Matusiewicz: „Zjednoczona Prawica” na wirażu

Koalicja obłudnie operująca tą nazwą od początku na wiraże była skazana, bo nigdy konsekwentnie prawicową nie była. Jej trzonem od początku było PiS – partia silnie umocowana w lewicowo – demokratycznym „etosie”. Środowisko, które ją utworzyło, wcześniej skupione w „Porozumieniu Centrum” stanowiło centrolewicowy fragment solidarnościowych „elit”.

Sam Jarosław Kaczyński dość natrętnie kręcił się wokół lewicowych „salonów” gdzie najwyraźniej był lekceważony. W konsekwencji, chwycił się, niczym rzep psiego ogona, Lecha Wałęsy, którego – wbrew opinii salonu – lansował na Prezydenta. Wałęsa odwdzięczył się Kaczyńskiemu funkcją szefa prezydenckiej Kancelarii i szeregiem beneficjów dla jego środowiska, jednak zorientowawszy się, że Kaczyński prowadzi własną politykę, pozbył się go. Czym stworzył sobie zajadłego wroga. Po upadku PC było zaproszenie do rządu AWS dla Lecha Kaczyńskiego, co pozwoliło temu ostatniemu – jako Ministrowi Sprawiedliwości – wykreować się na „szeryfa”. I samo PiS weszło na scenę polityczną jak partia szeryfów, która wytropi aferzystów i oczyści życie polityczne w III RP. Pewnie mało kto pamięta jednak, że Kaczyński – jeszcze jako szef PC – pozostał wrogiem tradycji endeckiej i sceptykiem w kwestiach mieszana polityki z katolicyzmem. Konkurencyjne ZChN – partię z pewnością nie tak silnie związaną z Kościołem jak dziś PiS – nazwał „najlepszą drogą do dechrystianizacji Polski”.

Czołówka PiS to dzisiaj wciąż „zakon PC”, gdzie brylują osobniki pokroju pp. Brudzińskiego, Glapińskiego, Lipińskiego czy Błaszczaka. Przy największej dozie dobrej woli trudno przypisywać im jakiekolwiek poglądy, co zresztą tyczy się również samego Prezesa. Łączy ich wspólne kombatanctwo i uczestnictwo w specyficznych operacjach typu likwidacja RSW Prasa, Książka Ruch czy działalność spółki „Srebrna”. No i z pewnością parcie na władzę i synekury, mnożone ponad wszelką rozsądną miarę. Stąd słusznie przypisywany PiSowi etatyzm. Z oskarżeniami o socjalizm byłbym natomiast ostrożny, bowiem hojność w socjalnym rozdawnictwie czy zakusy na „repolonizację” (czyli upaństwowienie) banków czy mediów traktowałbym raczej jako instrumenty służące zdobyciu lub utrzymaniu władzy. I właśnie władza (jako cel sam w sobie) zdaje się być główną obsesją tego gremium. I to jest moim zdaniem również przyczyną ataku na sądownictwo i samorządy, które jak do tej pory wymykają się liderom PiS spod pełnej kontroli. Do tego dochodzi jeszcze skłonność do gigantycznych i dyskusyjnych ekonomicznie państwowych inwestycji typu Centralny Port Komunikacyjny czy przekop Mierzei Wiślanej.

W tym przypadku skłonność tą przypisywałbym motywowaną wzorcami historycznymi (sanacja, a może i egipscy faraonowie) gigantomanii i chęcią budowania sobie pomników za życia. Niechęć PiS do przedsiębiorców bierze się z kolei z faktu, iż przedsiębiorcy – w przeciwieństwie do urzędników i szefów państwowych spółek – również wymykają się liderom tej partii spod kontroli. W dodatku zaś – szefowie PiS zdają sobie chyba sprawę z faktu, iż sami na wolnym rynku mogliby tylko pomarzyć o swych obecnych apanażach i dlatego nigdy swych sił na tym polu nie próbowali. Pojawia się zatem i zawiść, która zresztą leży prawdopodobnie u podłoża niechęci działaczy PiS do wszelkich elit, tak tych politycznych (oczywiście z czasów przed PiS), jak i kulturalnych, naukowych, prawniczych czy gospodarczych. To niechęć charakterystyczna dla nieuków i nieudaczników.

Kim są zaś „koalicjanci” PiS ? Zastosowałem cudzysłów, gdyż trudno tu mówić o koalicji. Mamy bowiem do czynienia z politykami należącymi do innych partii, po prostu zaproszonymi na listy wyborcze PiS oraz do udziału w rządzie. „Solidarna Polska” p. Zbigniewa Ziobry powstała w zasadzie wyłącznie z przyczyn ambicjonalnych, gdyż p. Ziobro popadł chwilowo w niełaskę Prezesa Kaczyńskiego. Dziś zaś on i jego wyhodowani na ogół w Ministerstwie Sprawiedliwości przyboczni (Wójcik, Kaleta, Kanthak, Ozdoba, Woś, Jaki, Święczkowski) dorabiają sobie – jako uzasadnienie swej „odrębności” – ideologię bardziej integralnej, niż PiS „prawicowości”. I są twarzą tzw. „reformy sądownictwa”, która polega na przejmowaniu go przez rządzących i która przeprowadzona jest wyjątkowo nieudolnie, co potwierdza opinie o kompetencjach jej twórców.

Drugi „koalicjant” – „Porozumienie” Jarosławia Gowina to z kolei skonstruowany przez wicepremiera statek ratunkowy dla polityków wyrzuconych za burtę (a w każdym razie odsuniętych od steru) w innych partiach. Pan Premier Gowin, w przeciwieństwie np. do p. Ziobry, starał się jednak przynajmniej nadać pozory ideowości swej formacji i na ogół zaznaczał jej umiarkowany konserwatyzm i gospodarczy liberalizm. Był przy tym w miarę wiarygodny, gdyż świadczyła o tym Jego obfita publicystyka i np. sposób redagowania krakowskiego „Znaku”. Jednak ta deklarowana przez liderów „Porozumienia” sympatia dla postulatów wolnorynkowych w żaden sposób nie przekładała się na politykę rządów pani B. Szydło i p. M. Morawieckiego. Były jedynie gesty symboliczne typu sprzeciw wobec likwidacji limitu przymusowych składek na ZUS.

Ostatnie dwa kryzysy w „koalicji” – majowy, związany z terminem i formą wyborów prezydenckich i bieżący, stanowiący konsekwencję forsowanych przez PiS projektów ustaw o bezkarności i likwidacji branży futrzarskiej (i częściowo hodowlanej) pokazały, że więcej niż p. Gowin atutów ma p. Ziobro. Po pierwsze – jako szef określonego resortu ma zapewne wiedzę i „papiery”, które dodają mu „atutów negocjacyjnych”. Po wtóre zaś – może na swój klub poselski liczyć (bo na ogół tworzą go ludzie, którzy zawdzięczają mu bardzo wiele), czego nie może – po swych majowych doświadczeniach – powiedzieć p. Gowin.

Jak wiemy – ostatni kryzys w „koalicji” został zażegnany i podpisano tajemne porozumienie, po czym ogłoszono powołanie „nowego” rządu. Panowie Gowin i Ziobro ponoć zagwarantowali sobie i swoim parlamentarzystom miejsca na przyszłych listach wyborczych. To przytomne z ich strony, bo zapewne p. Kaczyński odczuwa co najmniej silną pokusę, by przy najbliższej okazji „koalicjantów” się pozbyć. Zwłaszcza, że raczej nie miałoby to wpływu na wynik wyborczy PiS. Tyle, że nikt nie da im gwarancji, ze p. Kaczyński z tego porozumienia się wywiąże. Nie zdziwiłbym się, gdyby wywołał jakiś nowy „kryzys koalicyjny”, by zyskać pretekst do pozbycia się tyleż chwilami kłopotliwych, co z jego punktu widzenia bezużytecznych „koalicjantów”.

Jacek Matusiewicz
Myśl Polska, nr 41-42 (11-18.10.2020)
Rubryka: Refleksje konserwatywnego zgreda

[Głosów: 14   Average: 4.9/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *