Lewicki: Czym była II wojna światowa w relacjach niemiecko-polskich?

Wydawałoby się, że jest to pytanie banalne i odpowiedź na nie została dawno ustalona. Jednak chyba tak nie jest i, szczególnie ostatnio, pojawiają się odpowiedzi, które wywołują kontrowersje.  Rzadko jednak napotykamy w tej dyskusji twierdzenia, które całkowicie odbiegają od tego, co uważa się za w miarę normalne. Tym razem tekst, który dotyka tego tematu, ukazał się w Gazecie Wyborczej. Chodzi mi o zamieszczony w dodatku „Ale Historia” artykuł Andrzeja Romanowskiego o tytule „Polska Ojczyzna Niemców”.  Można by powiedzieć, że zawartość tego co tam jest napisane mieści się w pewnym schemacie publicystyki, jaka ukazuje się często w tej gazecie. Precyzując, należałoby chyba stwierdzić, że istnieje nawet pewien szablon tej, stosowanej przez Wyborczą, metody walki z rzekomym polskim nacjonalizmem. Polega to na tym, że autor stara się, oczywiście każdy na swój sposób, Polaków zawstydzić, przypisać im jakiś winy i przez to uświadomić, że wobec każdej innej grupy powinni się czuć zobowiązani do przepraszania, do ekspiacji, wreszcie nawet do materialnego zadośćuczynienia, za coś tam.

Do tego modus operandi już się wszyscy w miarę przyzwyczaili i dlatego oni muszą stosować coraz bardzie szokujące i absurdalne tezy, by ktokolwiek jeszcze zwrócił na to uwagę. W takim schemacie mieści się też wspomniany tekst  Wyborczej, który wzbudził spore emocje.  Tym razem autor stanął przez wyjątkowo trudnym zadaniem, gdyż wziął się za pokazywanie niewdzięczności i win Polaków wobec … Niemców. Popatrzmy jak mu się to udało i jakie, czy uprawnione i uczciwe, metody zastosował.

Dla realizacji tego przedsięwzięcia wybrał chyba przepis  Hitchcocka na dobry film, który  powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie miało nieprzerwanie rosnąć.  Tutaj, sprowadzało się to do tego, że tekst zaczynał się od dużej prowokacji, potem zaś było jeszcze gorzej. Ta początkowa prowokacja, to, według mnie, twierdzenia o rzekomych dobrodziejstwach jakie Polacy mieli doświadczać ze strony Niemców: „Nikomu tyle nie zawdzięczamy, co Niemcom. Dzięki nim weszliśmy do Europy, i to co najmniej dwukrotnie: ponad tysiąc lat temu i całkiem niedawno. Polskie dzieje trzeba ująć w niemiecką – i europejską – klamrę.” Autor pisze, że dzięki Niemcom „co najmniej dwukrotnie” weszliśmy do Europy. A dlaczego tak skromnie? Niemcy zawsze starali się nas europeizować. Ostatnio wpadła mi w ręce niemiecka publikacja wydana w 1944 roku, w piątą rocznicę utworzenia Generalnej Guberni. Ma ona tytuł „Im Dienste Europas” (W służbie Europy) i przedstawia „pięć lat niemieckiej pracy” w czasie ostatniej wojny. Jaka to była „praca” wykonywana „w służbie Europy”? Dość uświadomić sobie, że jej głównym efektem było wymordowanie około 6 milionów polskich obywateli. Gdyby zaś Niemcy zdążyli zrealizować w całości swój Generalplan Ost, to wtedy w ogóle przestalibyśmy istnieć. Na szczęście, tak się nie stało.

Dalej, bardziej detalicznie, są wyliczane niemieckie zasługi dla Polaków: „To oni nauczyli nas pisać i czytać. To oni ofiarowali nam swój język: łacinę …”. Chciałoby się zapytać, czy naprawdę łacina to jest „ich” niemiecki język? Jeśli tak, to musieli wcześniej podarować go też Rzymianom. Ale nie zatrzymujmy się nad takimi szczegółami, bo są tam jeszcze ciekawsze tezy. Na przykład: „Nie byłoby krakowskiej kultury, bo dzięki temu, że  średniowieczny Kraków był de facto miastem niemieckim, mógł czerpać z cywilizacji niemieckiej, a za jej pośrednictwem – z europejskiej.” Znowu ta niemieckość łączona z europejskością. Na taki pomysł, jak pokazałem wyżej,  wpadli już propagandyści w Generalnej Guberni Hansa Franka. Oni też działali „Im Dienste Europas”, a Kraków chcieli uczynić miastem niemieckim i de facto, i de jure. Na szczęście zabrakło im czasu.

Trudno dociec dlaczego autor wylicza, w długich ciągach, niemieckie nazwy obecnych polskich miast: „Breslau, Oppeln, Gleiwitz, Waldenburg, Glatz, Hirschberg, Grünberg in Schlesien, Landsberg, Stettin, Stolp, Kolberg, Osterode, Lyck, Lötzen, Angerburg… Można sięgnąć głębiej Posen, Gnesen , Kesselberg, Danzig”. Zamiast tego, ja bym umieścił tylko  kilka nazw niemieckich obiektów w Polsce, którym Niemcy nadali szczególne znaczenie: Konzentrationslager Auschwitz, SS-Sonderkommando Treblinka, SS-Sonderkommando Sobibor, SS-Sonderkommando Belzec, SS-Sonderkommando Kulmhof. Ta piątka wystarczy.

Jest też wzmianka o Śląsku i Wrocławiu, gdzie była „kolebka nowożytnego niemieckiego patriotyzmu”, zaś „Profesor  Königliche Universität zu Breslau August Heinrich Hoffman napisze w 1841 r. pieśń „Deutschland, Deutschland über alles” – późniejszy niemiecki hymn narodowy.” Patrząc na skutki, jakie ten „niemiecki patriotyzm”  przyniósł dla Europy, Polski, ale także i dla Niemiec, bardziej właściwa byłaby konkluzja, że lepiej gdyby ten hymn, w którym mówi się o Niemczech od Mozy po Niemen i od Adygi po Bełt, czyli w granicach, o których osiągniecie Niemcy stoczyły potem wiele wojen i spowodowały dziesiątki milionów ofiar, a Europę zalali barbarzyństwem, nigdy by nie powstał, a jego twórca nigdy się nie urodził.

 

Jednocześnie stanowczo chcę podkreślić, że nie jestem wyznawcą pojęcia odwiecznych wrogów. Nie uznaję tego i uważam, że z każdym można mieć wzajemnie korzystne  stosunki, jak też wyjaśniać sobie różne kwestie z przeszłości. Także i Niemcy nie są tu wyjątkiem i prawda jest taka,  że przez długie okresy czasu nasze współżycie układało się pokojowo, a niekiedy nawet zupełnie poprawnie. Niestety, takich działań, mających na celu ułożenia dobrych relacji polsko-niemieckich, nie ułatwia  obecna polityka niemiecka wobec Polski. To lekceważące traktowanie wszelkich polskich interesów i postulatów jest mocno zniechęcające. Wręcz mam takie wrażenie, że jako metodę działań wobec Polski, niemieckie władze wybrały futrowanie przez niemieckie fundacje różnych „grantojadów” w Polsce, którzy są gotowi napisać i firmować nawet największą bzdurę zakłamująca historię wzajemnych stosunków. Nie przyczynia się to do polepszenia relacji między Niemcami i Polakami. Wręcz przeciwnie, pogłębia tylko dawne podziały i uprzedzenia.

Odniosłem się tylko do niewielu elementów argumentacji użytych we wspominanym tekście w Wyborczej. Te inne są być może równie ciekawe. Jednak wszystkie je przebija jedno stwierdzenie, które naprawdę mnie poruszyło i zdziwiło.  To fragment, gdzie są opisywanie „nasze winy” wobec Niemców. Zaczyna to się tak: „Gdy na dzieje polsko-niemieckie spoglądamy z perspektywy tysiąclecia, konflikty zbrojne, zabory, germanizacja, nawet ludobójcza III Rzesza, schodzą na plan dalszy, stają się okrutnymi epizodami”. Słownik Języka Polskiego PWN daje krótką, a jednocześnie pełną, definicję słowa epizod: «krótkotrwałe zdarzenie niemające większego znaczenia». Z tego co napisał autor wynika, że także na II wojnę światową zaleca on spojrzeć jak na „okrutny epizod”. Czy w określeniu „epizod”, czyli czegoś niemającego większego znaczenia, można zmieścić straszną śmierć 6 milionów ludzi?

 

Często zdarza się, że redakcje, publikując jakieś kontrowersyjne teksty, zastrzegają na dole, że opinie w nich zawarte nie są tożsame z linią danej redakcji. W tym przypadku ja takiego zastrzeżenia nie widzę, a jedynie, w końcowej notce, dowiaduję się, że autor „pracuje na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk”.

Wydaje mi się, że wymienieni pracodawcy pana Romanowskiego, czyli PAN i UJ, powinni jednak odnieść się do jego opinii określającej skutki niemieckiego ludobójstwa w Polsce podczas ostatniej wojny mianem „okrutnego epizodu”. Swego czasu, gdy inny profesor UJ, pan Jan Hartman, wyraził opinię w temacie związków kazirodczych, to władze UJ na to zareagowały, odcinając się od niego i wszczynając postępowanie dyscyplinarne.


Jeśli tym razem, ze strony UJ i PAN nie będzie żadnej reakcji, to można będzie chyba uznać, że te instytucje nie są przeciwne opinii o „okrutnych epizodach”, jaką nakreślił ich pracownik. Sam zaś nie zamierzam zgłaszać im jakiegoś zawiadomienia w tej sprawie, gdyż tekst zamieściła gazeta o jednym z największych nakładów w Polsce, i to co napisał tam pracownik UJ i PAN, powinno być im dobrze znane, gdyż pewnie mają nawet, w swoich strukturach, komórki, które monitorują wysokonakładowe publikacje, gdzie są, w jakiś sposób, wymieniane, choćby tylko z racji miejsca zatrudnienia autorów. Ja zaś nie jestem chyba jedynym w Polsce człowiekiem, który czyta jeszcze jakieś teksty w Wyborczej i je analizuje, żebym czuł się w obowiązku reagować. Jestem też zdecydowanym zwolennikiem wolności słowa i w żadnym wypadku nie chodzi mi o jakiekolwiek zabranianie panu profesorowi  Romanowskimu pisania dowolnych rzeczy, jakie tylko chce, a Wyborczej ich drukowania. Chciałbym się tylko dowiedzieć, czy określenie „okrutny epizod”, na to co zrobiła III Rzesza w Polsce w ostatnią wojnę, jest też podzielane przez UJ, PAN, a może także IPN.

Stanisław Lewicki

Facebook

1 thought on “Lewicki: Czym była II wojna światowa w relacjach niemiecko-polskich?”

  1. Faktyem jest, że jeżeli chce się pokazać jakieś pozytywne stosunki polsko-niemieckie, to można wybierać do woli z bardzo długiego okresu historycznego, od X do XXI wieku. Kiedy się chce pokazać negatywne, to zawsze będzie to okres 1870-1945, przy czym w 90% przypadków 1939-1945. Maksymalnie jest to okres życia jednego człowieka.

    Ten podział nie jest bynajmniej przypadkowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *