej i kulturowej między różnymi narodami. Kumoch po prostu dorabia do tego w sposób wybiórczy ideologię, którą nazywa za każdym razem inaczej, w zależności od potrzeby chwili bieżącej. „Prawdą” jest zatem to, co w danym momencie służy określonej „narracji”. I na rzecz tejże „narracji” bez mrugnięcia okiem poświęca się niestety cywilizacyjną tożsamość Polski.

Przykład składania naszych cywilizacyjnych korzeni na ołtarzu lepszej sprawy w przestrzeni publicznej dał chociażby niejaki Witold Repetowicz, który uważa, iż „dehumanizacja nie zawsze jest przejawem prymitywizmu i nie zawsze jest godna potępienia”. W ten sposób tryumf nad „kacapią” jest uwarunkowany stosowaniem metod przypisywanych akurat jej samej, co przynajmniej do niedawna stanowiło u narodu nadwiślańskiego o poczuciu moralnej wyższości nad Moskalami. Najwyraźniej nie ma jednak innej metody tryumfu nad „kacapami”, niż stać się jednymi z nich i widocznie tyle zostało dziś z polskości i jej dawnej siły oddziaływania.

Równoległość naszych historii

Z kolei w innym miejscu Jakub Kumoch twierdzi, „że w niewielkim stopniu do Polski dotarła spuścizna Cyryla i Metodego”, co jest wnioskiem o tyle ciekawym, że na polemikę zeń nadaje się właściwie całokształt dzieła prof. Marii Janion pt. „Niesamowita Słowiańszczyzna”, będącego skądinąd jedną wielką kontestacją autentyczności mitu Polski jako przedmurza chrześcijaństwa – niekiedy także nawet z perspektywy Tronu Piotrowego.

Mit ten, służący pokrzepieniu serc i utrzymaniu poczucia moralnej wyższości nad Rosjanami, górującymi militarnie i politycznie w dobie rozbiorów, już dawno zresztą przestał pełnić konstruktywną rolę, nie przystając do realiów narodu dysponującego własnym państwem. Najwyraźniej jednak wiara w ów mit to w niepodległej Polsce przepustka do robienia kariery w dyplomacji, czego dowodem jest kreowanie polityki międzynarodowej na podstawie przesądów, którym data ważności skończyła się co najmniej w roku 1918. Niewątpliwie wciąż trudno przyjąć do wiadomości, że Polacy to taki sam naród jak wszystkie inne, zaś własne poczucie posłannictwa jest na gruncie odwiecznej rywalizacji narodów o zasoby i terytorium patologiczną anomalią.

Tymczasem we wspomnianym wcześniej studium „Niesamowita Słowiańszczyzna” Maria Janion wprowadza czytelnika w nieznany, nieuświadomiony świat słowiański, który wyziera niczym stary zaszpachlowany napis spod kilku warstw zaprawy. Przebija się on nie tylko w twórczości Wieszcza, w której „Dziady” przychodzą na myśl jako pierwsze, lecz także u Krasińskiego, Kraszewskiego, Słowackiego i wielu innych. I co teraz zrobi minister Kumoch? Zaprze się istotnej części polskiego dziedzictwa narodowego jako „niechrześcijańskiego” czy też przejdzie do porządku dziennego nad tym, że w Polsce kultywuje się elementy tradycji pogańskiej, tak jak ma to mieć miejsce w Rosji?

Co więcej, mimo że w omawianym wywiadzie Jakub Kumoch deklaruje, że „prawda jest podstawą budowy relacji między narodami”, to chwilę wcześniej twierdzi on, iż „jeżeli dzisiaj chcemy z Ukrainą pojednania, musimy uznać równoległość naszych historii. I obu języków”. Przypuszczalnie rzeczona „równoległość historii i języków” jest terminem ukutym celem praktycznego oswajania Polaków z obecnością języka ukraińskiego w polskiej przestrzeni publicznej jako czegoś, co jest naturalnym zwieńczeniem procesów historycznych i wobec czego sprzeciw ma kwestionować samą polskość danej grupy czy jednostki. Z prawdą jednak ma to niewiele wspólnego.

„Pierwszą Rzeczpospolitą i jej dziedzictwo można zredefiniować. Uznać, że tradycja szlachecka i tradycja kozacka są sobie równe. To po prostu dwie drogi rozwoju” – argumentuje Kumoch. Dzięki temu wiemy już, że polska tradycja państwowa ze szlachtą jako jej integralną częścią nie jest już autonomicznym procesem historycznym właściwym jednemu konkretnemu narodowi, ale jedną z co najmniej dwóch „równoległych dróg rozwoju”. Odrębność narodowości ukraińskiej i polskiej ma więc być zatem stanem przejściowym, a finalnym etapem „rozwoju” będzie zlanie się tych dwóch narodowości, przy czym zastaw terytorialny pod wyśniony Ukropol wniesie oczywiście wyłącznie Polska. Kumoch zapomniał bowiem, że nawet geometrycznie dwie równoległe linie proste nie mają szans się przeciąć, chyba że jedną z nich się odpowiednio „nagnie”. Rzecz jasna, ta zaszczytna rola przypadnie narodowi nadwiślańskiemu, bo przecież Ukraina właśnie walczy, by nie spadały na nas bomby. Immunitet na to ma jedynie miejscowość Przewodów, bo tam akurat bomby spadać mogą, ale cała reszta Polski, póki co, ma honor czuć się bronioną przez Ukrainę. Tak właśnie myślą o własnym narodzie ludzie, którym Polacy powierzyli zabieganie o dobro wspólne. I nie jest to niestety pozytywna informacja, mimo wielu towarzyszących jej „narracji” o ziszczających się snach o potędze.

Wyzbyć się arogancji

Zastanawiające jest przy tym, że o ile wielonarodowość i wielokulturowość ma być wartością akurat dla Polski, to już dla jej wschodnich sąsiadów ma być przekleństwem. Dziwnym trafem, Ukraina nie tylko nie chce czerpać z bogactwa języka i etnosu rosyjskiego, by tworzyć na swoim terytorium wielonarodowe państwo, ale odrzuca też lokalne aspiracje zakarpackich Węgrów i nie zważa na delikatność zagadnienia polskiego na obszarze dawnych Kresów. Podobnie czyni Litwa, która nie zamierza się „ubogacać” historyczną obecnością Polaków na Wileńszczyźnie, już dawno uruchamiając walec lituanizacji, choć obecnie jadący jedynie na drugim-trzecim biegu, lecz wciąż w tym samym co w międzywojniu kierunku.

Tymczasem Jakub Kumoch jako wielbiciel prawdy nie ośmiela się zapomnieć o dawnych niesnaskach z Ukraińcami. „Musimy też pamiętać o krzywdach – bez żadnego symetryzmu, ale w różnych epokach różnie się te krzywdy rozkładały. Prawda jest podstawą budowy relacji między narodami” – twierdzi. Zatem: bez żadnego „symetryzmu”, ale pamiętajmy, że różnie to przecież bywało. Niech jednak nikomu nie przyjdzie do głowy nazywanie tej postawy „symetryzmem”, skoro odciął się od niej sam Jakub Kumoch.

Z kolei w innymi miejscu Jakub Kumoch nie dba już tak bardzo o pozory i niniejszym ogłasza:

„W pamięci historycznej Ukraińców oraz Białorusinów Pierwsza i Druga RP nie kojarzą się ze sprawiedliwością. A relacje polsko–ukraińskie i polsko–białoruskie, kluczowe dla naszego bezpieczeństwa, muszą być oparte na sprawiedliwości. Wszyscy musimy się wyzbyć arogancji i kompleksów, by odbudować zaufanie” – mówi.

Powyższy fragment wywodu Kumocha w formie wywiadu prasowego jest zwieńczony wspomnianym wcześniej wnioskiem, iż „Pierwszą Rzeczpospolitą i jej dziedzictwo można zredefiniować”. Zatem: postrzeganie przez Polaków historii ich własnego, istniejącego jeszcze przed rozbiorami, ale też tego międzywojennego państwa, ma podlegać „redefinicji” ze względu na bieżące potrzeby bezpieczeństwa uwarunkowane perspektywą Białorusinów i Ukraińców.

Zbyt poważna sytuacja, by pozwolić na prawdę

Logicznie rozumujący człowiek doszedłby zatem do wniosku, że wobec powyższego to z postrzeganiem historii przez Białorusinów i Ukraińców musi być coś nie w porządku. Prezydencki minister jest jednak ponad klasyczną logikę i dzięki temu stwierdza, że skoro istnienie Polski zależy od mających inne od naszych zapatrywania Białorusinów i Ukraińców, to właśnie nasza własna historia musi podlegać „redefinicji”, byle tylko wspomniane narody łaskawie zechciały być z nami w jednym antymoskiewskim obozie.

Złośliwy powie z kolei, że w związku z koniecznością dokonywania po naszej stronie takich poświęceń wschodni sąsiedzi Polski wcale nie odczuwają z nami zaawansowanej „wspólnoty losu”, skoro trzeba im świadczyć tak daleko idące koncesje – ale minister Kumoch po raz kolejny jest ponad uwagi ludzi małostkowych. „To jest zbyt poważna sytuacja, żeby pozwolić na prawdę, tylko trzeba tworzyć narrację” – komentował wcześniej nieomylny ekspert ds. geopolityki Jacek Bartosiak, odnosząc się do incydentu w Przewodowie, w wyniku którego życie straciło jedynie dwóch Polaków.

Fakt faktem, że każdy niedowiarek negujący kompetencje Bartosiaka musi przyznać, iż jako pierwszy sformułował on odpowiedź, czemu służą wszelkiego rodzaju „narracje” i jak mają się one do prawdy. W zalewie obłudy Jacek Bartosiak okazał się krynicą szczerości, przeciw której zechciał on wystąpić z „narracjami” – i to akurat mu się chwali.

Bezwarunkowa pomoc polskim kapitałem

Jaka jest wobec tego droga do opanowania wielkich przestrzeni, przezwyciężenia geopolitycznego fatum, zdominowania metahistorycznych narracji i zagospodarowania pomostów bałtycko-czarnomorskich na międzymorskim limitrofie? Pozornie trudne pytania mają na szczęście proste odpowiedzi:

„Należy się spodziewać, że Polska przestanie odgrywać rolę ukraińskiego mesjasza w polityce międzynarodowej. I musimy taki przyszły stan rzeczy zaakceptować. Nawet więcej, powinniśmy rozumieć i popierać przyszłą ukraińską politykę zmierzającą do uzyskania każdego możliwego euro lub dolara na odbudowę Ukrainy […] Wiarygodność, zaufanie i wizerunek Polski i Polaków jako partnerów i sojuszników zdolnych do bezwarunkowej pomocy jest naszym kapitałem w średnim i długim terminie – jeśli chodzi o relacje z Ukrainą” – pisze zupełnie bezinteresownie nieomylny analityk Krzysztof Wojczal.

Wiarygodność, zaufanie, wizerunek – piękne słowa, ale na język konkretów przełożył to kolejny z nieomylnych ekspertów Marek Budzisz:

„Winniśmy zacząć myśleć o deklaracji ideowej zapowiadającej powołanie polsko – ukraińskiego państwa federacyjnego” – twierdzi bezbłędny ekspert. Marek Budzisz powołuje się przy tym na nie byle jaki autorytet, przywołuje bowiem samego Wołodymyra Wiatrowycza, tego samego, który odpowiada za zakaz ekshumacji Polaków na Wołyniu:

„Wiatrowycz wzywa do polsko – ukraińskiej wspólnej „walki za naszą i waszą wolność” przypominając historyczne epizody, kiedy ta kooperacja dawała w starciu z Rosją efekty” – pisze jak zawsze bezbłędny Marek Budzisz.

A więc: Wiatrowycz locuta, causa finta. Nie ma innej drogi, jak federacja polsko-ukraińska. Ostateczna instancja stojąca dotychczas na drodze ku przeznaczeniu dwóch dotychczas odrębnych narodów wyraziła zgodę na bliższą współpracę i to pod jednym tylko warunkiem, że przestaniemy jazgotać o ekshumacjach. Czy można było wyobrazić sobie coś piękniejszego i bardziej niekorzystnego dla Moskwy?

Tryumf albo zgon

Przy tylu nieomylnych ekspertach odpowiedź na pytanie o przywrócenie wielkości Polsce musi być wciąż ta sama. Powiela ją zresztą sam minister Jakub Kumoch:

„Polska otworzyła granicę – droga dla transportu broni jest otwarta. I z uporem, i konsekwentnie przekonywała zachodnich partnerów, by zbroili Kijów. Robiliśmy to z pełną świadomością, że Rosja uzna polskie działania za gest wrogi” – mówi ze znaną sobie swadą.

Zatem: drogą do utworzenia środkowoeuropejskiego mocarstwa na Międzymorzu jest ryzyko postawienia Polski na skraju jej istnienia, przy czym tym razem uczynimy to z otwartą przyłbicą i z pełną świadomością potencjalnych zysków i  strat. Nie udało się w 1794, nie wyszło w 1830 ani w 1863, nie dało też rady w 1944, ale w końcu musi się udać. A przecież i tak nie przekonamy się o skuteczności tej metody, póki wreszcie nie zniszczymy ostatecznie Polski.

 Marcin Skalski

Click to rate this post!
[Total: 48 Average: 4.7]
Facebook

18 thoughts on “Skalski: Krótki przepis na zniszczenie Polski”

  1. Polska, Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa, Estonia, Mołdawia to są wszystko „nasi”, bo wszystkie te kraje są bezpośrednio w większym (Ukraina, Mołdawia), bądź mniejszym stopniu zagrożone rosyjską agresją, a Białoruś już została przez Rosję połknięta.

    Katechon Putin i jego bezpośrednie otoczenie już, ponad wszelką wątpliwość, udowodnili, że są nie tylko zbrodniarzami i złodziejami, ale owszem, również idiotami, wszczynając wojnę, której nie mogą wygrać. Gdyby Ukraina padła, a tym bardziej, gdyby padła szybko, ryzyko kolejnych napadów ze strony tej bandy byłoby bardzo wysokie, bo najwyraźniej uwierzyła ona we własną propagandę o upadającym, zgniłym, pogrążonym w „genderze”, pedalskim Zachodzie, który na pewno nie będzie na serio takim napadom, także na członków NATO, serio przeciwdziałał, a co najwyżej złoży wyrazy oburzenia i porysuje kredkami po chodnikach.

    Uwierzył też najwyraźniej katechon Putin w niewyobrażalną potęgę swojej armii, która zmiecie w try miga wszelki opór, nawet gdyby ktoś taki opór się ośmielił stawić.

    Owszem, obiektywnie katechon Putin i jego gang nie mieliby w przypadku ataku na NATO żadnych szans. Nie oznacza to jednak, że by nie zaatakowali, gdyby poczuli się jeszcze mocniejsi, po ewentualnej klęsce Ukrainy. W końcu pokonać Ukrainy też nie mogli, a jednak ją zaatakowali.

    Dlatego walka Ukrainy jest również naszą (Polski, Litwy, Łotwy, etc) walką i Ukraina broni nas wszystkich, a dla Białorusi stanowi punkt odniesienia i nadzieję na odzyskanie wolności, kiedy Rosja rozsypie się w gruzy.

    Każda pomoc udzielna Ukrainie w tej walce, finansowa, militarna, humanitarna, etc należy do najlepszych możliwych dla Polski inwestycji.

    1. Rozumiem, że komentarz jest pisany z okopów w Donbasie? Czy to tylko takie pitu-pitu sprzed monitora o „naszych” Ukraińcach?

      1. Bartosiak = $olidaruchy sprzed podziału na PO-PiS, czyli coś jak rząd Jerzego Buzka z Marianem Krzaklewskim.

    2. Talibowie też nie mieli żadnych szans z NATO. Bardzo nas zachwyca siła startowa potęgi USA tylko przymykamy oko na to jak kończą porzucając każdego kto im zaufał. Slawna myśl Kisingera „nie jest dobrze być wrogiem USA, ale być sojusznikiem USA to już śmiertelne zagrożenie”

      1. Sz Panie Gajowy,
        Nie inaczej!
        Choć przychodzi mi na myśl czytając komentarze Pilastra,
        że ta wiekowa już skamielina polskiego patriotycznego myślenia
        kojarzy mi się z AI nie przeprogramywaną od dwustu lat.
        Dobrze,że takie Pilastry
        piszą bo stwarzają szansę,że Polacy dojrzą w tym krzywym zwieciadle śmieszność takiego patriotyzmu.W górę serca! Dzisiaj wysłuchałem Komunikatu Episkopatu i nie było nic a nic o Ukrainie. Niesamowite.Esperanza!

  2. Ale tak na marginesie: ostrożnie z powoływaniem się na tę Marię Janion, która „wychowała” takie „autorytety” jak m.in. Kazimiera Szczuka — i jest przez takich/takie rzewnie wspominana. To jednak o czymś świadczy.
    Nie wiem, może jej książka ma jakąś wartość poznawczą — ale bez weryfikacji jej treści przez kogoś, komu można bardziej zaufać (bo nikomu w 100%) niż rzeczonej Marii Janion, wstrzymałbym się od powoływania się na cokolwiek, co też ona opublikowała.
    Z poznanych w ubiegłych latach informacji wnioskuję, że to była ojkofobiczna gnida.

  3. Proszę wybaczyć, nie chcę zanudzać, ale poddaję do przemyślenia to i owo o Marii Janion:

    „Wolniewicz wierzy ze rewolucja homoseksualna nie odniesie sukcesu, uważa feminizm za sprzeczny z naturą (bo feminizm neguje odmienność kobiet i mężczyzn). Feministkę Marię Janion nazywa starą stalinówą. Uważa, że feminizm to pogarda dla kobiecości i wyraz fascynacji męskością.”

    „Maria Janion rozprawia się z widmem antysemityzmu krążącym nad Polską, a może i całą Europą. Kończąc swój obszerny tekst, pisze: „Shoah nie jest jedną z wielu w dziejach zbrodni ludobójstwa, lecz zjawiskiem wyjątkowym” i że 'głos Żydów jest głosem pierwszym, panującym nad symfonią cierpienia. I to nie dlatego, że Żydzi umieją wszystko rozgłosić na cały świat i wszystko sprzedać, lecz dlatego, że to, co spotkało naród żydowski, pozostaje czymś nieporównywalnym’.
    Maria Janion, podobnie jak ks. Michał Czajkowski i inni, jest zwolenniczką modnej w polskich środowiskach holocaustycznych doktryny „braku symetrii”, która jest rodzimą modyfikacją dogmatu o wyjątkowości Holocaustu[14]. Z punktu widzenia tej doktryny nie ma symetrii w rozmowach polsko-żydowskich, ze względu na wyjątkowość Holocaustu. Dokonuje się w ten sposób podziału na cierpienie polskie – podrzędne, i cierpienie żydowskie – szczególne. Dzieli się ból ludzi na ważny i mniej ważny, bolesny i bardziej bolesny, zwykły i wyjątkowy.”

    To tak „na szybko”.

  4. Jest Polska i jest Polin. Jest czupryna Sykulskiego i jest czupryna Bartosiaka. Jest Rosja z dorobkiem kulturowym i jest strefa osiedlenia z resentymentami i do Polski i do Rosji. Rewolucja październikowa pokonała Rosję a nie była jej emanacją. Ani Lenin ani Trocki Stalin czy Beria nie byli Rosjanami. Zaś pełno rewolucjonistów było Ukraińcami, tylko dzięki rewolucji istnieje Ukraina. Car wywoził Polaków na Syberię. Syberia szlachty to nie to samo co katorga czy gułag.. Dostawali co biedniejsi jak Piłsudski pieniądze na przeżycie. Czemu zdarzył się Katyń? W tym samym czasie co niemiecka akcja czyszczenia polskiej inteligencji. Może z tego samego powodu że pakt Ribentrop Mołotow przypominał rozbiór Polski w którym Prusak był Niemcem, Austriak był Niemcem i Katarzyna Niemka urodzona w Szczecinie.

    1. Panie Hej,
      Ma pan 100% racje, to Rosja pierwsza padła ofiarą międzynarodowego bolszewizmu.
      Marks i Engels to nie Rosjanie lecz niemieccy filozofowie wykładający na Angielskich uniwersytetach, a Chruszczow i Breżniew to Ukraińcy.
      Zastanawiam się tylko dlaczego Feliks Dzierżyński nie ma w Polsce pomników,
      bo to przecież 100% polski magnat no i ruskich mordował !!!

      1. Mało znany „fun fact”: Breżniew miał bodajże babkę Polkę, która brała dość aktywny udział w jego wychowaniu — dzięki czemu całe życie doskonale (a jeśli nie dosłownie „doskonale”, to jednak naprawdę zupełnie dobrze) mówił po polsku.
        Kiedy rozmawiał z Gierkiem bezpośrednio (np. telefonicznie), rozmawiali… tak, po prostu po polsku.

    2. A Putin jest Rosjaninem czy nie jest? I gdzie obecnie widać ten dorobek kulturowy Rosji? W grupie Wagnera, podziwie dla nagiego torsu Putina i dla pompek Kadyrowa w studio telewizyjnym?

  5. Podobno rezim kijowski rzucil na Bachmut 16 brygad, zle wyposazonych i zlozonych z niewyszkolonych cywilow, zeby przez jakis czas jeszcze utrzymac iluzje szansy na pokonanie Rosjan. Profesor Zapalowski twierdzi , ze koncza sie resursy ukrainskiej artylerii . To oznaczaloby koniec mozliwosci prowadzaenia przez rezim kijowski wojny. Ukraincy podaja , ze 18 cezarow danych przez Francje z powodu uszkodzen wymaga naprawy , ale w tym przypadku trudno ocenic , czy nie chodzi o dalsze wyludzanie pieniedzy i dostaw broni. Polityka amerykanska na Ukrainie jednak chyba ponosi kleske . Stad pomysl wrzucenia Polski do wojny. Od 1945 roku wladze w Warszawie nie podejmuja zadnych suwerennych decyzji. Od 1989 roku prawdziwym rzadem Polski jest Departament Stanu. Slowa Morawieckich , Komochow , Bartosiakow, roznych Budziszow itd. sa komunikatami podyktowanymi przez Amerykanow. W tym kontekscie jedyna sensowna reakcja na ich tezy o miedzymorzach i redefiniowaniach czegos tam moze byc tylko szeroki usmiech. Jesli Departament Stanu podejmie decyzje o ataku Polski na Kaliningrad , to zostanie wykonane to w podskokach bez ogladania sie na konsekwencje i bez wzgledu na paplanine w Warszawie. Sa 2 przeszkody dla wejscia Polski do wojny. Pierwsza jest to , ze Polska nie ma wojska. Kilka lat temu podawano , ze Polska ma 10 tysiecy zolnierzy zdolnych do wykonywania podstawowych zadan bojowych. Po 24 lutego rezim warszawski rozbroil te 10 tysiecy. Nie chodzi tylko oczolgi . Nie sadze , zeby w Polsce zostaly jakies zapasy amunicji i chyba pozbyto sie wszelkich srodkow transportu. Wejscie takiegowojska do wojny najprawdopodobniej skonczyloby sie blamazem NATO i USA jeszcze wiekszym niz w Afganistanie. Wtedy ujawniloby sie , ze sa juz 2 kraje na wschodniej flance nie zdolne do istnienia bez wspomaganie w kazdej sferze. USA i zachodnia Europa nie udzwignelyby tego. Druga przeszkoda sa Niemcy i Francja , ktore nie moga dopuscic , zeby rakiety rosyjskie stacjonowaly 80 km od Berlina , lub , zeby doszlo do wojny atomowej . Chyba trzeba tak to rozumiec , ze w przypadku wepchniecia przez Waszyngtom Polski do wojny Francja i Niemcy natychmiast zerwa sojusz z Amerykanami.

    1. Podobno reżim poliniacki rzucił do Donbasu (co najmniej) kilkanaście tysięcy żołnierzy polskich — cytuję z czyjegoś bloga:

      „Pomorska 16 Dywizja Wojsk Zmechanizowanych z Olsztyna już od jakiegoś czasu oficjalnie, we własnych mundurach walczy z armią rosyjską w Donbasie – donoszą wielojęzyczne źródła w mediach społecznościowych Twittera i Telegramu.

      Według niektórych źródeł jest to 15 tysięcy żołnierzy, według innyh 12 tysięcy plus 2000 polskich instruktorów. Od kilku tygodni wymienia się liczbę 1200 poległych żołnierzy plus wielokrotnie więcej rannych i okaleczonych. Tyle, że z Ukrainy niemal codziennie docierają do Polski kolejne trumny, tak więc ta liczba może być realnie wyższa, tym bardziej że na froncie na przepolach Bachmutu, gdzie mają miejsce szczególnie zacięte walki, walczą niemal wyłącznie Polacy.

      W Olsztynie, gdzie ma swoją siedzibę 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana, niemal codziennie odbywają się wojskowe pogrzeby.
      Salwy honorowe drażnią mieszkańców i były przyczyną licznych skarg na zarząd miasta i administrację 16. dywizji.

      Aby uniknąć niepotrzebnego hałasu, władze postanowiły stworzyć osobny cmentarz.

      Na początku listopada regionalne media poinformowały o planach utworzenia w Olsztynie grobów na wzór amerykańskich cmentarzy wojennych. Doniesienia te wywołały falę oburzenia zarówno wśród mieszkańców miasta, jak i Polaków w całym kraju.”

      Tak twierdzą nie tylko blogerzy; proszę pogooglować na frazę „Ντονμπάς: Σκληρές μάχες Ρώσων με 12000 Πολωνούς-Θέρισαν 16η-Πολωνική Μεραρχία-1200 νεκροί” i potem użyć Google Translatora aby przetłumaczyć z greckiego.

      1. Podobno Cyganie też kradną czołgi a babcie strącają drony ogórkami kiszonymi… Jakim cudem ktoś o zdolnościach umysłowych pozwalających na opanowanie obsługi komputera może wierzyć w takie bajki…

  6. „Pierwszą Rzeczpospolitą i jej dziedzictwo można zredefiniować. Uznać, że tradycja szlachecka i tradycja kozacka są sobie równe. To po prostu dwie drogi rozwoju.”

    Jeżeli uznamy naród za system samoorganizujący się, to nie ma żadnej równoległej drogi rozwoju, bo potencjał ZAWSZE płynie po drodze najmniejszego oporu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *