Sprawa polska na Wschodzie

Kolejne rządy doprowadziły do sytuacji, w której Polak na Wschodzie już niemal modli się, żeby żadne licho nie przyniosło do jego kraju zamieszkania żadnego polityka z III Rzeczypospolitej. Byle tylko o nas sobie nie przypomnieli… – mruczą rzesze naszych rodaków i niestety trzeba je doskonale rozumieć. Przykłady można mnożyć w nieskończoność: mniejszość polska na Białorusi poświęcona dla misji „obalania Łukaszenki” i „demokratyzacji” tego państwa. Mniejszość polska na Litwie poświęcono dla „strategicznego partnerstwa z Litwą”, mniejszość na Łotwie – żeby jej obrona nie przypominała ochrony prześladowanych przez łotewskich szowinistów Rosjan. Mniejszość w Mołdawii – zapomniano, bo wcale nie spieszno jej do Unii Europejskiej i obawia się szowinizmu rumuńskiego. Wreszcie Polacy na Ukrainie, choć szczególnie liczni – są całkowicie pomijani przy kolejnych wygibasach dyplomacji z Polski.

Choć to, że niewiele mówi się dziś o naszych na Żytomierszczyźnie i Podolu – to chyba rzeczywiście dobrze. Jednostronne zaangażowanie ministra Sikorskiego i rządu RP w popieranie Euromajdanu całkowicie zdezawuowało polskość w oczach Ukraińców nie sprzyjających banderowcom, nie mówiąc o Rosjanach z Małorosji i Krymu. Z drugiej strony – jak widać z szeregu deklaracji i przykładów, na życzliwość drugiej strony bynajmniej nie mamy co liczyć. Nawet bowiem jeśli przedstawiciel Swobody czy Prawego Sektora z życzliwą pobłażliwością uśmiechnie się do gościa z Polski, o tyle Polak mieszkający na Ukrainie to tylko „obcy”, „potencjalna V kolumna”, czynnik niepewny, do asymilacji lub wypędzenia.

Nawet wątpliwa dziś stabilizacja rządów oligarchiczno-szowinistycznych na Ukrainie nie będzie zresztą bynajmniej spełnieniem środowisk polskich wciąż skażonych ukąszeniem Giedroycia i Mieroszewskiego. Nikt w Europie Środkowej i Wschodniej nie potrzebuje „światłego polskiego przywództwa w drodze do Europy”, które ciągle się niektórym marzy. Śmieszność tych polskich kompleksów można było odczuć już po 1989 r., gdy polski handlarz kłócił się czeskim celnikiem i niemieckim pogranicznikiem, drąc się „ty niewdzięczny Pepiku, ja ci komunizm obaliłem, mur przewróciłem ty Szwabie wredny!” – a nasi sąsiedzi mający bardziej realistyczny, czy w każdym razie autocentryczny ogląd sytuacji, stukali się tylko w czoła. Politycy z Polski jeżdżący wyzwalać Ukrainę czy to w 2004, czy 2014 roku padali ofiarą tego samego złudzenia „polskiej misji dziejowej”, które podobnie boleśnie falsyfikuje historia – i po „jesieni ludów”, i po „pomarańczowej rewolucji”, i zapewne już wkrótce.

Zwykli Polacy już chyba coraz mniej ulegają podobnym mrzonkom, co jednak rodzi niebezpieczeństwo innego typu. Za bardzo przyzwyczailiśmy się ignorować deklaracje polityków, zbyt mocne jest w nas przekonanie, że nie ma sensu traktować je (ich) poważnie. Oczywiście, co do zasady jest to postawa słuszna – jednak niestety, wypowiedziane już słowa często mają znaczenie, zwłaszcza w dyplomacji. Mieliśmy więc do czynienia z przypadkami skrajnymi, gdy np. minister Sikorski publicznie opowiadał, że jednym z celów polskiego rządu i dyplomacji jest obalenie rządów Łukaszenki, a gdy strona białoruska wykorzystuje to w swojej propagandzie, czy po prostu cytuje – wówczas w Polsce oburzenie krzyżuje się z rozbawieniem „no jak oni mogą nas oskarżać o takie rzeczy!”. W jakimś sensie podobne jest przekonanie, że z tymi obozami banderowskimi w Polsce to musi być jakaś ściema, nawet nie tylko dlatego, że informację podał „były kagiebista Putin”, tylko w błogim przekonaniu, że przecież w III RP nic solidnego i skutecznego zorganizować się dotąd nie dało, więc niby czemu jakieś szkolenia dla ukraińskich bojówkarzy miałyby się akurat udać?

Dysonans między polskimi deklaracjami, a ich zewnętrznym odbiorem występuje też wtedy, gdy jesteśmy przekonani, że mówimy same miłe i dobre dla sąsiadów rzeczy. Tak jest właśnie z naszym „prowadzeniem innych do Europy”. A niby czemu Ukraińcy, których jest wszak więcej od nas i którzy czują się narodem potencjalnie potężniejszym i bogatszym, mieliby godzić się na takie pośrednictwo? Nawet Bałtowie dość wyraźnie pokazali już co myślą o takich uroszczeniach Warszawy… Jeszcze zabawniejszy paradoks zachodzi w związku z tym, że w Polsce slogany w rodzaju “polityka jagiellońska”, “Międzymorze” – wygłaszają osoby i środowiska gotowe oddać Chełm Ukrainie i Suwałki Litwie, tak bardzo zadurzone we “wschodnich klimatach”. Tymczasem nasi drodzy i tak ukochani sąsiedzi – te same hasła rozumieją jako powrót słabo tylko zawoalowanego polskiego imperializmu. Nikt w Europie Środkowej nie chce “polskiego przywództwa”, nawet “między równymi i wolnymi”. Dowcip polega na tym, że to tego również doprowadziły sieroty właśnie po Giedroyciu, Mieroszewskim, zza których Ukraińcy i Litwini prawidłowo widzą zresztą Piłsudskiego, wcale sympatycznie im się nie kojarzącego.

Polityka zagraniczna III RP wpędza więc Polaków na Wschodzie w kolejne kłopoty i bez wewnętrznych porządków w Polsce niewiele można w tym zakresie zrobić. Ostentacyjne „popieranie polskości” przez krajową opozycję równa się bowiem kłopotom jeszcze większym, dając wygodny pretekst miejscowym szowinistom. Polacy jadący bez poważnego przemyślenia i uzgodnień z polskimi czynnikami lokalnymi do Wilna, czy Grodna (albo nie daj Bóg do Mińska i Kijowa) żeby sobie pomachać flagami – przypominają więc tych domorosłych krzyżowców, którzy nie bacząc na żadne rozejmy i interesy chroniących Grób Święty państw latyńskich rzucali się na pierwszego napotkanego muzułmanina. Do czego to wówczas doprowadziło – wiemy z historii, a dla dzisiejszych Polaków na Wschodzie wcale nie musi skończyć lepiej.

Czego więc potrzebuje nasza polityka wschodnia? Przede wszystkim pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Tymczasem zamiast zwiększyć pulę środków dla polskich organizacji zagranicą, władze RP oprócz stosowanej z upodobaniem selekcji i gierek polityczno-personalnych ograniczają się do likwidowania polskiej oświaty1 oraz fatalnych zmian organizacyjnych, w rodzaju przekazania dysponowania funduszy polonijnych i kresowych z Senatu do MSZ. To pozorne usprawnienie i racjonalizacja rozwaliło w praktyce cały system dofinansowań, prowadząc do wielomiesięcznych opóźnień w przekazywaniu środków, a także niekorzystnego dla naszych mniejszości kojarzenia ich działalności z absurdalną polityką realizowaną przez szefa MSZ, któremu ego i żona zastępują inteligencję. Środków zaś musi być więcej, nie tylko na zespoły ludowe, szkoły i biblioteki (choć i te są bardzo ważne), ale w formie gwarancji finansowych, przedsięwzięć joint venture i aktywnej polityki polskich banków. No tak, tylko skąd wziąć polskie banki… Ponadto żeby być na Wschodzie obecnym gospodarczo – najlepiej rękoma miejscowych Polaków, należałoby tam wspierać polityczną stabilizację, sprzyjającą robieniu interesów, a nie chaos i kolejne rewolucje, w czym niestety celuje dyplomacja z Polski. Widać to zresztą na przykładzie Białorusi, korzystne ofert dla polskich inwestorów ma np. Gagauzja, a o negatywnych skutkach ekonomicznych polskiego zaangażowania w Majdan piszą już nawet co szybciej przytomniejący jego fani. Zadaniem polityki polskiej, prawdziwą sprawą polską na Wschodzie – byłoby więc stymulowanie i koordynowanie działań służących czynieniu z Polaków na Białorusi, Ukrainie, w Mołdawii, w Rosji i Kazachstanie lokalnych elit gospodarczych, czy choćby liczącej się, bezpiecznej socjalnie klasy średniej. I taki cel należy naszej dyplomacji, zwłaszcza dyplomacji gospodarczej (w Polsce niemal nie znanej) jak najszybciej wyznaczyć.

Wypowiedzi ministra Ławrowa dotyczące utrwalenia polityki Federacji Rosyjskiej w odniesieniu do mniejszości rosyjskiej zagranicą, a także odnotowywany od kilku lat w zachodniej Europie wzrost aspiracji narodów mniejszościowych, aż do haseł i działań separatystycznych i fragmentacyjnych wobec istniejących państw – czynią z polityki etnicznej oraz zagadnienia mniejszościowego tematy kluczowe dla drugiej dekady XXI wieku i lat kolejnych. Obecne władze III RP nie mają także i na tym polu nic ciekawego Polakom do zaproponowania. Zadanie to muszą więc przejąć potencjalni następcy rządzących dzisiaj w Polsce.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Sprawa polska na Wschodzie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *