Rękas: Jeder Tritt ein Britt! – czyli o systemie brytyjskim

Nie jestem bynajmniej anglofobem. Ba, nie jestem nawet brytofobem pamiętając wszak, że samo pojęcie politycznej Wielkiej Brytanii wymyślono dla wzmocnienia władzy skądinąd sympatycznych mi władców ze szkockiej dynastii Stuartów. W dodatku, odkąd pierwszy raz trzydzieści kilka lat temu noga moja pierwszy raz stanęła na Wyspach, przez mój tamtejszy epizod szkolny po częste powroty – przyznaję się do lubienia niemal wszystkiego, co z Anglii, Walii, a zwłaszcza oczywiście Szkocji pochodzi, wliczając w to język(i), kuchnię, alkohole, tradycyjny styl ubioru, zabudowy i wyposażenia wnętrz, aż po humor i rzecz jasna szkołę politycznego myślenia oraz system prawny, w mojej skromnej opinii praktyka w wielu aspektach dalece efektywniejszy od kontynentalnego. Słowem, zupełnie mimowolnie naśladuję tak wielu miłośników tych wszystkich dóbr i wartości przede mną, by przywołać choćby samego… Romana Dmowskiego.

System pani Bucket

I z tych samych jednak co on powodów nie mogę czasem nadziwić tej dziwnej mieszaninie fascynacji i irracjonalnej sympatii Polaków do Anglii, a już zwłaszcza angielskich klas panujących. Tych samych, które (jak trafnie pisał Cat) z całej Europy odrobinę uważania miewały niekiedy dla (niektórych) Niemców, rzeczową interesowność podszytą poczuciem wyższości zachowując dla Amerykanów, a całą resztą świata zgodnie pogardzając aż po wykraczające poza lekceważenie niedostrzeganie cudzej nicości. Tak jak bowiem nie sposób nie doceniać angielskich, a następnie brytyjskich dokonań – tak również nijak wszak nie mogą one budzić sympatii, ani też nie są i nie były nigdy obliczone na jej zdobywanie. – Każdy niech robi co do niego należy – ten jakże porywający rozkaz księcia Wellingtona spod Waterloo najlepiej wszak opisuje i uznawaną wyjątkowość systemu brytyjskiego, i najwłaściwszy do niego stosunek z zewnątrz.

Co zaś się tyczy samych kwestii społeczno-organizacyjnych nawet bardziej niż ustrojowych, to przez wieki polityczny system Brytanii wyglądał tak: Monarchia i arystokracja skupiały na sobie zainteresowanie i kompleksy klasy średniej, wszystkich Bucketów tego świata. Jednocześnie zaś Kościół Anglikański pilnował posłuszeństwa biedoty i klasy robotniczej. A prawdziwe rządy i interesy odbywały się poza czy zza pleców tej quasi-monarchicznej i pseudo-religijnej szopki. I dzięki temu właściwie po Oliwierze Cromwellu klasa rządząca Anglii nie musiała się już ujawniać, rządząc zza słabych, figuranckich królów i wypychanych do pierwszego szeregu premierów. Niedawna śmierć Filipa Battenberga tylko przypomniała o tej utylitarnej roli brytyjskiego domu… panującego. Przy czym sam książę Filip, o czym zawsze warto przypominać – płaszczykiem niezgrabnej arogancji pokrywał swoją wiodącą, a w każdym razie reprezentatywną rolę w inicjatywach, które dopiero po upływie pół wieku ujawniają w pełni swój cywilizacyjny wymiar. Mówiąc prościej – skupiając się na chamstwie arystokraty (cóż za pozorna antynomia, godna Żorża Ponimirskiego…!) nie widzieliśmy, iż był rzecznikiem wczesnego klimatyzmu, depopulacji i nowej oligarchicznej stratyfikacji na skalę globalną.

System pani „Windsor

Przy okazji zaś warto może o wspomnieć o ciekawostce ze styku interesujących nas kwestii brytyjskiego ustroju, pozycji battenbergsko-saskogotajskiego i klimatyzmu właśnie. Interesująco przywoływany niedawno w „Myśli Konserwatywnej” przez kol. dra Adama Danka niewidzialny ustrój UK w istocie nadal utrzymuje hamulce legislacyjne, naciskane za pośrednictwem lokatorów Pałacu Buckingham. Oto bowiem kilka miesięcy po tym, jak „The Guardian” zajął się sprawą konsultowania przez rząd brytyjski treści ustaw z dworem jeszcze przed ich formalnym zgłoszeniem Parlamentowi – podobną praktyką ujawniono (?) w Szkocji. W poprzedniej jeszcze kadencji tamtejszego parlamentu rządząca autonomią Szkocka Partia Narodowa negocjując poparcie miejscowych Zielonych (skądinąd pro-niepodległościowych i silnie antymonarchistycznych) zaproponowała wprowadzenie przepisów zmuszających właścicieli ziemskich do sprzedaży lub dzierżawy gruntów niezbędnych dla przeprowadzenia instalacji przesyłowych ze źródeł energii odnawialnej (wiatraków i farm solarnych). Jak wiadomo zaś – największymi posiadaczami ziemskimi w Szkocji są Korona i Elżbieta personalnie. I oto okazało się, że niestroniący wszak od republikanizmu rząd szkocki zgodził się wprowadzić jeszcze przed procedowaniem parlamentarnym poprawki zwalniające tylko i wyłącznie posiadłości obecnej monarchini z nowej służebności. Podkreślmy – Elżbieta ani nie zablokowała, choć mogła tego z gruntu naruszającego fundament własności prawa, ani nie załatwiła zwolnień kumplom-arystokratom, ale przyklepała tylko korzyść dla swego majątku osobistego. Rząd zaś autonomii zmuszony był przyznać, że stało się tak dla „zapewnienia płynności prac nad nowym prawem”. Zanim więc ktoś znowu radośnie, a bezrefleksyjnie napisze coś o „królach, którzy panują, ale nie rządzą” – niech lepiej sprawdzi czym się ci dziadziusie-cacusie naprawdę zajmują, co posiadają i do czego tego używają…

To zaangażowanie brytyjskiej klasy panującej w ekspansję klimatyzmu (przy czym takiego rzecz jasna, który nie narusza żadnego, najmniejszego choćby detalu interesów członków tej elity) potwierdza jedynie ciągłość tej doktryny z szeroko rozumianym nurtem liberalizmu, czyli podstawowego przez stulecia materiału eksportowego Brytanii. Bez przypomnienia sobie, że to nie USA bynajmniej wymyśliły globalny imperializm w formie rozsiewania wszędzie własnego ustroju – nie sposób też zrozumieć ustrojowej specyfiki brytyjskiej. A przecież to w taki właśnie sposób Londyn/City zneutralizowały europejską konkurencję Francji i ostatecznie zdezintegrowały geopolitycznie Hispanidad. Następnie zaś – o kolejny paradoksie! – podobna próba w stosunku do Rosji, w postaci rewolucji lutowej została katechońsko, acz w sposób nieuświadomiony zablokowana przez bolszewików. Następnie zaś pasożyt toczący Starą Anglię zaczął już przenosić się za Atlantyk, przybierając postać demoliberalizmu, jednak w istocie swojej pozostając wszak tym samym tasiemcem, który rozsiadł się w Londynie co najmniej od bitwy pod Bosworth…. I nie jest to bynajmniej kwestia obojętna dla polskiej zakompleksiałej anglofilii, bowiem kraj nasz i naród, aczkolwiek co do zasady Albionowi wszak doskonale mniej niż obojętne – patałętały się gdzieś tam na marginesie zainteresowań City z dwóch tylko względów: geopolityki/geoekonomii i służącej im ideologii.

Dlaczego Brytania jest wrogiem Polski

Co do się tyczy pierwszej z tych kwestii, to beznamiętnie należy zauważyć, iż geopolityczne interesy najpierw Anglii, a potem Brytanii gdzieś tak od XV/XVI wieku były wyłącznie sprzeczne z interesami Polski. Bez emocji i uczuć – po prostu tak było i jest. Począwszy od XV wieku Anglia zaczęła traktować rodzącą się Moscovię jako swoją strefę wpływów uznając za opłacalne zdobycie wpływów na Wschodzie i udział w zyskownym handlu (przede wszystkim futrami) z perspektywami rozwoju aż hen, w stronę azjatyckich stepów i Syberii. Stąd właśnie wzięła się trwająca następne trzy, stulecia sprzeczność interesów angielskich, a następnie brytyjskich z polskimi. Polska/Rzeczpospolita stanowiła problem np. rywalizując z Moskwą o Inflanty, czyli dostęp do bałtyckich portów, samemu okresowo angażując się w rywalizację o wpływy na Wschodzie. Słowem – zawadzając. Anglicy pragmatycznie starali się zatem kilkakrotnie polską przeszkodę usunąć, m.in. w ramach innego swojego, znacznie szerszego projektu: tkania własnej sieci międzynarodówki protestanckiej, która nie potrzebowała nawet szczególnych angielskich podpowiedzi, by prawidłowo za najsłabsze ogniwo obozu państw katolickich (traktowanych jako naturalny przeciwnik) uznać Rzeczpospolitą. I co charakterystyczne – działania takie podejmowali tak Elżbieta I, jak Jakub VI, a w wersji udoskonalonej zwłaszcza Cromwell. Jest to bowiem także jeden z najważniejszych elementów systemu angielsko/brytyjskiego – niezmienność postrzegania interesów geopolitycznych/geogospodarczych klasy panującej, niezależnie od bieżącej gradacji celów i niuansów taktycznych, nie mówiąc o schodzących w takich sprawa na plan dalszy różnicach w polityce wewnętrznej. Jak wiemy, po próbach mniej udanych, jak np. Potop i traktat w Radnot – polityka brytyjska ostatecznie zatriumfowała w czasie rozbiorów, których Londyn był sprawcą co najmniej komplementarnym wobec Berlina. Co jednak ważne – wtedy ze szczególną wyrazistością ujawnił się kolejny istotny element geopolityczny, a mianowicie narastająca sprzeczność interesów brytyjskich i rosyjskich, oczywiście już wcześniej immanentna ze względu na podrzędność tego drugiego komponentu, ale wówczas właśnie dostrzeżona przez samych zainteresowanych. A przynajmniej tych spośród nich, którzy do dziś dnia uchodzą skądinąd za niepoważnych głupców i wariatów… Realnie bowiem pierwszym przywódcą rosyjskim, który próbował ograniczyć wpływy Londynu był Piotr III, a następnie zwłaszcza jego syn, imperator Paweł. Oczywiście też absolutnie fundamentalna, egzystencjalna sprzeczność brytyjsko-rosyjska ujawniła się wraz z wyjściem Rosji na pozycje eurazjatyckie i co ważniejsze – obustronnym samouświadomieniem implikacji tego faktu. Równorzędnie zaś w niczym nie osłabła przeciwstawność interesów polskich i brytyjskich, w tym przypadku jednak niestety coraz mniej przejrzysta i zrozumiała dla tych spośród naszych przodków, którzy nie rozumieli, że walczą w powstaniach nie za Polskę bynajmniej, tylko w ramach globalnego eksportu ideologii liberalnej. Polski wiek XIX to wielkie zmaganie polskiego konserwatyzmu z kosmopolitycznym z samej swej istoty, choć formalnie wówczas brytyjskim, a dziś amerykańskim liberalizmem, pragnącym Polski raczej żadnej niż konserwatywnej. Niestety, w walce tej zamiast polskich konserwatystów – występować musieli nasi obrońcy w reakcji. Przeważnie – Rosjanie, wspierani przez mniej niż nielicznych, świadomych Polaków, czy to myślicieli (jak Henryk Rzewuski i Michał Grabowski), czy praktyków (jak Aleksander Wielopolski i Kazimierz Krzywicki). Dla porządku warto dodać, że choć trudno uznać to za udział samodzielny – to jako Polacy wnieśliśmy też swój wkład do wspólnej geopolitycznej Wielkiej Gry przeciw Albionowi, dzięki czemu Jan Prosper Witkiewicz czy Bronisław Grąbczewski należą do tych nielicznych Polaków, których nazwiska uświadomieni Anglicy wspominają z uznaniem, a na pewno częściej niż czynią to sami rodacy…

Gott strafe England

Jak zatem widzimy, na całość ustroju Brytanii składa się zarówno jego strona formalna i prawna (z nie do końca bynajmniej fasadową uzurpatorską monarchią i charakterystyczną formą parlamentaryzmu), jak zwłaszcza bardzo skonkretyzowany i uświadomiony interes klasowy oraz służące mu czynniki ideologiczne (niegdyś w postaci liberalizmu na przemian z liberalnym imitowaniem konserwatyzmu, dziś częściej jako różne wcielenia liberalizmu progresywnego, z klimatyzmem włącznie) oraz oczywiście geopolityczne i geoekonomiczne. To wszystko razem i nierozerwalnie konstytuuje polityczno-ustrojowo-społeczną brytyjskość, co winno być pouczające i ostrzegawcze zwłaszcza dla Polski. Skoro bowiem wiemy, że to Brytania (choćby nawet dziś znajdująca się na znacznie mniej eksponowanej pozycji od swej dawnej amerykańskiej kolonii) od kilkuset lat jest tylko nosicielem pasożyta finansjery, tasiemca będącego głównym motorem globalizmu, dla którego to zjawiska tylko dopełnieniem są tak gorszące zjawiska progresizmu świata zachodniego – to powinniśmy także rozumieć, że w realiach triumfu globalizmu, tego finału Nie-Boskiej Komedii, miejsca na Polskę nie ma w ogóle.

Choć równocześnie nie mamy też podstaw, by a priori odrzucić scenariusz najbardziej nieprawdopodobny – geopolityczną i ideową apokastazę. Skoro bowiem wg słów św. Marcina nawet Szatan mógłby zostać zbawiony, gdyby żałował za swe grzechy – tak nawet stany amerykańskie i Anglia stając się na powrót normalnymi państwami być może zasłużyłyby i stałyby się godne (nie tylko geopolitycznego) wybawienia. Choć zapewne nie jest i nie będzie to przebieg zdarzeń należący do naszego świata…

 

Konrad Rękas

Facebook

4 thoughts on “Rękas: Jeder Tritt ein Britt! – czyli o systemie brytyjskim”

  1. (…)W dodatku, odkąd pierwszy raz trzydzieści kilka lat temu noga moja pierwszy raz stanęła na Wyspach, przez mój tamtejszy epizod szkolny po częste powroty – przyznaję się do lubienia niemal wszystkiego, co z Anglii, Walii, a zwłaszcza oczywiście Szkocji pochodzi, wliczając w to język(i), kuchnię, alkohole, tradycyjny styl ubioru, zabudowy i wyposażenia wnętrz, aż po humor i rzecz jasna szkołę politycznego myślenia oraz system prawny, w mojej skromnej opinii praktyka w wielu aspektach dalece efektywniejszy od kontynentalnego.(…)
    Z Belfastu też?

  2. (…)I oto okazało się, że niestroniący wszak od republikanizmu rząd szkocki zgodził się wprowadzić jeszcze przed procedowaniem parlamentarnym poprawki zwalniające tylko i wyłącznie posiadłości obecnej monarchini z nowej służebności.(…)
    Ekhem… Brytyjczycy pojmują inaczej pojęcie repubplikanizm inaczej niż to przyjęło się w naszym kręgu lulturowym.

  3. (…)Polska/Rzeczpospolita stanowiła problem np. rywalizując z Moskwą o Inflanty, czyli dostęp do bałtyckich portów, samemu okresowo angażując się w rywalizację o wpływy na Wschodzie.(…)
    Na tym obszarze chyba najmocniej brużdziła Hanza…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *