Rękas: Globcio, czyli o obciachowości klimatyzmu

Pamiętacie dziurę ozonową? Miała zabić całe życie na Ziemi, na szczęście udało się ją pokonać wymieniając dezodoranty i wkłady do lodówek. Oczywiście, ktoś na tym zarobił, najważniejsze jednak, że udało się przetestować największą akcję (anty)reklamowego wpływu na konsumentów w historii. Czemu więc nie udałoby się pokonać globalnego ocieplenia?

Bądźmy więc optymistami! Gdy już wszyscy (w każdym razie w krajach znaczących jako rynki…) zmienimy dostawców energii, kupimy nowe samochody i będziemy jeść co innego niż teraz – a nie będziemy mieli innego wyjścia, bo zmusi nas do tego nie tylko presja społeczna, ale i prawo – zapewne okaże się, że ludzkość znowu wygrała, katastrofę udało się (nie na długo!) odsunąć w czasie, ale mamy się dowiadywać co też ma nam śmiertelnie zagrozić w przeciągu kolejnej dekady…

Największa akcja promocyjna globalnego kapitalizmu

W tej sytuacji nie może więc dziwić, że klimatyzm jako dominująca obecnie ideologia – werbuje swoich wyznawców spośród nastolatków, którzy po prostu nie mogą pamiętać albo nie mają zwyczaju interesować się niczym co wydarzyło się przed erą internetu i to najlepiej tego obrazkowo-filmikowego. Co ciekawe, gigantyczna machina propagandowo-finansowo-ekonomiczna stojąca za klimatyzmem jest dziś w wyraźnej przewadze, nie tracąc w oczach szeregowych wyznawców niczego ze swojego rzekomego non-konformizmu. Tymczasem realny opór praktycznie nie istnieje, skoro miałby się ograniczać do jednego arcybiskupa w Polsce, doradzającego spokój prezydenta Rosji i wzruszającego ramionami przewodniczącego ChRL. Dowodzi to jedynie, że obecną wojnę pod sztandarem oporu przeciw sektorowi przemysłowemu państw zachodnich – prowadzi… tenże sektor, nikt inny nie byłby bowiem w stanie zmobilizować takich zasobów, skorumpować na taką skalę nauki i mediów, a wszystko dość ewidentnie tylko po to, żeby sprzedać jedne produkty w miejsce innych (nie gorszych i bynajmniej nie zepsutych czy przestarzałych…), a jedne zwyczaje konsumenckie zastąpić innymi. Czy nie o to od zawsze chodziło i chodzi w globalnym kapitalizmie?

A mimo to implementujący klimatyzm czy to do lewicowych, czy do tradycjonalistycznych programów anty-kapitalistycznych upierają się tego nie widzieć…

Klimatyzm jest pro-systemowy

Nie widzą oni zresztą także wielu innych rzeczy, w tym także że nie tylko są wykorzystywani, ale także, że dokonywane to jest w nader… obciachowej formie. W istocie bowiem problem nie polega na tym czy ocieplenie jest, czy go nie ma, czy ma ludzką genezę, czy nie i czy może zostać powstrzymane/odwrócone. W tym przypadku chodzi o nieprzyjmowanie przez wyznawców klimatyzmu do wiadomości, że WSZELKI MOHERYZM budzi irytację, opór, przekorę – i/albo śmieszność… W realiach polskiego internetu może bowiem wydawać się, że dominują klimatyczni sceptycy („negacjoniści” – jak atakują wyznawcy), w istocie jednak cały świat zachodni, rządu III RP nie wyłączając posłusznie podporządkował się ideologii klimatyzmu, udawanie więc, że jest się anty-systemowym, bo jest się weganinem – jest równie żenujące, jak wagary zarządzane przez dyrekcje szkół.

Jasne, w fejsbukowych kłótniach obie strony się zaperzają, przy czym w przypadku wyznawców to o tyle zabawniejsze, że dla nich klimatyzm to często ideologia jedyna, pierwsza i najważniejsza – stąd i objawy dwubiegunowości wyraźniejsze. Klasyczny dwubiegunowiec w fazie entuzjastycznej nie chce przecież przyjąć do wiadomości ani że ktoś nie uważa jego świra za najważniejsze przesłanie Wszechświata, ani że ktoś inny miał podobnego zajoba przed nim (ale często jest już na etapie depresyjnego zjazdu…).

A reszta się lubi z nimi drażnić “bo ta mała robi takie śmieszne miny“…

Biedna Greta jest żenująca

Ha, jeśli chodzi o Gretę Thurnberg, to przecież i co bardziej przytomni wyznawcy rozumieją doskonale obciążenie, jakie stanowi i będzie coraz bardziej stanowić dla całego ruchu. Bez urazy, ale gdyby to biedne dziecko z taką miną i całym sztafażem opowiadało o Paruzji – byłoby przecież równie żenujące i obciachowe. To po prostu kwestia formy. Propaganda dla małych dziewczynek działa na (niektóre) małe dziewczynki. Niezależnie od ich płci i wieku…

Czasem zaś rzecz tkwi w treści. Jeśli ktoś z powagą wypisuje np., że dla przetrwania ludzkości niezbędne jest wprowadzenie zakazu produkcji i konsumpcji mięsa w przeciągu 3 dekad – to albo robi to ze świadomego ejdżyzmu (zwłaszcza w polskim necie), albo musi rozumieć, że budzi śmiech, zgorszenie, bądź pukanie w głowę i nie powinien być tym oburzony. Tymczasem, choć przecież żyjemy w świecie relatywizmu i kwestionowania wszelkich prawd – klimatyzm ma być traktowany ze śmiertelną powagą, nie tylko jako ideologia (którą udaje, że nie jest, nie pierwszy w historii…), ale jako rzekomo zamknięty, konkretny program działania, plan ekonomiczny, a nawet menu. Nie jest to oczywiście jedyna kwestia, w której system liberalno-demokratyczny udowadnia, że nie ma nic wspólnego ani z wolnością przekonań, ani z ludowładztwem – podobne mechanizmy działają bowiem w kwestiach „opcjonalności płci”, „holocaustu” i paru innych fundamentów obecnego ładu. We wszystkich tych aspektach obowiązują zresztą podobne zasady: szantażowania sceptyków rzekomą naukowością narzucanych doktryn, a następnie prawną eliminacją wszystkich niedostatecznie zastraszonych.

Realisty nurt klim-szurostwa?

Co ciekawe jednak, również część klimatyków albo zaczyna dostrzegać nadmierny prymitywizm głównego nurtu wyznawanej ideologii, albo/i została wyznaczona do stworzenia jej bardziej strawnego przez ludzi inteligentnych nurtu. Sęk bowiem w tym, że naprawdę większość ludzi chce żyć w możliwie czystym, stabilnym świecie, nie krzywdząc innych istnień (nie tylko ludzkich) poza absolutnie niezbędną potrzebą – i nie istnieją nawet diaboliczni producenci, którzy produkują wyłącznie od razu gotowe odpady i ścieki, żeby je rozrzucać po wodach i lądach.

Ciekawym przejawem takiego klimatyzmu realnego (?) jest niedawny artykuł Michaela Shellenbergera, niewątpliwie klimatyka na łamach prestiżowego i przecież prawowiernego w szerzeniu klimatyzmu magazynu „Forbes[i]. Tłumacząc „Dlaczego apokaliptyczne wezwania w sprawie zmiany klimatu są złe (błędne?)”, Shellenberger, w swoim czasie też okrzyczany eco-guru – po prostu prosi, żeby… nie krzyczeć tam, gdzie wystarczy głos rozsądku. Np. przy okazji ostatnich pożarów w Australii. Tak, są one groźne. Tak, to potworne, że giną w nich te słodziakowate misie koala. Ale jak czytamy w „Forbesie”: „Pożary nie są spowodowane wyłącznie suszą, która jest powszechna w Australii i wyjątkowa w tym roku. – Zmiany klimatu odgrywają tutaj swoją rolę – powiedział Richard Thornton z Bushfire and Natural Hazards Cooperative Research Center w Australii – ale to nie jest przyczyną tych pożarów”. Jak więc konkluduje uprzejmie Shellenberger: „Czy powinniśmy martwić się o koale? Absolutnie! Są niesamowitymi zwierzętami, a ich liczba spadła do około 300 000. Ale stoją w obliczu znacznie większych zagrożeń, takich jak niszczenie ich siedlisk, choroby, pożary buszu i gatunki inwazyjne. Pomyślmy o tym w ten sposób. Klimat może się radykalnie zmienić – i nadal możemy uratować koale. I odwrotnie, klimat mógł się zmieniać tylko nieznacznie – a koale wciąż mogą wyginąć”.

Histeria nie jest długofalową strategią sprzedażową

A przecież nie chodzi tylko o koale. Nie tylko cytowany wyżej artykuł, ale niemal codzienny przegląd prasy przynoszą przykłady przehisteryzowania przekazu sygnowanego przez klimatyków. Można założyć, że co rozsądniejsi stratedzy całej kampanii rozumieją już, że opowiadanie, iż świat się skończy ok 2030 r. (co wieszczy sama G. Thurnberg w sygnowanej jej nazwiskiem książce „No One is Too Small to Make a Difference”) nie jest najrozsądniejszym planem sprzedażowym na okres po tej dacie. Dochodzi również to kolizji różnych skrzydeł dominującej ideologii – na przykład wyznawcy jednego z nich burzą się, gdy drudzy swój wieszczony genocyd klimatyczny nazywają „większym od holokaustu”. To też nieuchronne – w końcu każdy ma swoją specjalizację, swój target, swój cel sprzedażowy i robi się bałagan, gdy takowe się krzyżują…

Czy więc możemy się spodziewać ostudzenia emocji, a przynajmniej zostawienia luki pozwalającej rozmawiać o środowisku naturalnym bez groźby zostania pożartym jako ostatni kawałek mięsa w galaktyce? Czy pojawi się wreszcie jakiś bardziej realistyczny, a mniej infantylny nurt klimatyzmu – czy też po prostu trzeba go przeczekać, jak dziury ozonowe i tym podobne przeszłe, niedoszłe apokalipsy?Cóż, przyjmując klimatyzm jako pewien bieżący niemal globalny stan świadomościowy, rozumiejąc też jego bieżące i przyszłe skutki społeczne i ekonomiczne – zdrowie psychiczne każe zachować jedyną możliwą postawę:

Globalne ocieplenie?

Ani mnie to grzeje, ani ziębi.

Konrad Rękas

[i] https://www.forbes.com/sites/michaelshellenberger/2019/11/25/why-everything-they-say-about-climate-change-is-wrong/amp/?__twitter_impression=true&fbclid=IwAR1ADO6snOhG2-dB_uTkkU_-rvSq_jZViApIQSctAlLB4txNZ7IQdvsmJPs

[Głosów:12    Średnia:3.9/5]
Facebook

2 thoughts on “Rękas: Globcio, czyli o obciachowości klimatyzmu”

  1. Celne,a to o propagandzie małych dziewczynek dla małych dziewczynek niezależnie od płci i wieku-genialne.

  2. Bardziej żenujący był Lepper co nie przeszkadzało mu zostać wicepremierem… nawet gadka o Klewkach nie zrobiła mu tu specjalnej krzywdy. I co z tego, czy innego bunga bunga (Chociaż, ponoć Włosi odbierają to hmmm… trochę inaczej), ma wynikać?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *