Eckardt: Być ludożercą

Dowiedziałem się właśnie, że jestem ludożercą. Nigdy bym na to nie wpadł, choć kto wie, czy w zamierzchłych przedszkolnych czasach nie byłem od tego o krok, gdyż moją ulubioną taktyką negocjacyjną było wówczas gryzienie przedstawicieli homo sapiens. Dość szybko jednak z tego wyrosłem, choć przez następne lata żyłem w błogiej nieświadomości, że jednak jestem kanibalem.

Iluminacji doznałem podczas rozmowy ze znajomymi weganami, którzy wytłumaczyli mi, że „zwierzę, to też człowiek”. Wprawdzie już wcześniej wiedziałem, że taki – dajmy na to – facet, to świnia (co jest prawdą, bo któż takich zna) ale przyznajmy, różnica między świnią a ludożercą jest jednak dość istotna.


Wrzucony w tryby wegańskiej perswazji dowiedziałem się, że jedząc mięso, chodząc w skórzanych butach i kurtce, ba, jedząc jaja i pijąc mleko, dewastuję etyczny ład, gdyż zwierzęta to „nasi bracia mniejsi” i każda forma ich eksploatacji jest moralnym złem. Ze zrozumiałych względów poczułem się nieswojo, bo nagle przed oczami stanęła mi cała moja etyczna marność, o czym nie miałem pojęcia. Po godzinnej dyskusji zdałem sobie wreszcie sprawę, że stoję po ciemnej stronie mocy, z której wyrwać mogą mnie jedynie kiełki, proso, mleko sojowe, warzywa i flora strączkowa.

Nie pozostało mi nic innego, jak szczere wyznanie win. Słuchali z przejęciem, kiedy tłumaczyłem im, że nigdy w życiu nie zabiłem żadnego lądowego zwierza, poza jednym wróblem, gdy w zamierzchłych szczeniackich latach testowałem własnoręcznie zrobioną procę i że moralnego kaca miałem po tym przez miesiąc. Przyznałem, że jako wędkarzowi zdarzyło mi się zakończyć przedwcześnie żywot ryb białych i drapieżnych. Działo się to kosztem innych braci mniejszych, czyli żywca i robaków. Na swoje usprawiedliwienie dodałem, że okonie, szczupaki, leszcze i liny żarły je tak, że aż im się oskrzela trzęsły, więc winę dałoby się jakoś rozłożyć.

Wyznałem, że zdarzyło mi się – tak, wiem, że to straszne – samemu zjeść złowione ryby. Robiłem to w sposób makabryczny, bo po uprzednim uśmierceniu, skrobałem denaty z łusek, a następnie patroszyłem. Trzewia i łeb oddawałem kotom, które nieświadome faktu, że umacniam w nich morderczą predylekcję, z wielkim ukontentowaniem to wszystko żarły, nie odstępując mnie potem na krok. Wyszło, że moje dotychczasowe życie było jednym wielkim pasmem nieszczęść strawionej przeze mnie fauny, ale niestety, defekt natury i religijne wychowanie uczyniły mnie mięsożercą, za co najserdeczniej przeprosiłem. Zasugerowałem, że chciałbym w związku tym podjąć stosowną terapię, ale nie wiem czy podołam.

A to dlatego, że mam słabość do średnio wysmażonych steków, dodając z wielkim wstydem, że lubię też tatar. Wiem, gdzie taki serwują i że okresowo daję tam upust swoim niskim instynktom, pałaszując ligawę z żółtkiem z kury – tu być może trochę zrekompensuję swoją winę – żyjącej na wolnym wybiegu. Niestety, lubię także wszelkie ptactwo oraz frutti di mare, co oznacza, że nie odpuszczam żadnemu stworzeniu. Jeśli dodam, że czernina, to zupa, którą absolutnie nie pogardzę, obraz mojego upadku wydaje się być niemalże kompletny. Niestety, moja krwiożerczość nie ogranicza się tylko jedzenia. Otóż, zdarza mi się zakładać łapki na myszy… Moi rozmówcy słuchali tego z rosnącym przerażeniem.

Tłumaczyłem, że może nawet bym tym myszom odpuścił, ale wtedy z pewnością nie odpuściłaby mi moja żona, która nie wiedzieć czemu, za myszami nie przepada. Mogłoby to wskazywać na jej współudział z zbrodni albo co najmniej podżeganie do niej, ale tutaj winę biorę na siebie. Wprawdzie zdarzyło mi się jedną mysz ocalić, bo nie dość fachowo się złapała, tłukąc się z łapką po całym garażu, ale był to odosobniony przypadek. Pamiętam jednak, że tak mi wówczas zaimponowała, iż wywiozłem ją do lasu, co z dzisiejszej perspektywy uważam za błąd, gdyż należało ją oddać na wychowanie weganom. I kiedy na koniec wiwisekcji już miałem przejść na weganizm, zadzwoniła żona z pytaniem, ile schabowych ma usmażyć na obiad. Niestety, czar momentalnie prysł.

Perspektywa panierowanego schabowego szybko sprowadziła mnie na ziemię, z której nieopatrznie odleciałem w kierunku wegańskich łąk. Wprawdzie weganie, słyszący kątem ucha co się dzieje, próbowali przede mną roztoczyć wizję sojowych schabowych, ale były to próby skazane na niepowodzenie. Raz uruchomionych soków trawiennych nic już nie mogło powstrzymać. Obudził się we mnie ludożerca. Przezornie zeszli mi więc z drogi.

Maciej Eckardt

Myśl Polska, nr 43-44 (21-28.10.2018)

[Głosów:9    Średnia:5/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *