Rękas: Polska była zaledwie epizodem wojny światowej

Wybieranie dat początkowych wielkich wydarzeń dziejowych – to wbrew pozorom domena bardziej polityki historycznej niż historii. Po prostu – potrzebne są pomniki, miejsca, osoby, pouczające przykłady i porywające opowieści na których można ogniskować świadomość potomnych, budować odpowiednie narracje, wykorzystywane następnie w propagandzie czy wychowywaniu narodu. Badacz dziejów wie jednak, że właściwie nie ma historii zdarzeń, istnieje wyłącznie historia procesów historycznych, ciągów i następstw, wynikających z artykułowania i ścierania się konkretnych interesów, tylko wyrażanych następnie przez coś, co my znamy jako historyczne rocznice.

Kiedy naprawdę zaczęła się II wojna światowa?

Doskonale to widać właśnie na przykładzie II wojny światowej. Wszyscy wiedzą, że wybuchła ona 1. września 1939 roku, prawda? No dobrze, ale właściwie czemu nie 15. marca 1939 r. wraz z wejściem hitlerowców do Pragi, sprzedanej i wystawionej Niemcom przez swych francuskich sojuszników? Albo nie 29. września 1938 roku, kiedy to mocarstwa zachodnie zgodziły się na rewizję granic czechosłowackich? Albo od 17. lipca 1936 r., kiedy to wraz z puczem wojskowym rozpoczęły się w istocie swej międzynarodowe zmagania dwóch, czy nawet trzech bloków, znane nam jako hiszpańska wojna domowa? A może pierwszymi strzałami II wojny światowej były te z 7. lipca 1937 r. na Moście Marco Polo koło Pekinu? Czy niby miałby być europocentryzm w poszukiwaniu początku konfliktu, skoro miał on wymiar prawdziwie globalny?

Globalne były też zresztą jego przyczyny. Te same interesy klas posiadających, konflikty geopolityczne i procesy cywilizacyjne, które doprowadziły do wybuchu I wojny światowej (jak się przecież powszechnie wydawało – wbrew elementarnemu zdrowemu rozsądkowi i oczywistym potrzebom niemal wszystkich zaangażowanych narodów) – stały za koniecznym dokończeniem całej rozgrywki. I czy za datę graniczną przyjmiemy 1. września czy jakikolwiek inny dzień, czy za katalizator zdarzeń uznamy Polskę czy którekolwiek z innych państw-przedmiotów zdarzeń – niczego to w obrazie całości nie zmieni. Wojna wybuchła – bo taka, niestety, zaistniała konieczność historyczna.

Droga do Moskwy

Dopiero przypomniawszy tę oczywistość możemy przeprowadzić analizę pozycji Polski w tym konflikcie, bez popadania w kompleks ofiary, ale i bez megalomanii, w typie „wojna wybuchła o Polskę/przez Polskę/dla Polski”. Rozpatrując pozycję międzynarodową II Rzeczypospolitej należy zauważyć, że pierwsze lata naszej niepodległości – to okres geopolitycznej zależności od Francji. I to zależności realizowanej w sposób bardzo upokarzający dla Polaków, przypominający jako żywo współczesne wiernopoddańcze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. Stan ten uległ zmianie w wyniku zamachu majowego, przeprowadzonego w 1926 r. przez marszałka Piłsudskiego z dość wyraźnej inspiracji brytyjskiej, potrzebującej wówczas pilnie polskiego narzędzia do własnej rozgrywki ze Związkiem Sowieckim. Co ciekawe jednak sam Piłsudski jeszcze na etapie przygotowań do przewrotu był w kontakcie z polskimi komunistami, a za ich pośrednictwem także z Moskwą zapewniając tą drogą, że wbrew pozorom nie zamierza wcale prowadzić następnej wyprawy kijowskiej. I słowa dotrzymał. Choć po zmianie władzy w Polsce jeszcze przez kilka lat oficjalna dyplomacja polska faktycznie wysługiwała się brytyjskiej, dzięki czemu ta uzyskiwała określone koncesje w ZSSR – to równolegle Piłsudski wdrożył własną sekretną dyplomację, starając się uzyskać bezpośredni kontakt ze Stalinem i w ten sposób wybić Polskę na względną choćby niezależność międzynarodową. W tym celu między innymi odbywały się misje zaufanych Piłsudskiego do Moskwy – Bogusława Miedzińskiego konferującego z Karolem Radkiem. Ignacego Matuszewskiego rozmawiającego z Włodzimierzem Antonowem-Owsiejenką i (już na końcowym etapie)… Józefa Becka spotykającego się z Maksymem Litwinowem. Jak przypomniał niedawno wybitny polski historyk, prof. Krzysztof Rak – zapisana przez Radka propozycja Becka, a faktycznie Piłsudskiego brzmiała: „Jeśli my [Sowieci – przyp. K.R.] będziemy gotowi pomóc im [Polakom – przyp. K.R.] bronić korytarza, to oni są gotowi umówić się, aby razem przeszkodzić w posuwaniu się Niemiec na północny wschód w kierunku Leningradu. Trzeba stworzyć iunctim: Pomorze – Leningrad«. Zapisałem to prawie dosłownie. Trzeba próbować uwzględnić interesy obu naszych krajów od Morza Czarnego do Bałtyku [Надо пытаться согласовать нашу и их родину от Черного моря до Балтики]”.

Aby zaś nie mówić ogólnikami, nawiążę do sytuacji obecnej bez ogródek. Mówię wam: POLSKA NIE ZWIĄŻE SIĘ W ŻADEN SPOSÓB I W ŻADNEJ SYTUACJI Z NIEMCAMI PRZECIWKO ROSJI SOWIECKIEJ.  Do tego oświadczenia zostałem w pełni upoważniony, z pieczęcią imienną o której już panu dziś powiedziałem. (…) A teraz powiem swoimi słowami, co leży u podstaw takiego stanowiska, przez Polskę zajętego: nie to naturalnie, żeśmy was nagle i płomiennie pokochali, lecz nasz własny interes. Gdybyśmy się przysłużyli do niemieckiego ataku na Rosję – to jakież perspektywy: w wypadku niepowodzenia katastrofa dla nas oczywista. A w razie powodzenia? Niech pan patrzy na tę mapę i wyobrazi sobie w jakiej sytuacji znalazłaby się Polska, otoczona nowymi podbojami niebywałego dotąd imperium, na jego całkowitej łasce i niełasce. Czy myśli pan, że tego nie dostrzegamy? Jak sądzę powinniście zrozumieć, że to co panu przed chwilą oświadczyłem jest prostym wskazaniem polskiej racji stanu i wyzbyć się zastarzałej do nas podejrzliwości” – tak właśnie brzmiało posłanie Piłsudskiego do Stalina, przekazane w kwietniu 1933 r. red. Radkowi przez płk. Miedzińskiego, członka kierowniczego kręgu polskiego obozu rządzącego (i przyszłego marszałka polskiego Senatu).

Raczej Stalin niż Hitler

I trafiło to na dobrą glebę, bo co o współpracy z Polską myślał sam Stalin? Współczesny badacz Michaił Narinsky zauważa: „Stalin podszedł do sprawy pragmatycznie i szeroko. 30. sierpnia 1931 r. Stalin spędzający wakacje na południu – wysłał list do Łazara Kaganowicza w Moskwie. Treść tego dokumentu wymownie świadczy o roztropności i mądrości dyplomatycznej Stalina. Pisał: „Dlaczego informujesz nas o polskim projekcie paktu [o nieagresji], który Patek [ambasador RP w Moskwie – autor] złożył Litwinowowi? To bardzo ważna sprawa, niemal decydująca w kwestii pokoju i obawiam się, że Litwinow, ulegając presji tzw. opinii publicznej, sprowadzi to do wydmuszki. Zwróćcie na to poważnie uwagę, niech PB [Biuro Polityczne – autor] weźmie to pod specjalny nadzór i spróbuje doprowadzić do końca za pomocą wszelkich dopuszczalnych środków. Byłoby śmiesznie gdybyśmy w tej sprawie ulegli ogólnej burżuazyjnej modzie „antypolonizmu”, zapominając choć na chwilę o fundamentalnych interesach rewolucji i budowy socjalizmu (…)” Według słusznej opinii Narinsky’ego: „Z punktu widzenia Stalina pozycja Polski była kluczowa dla pozycji polityki zagranicznej Kraju Rad – bez udziału Polski nie byłoby możliwe zorganizowanie antysowieckiej akcji militarnej z Zachodu… Po otrzymaniu projektu Patka Stalin dał kategoryczne polecenie rozpoczęcia negocjacji z Polską. W liście do Kaganowicza z 7 września oskarżył Karachana [później uczestnika antystalinowskiego spisku Tuchaczewskiego-Jenukidze-Jagody – autor] i Litwinowa, że „popełnili poważny błąd, którego wyeliminowanie zajęłoby więcej lub mniej czasu”. 20 września, odrzucając punkt widzenia Litwinowa, Politbiuro podjęło ostateczną decyzję: zabiegać o zawarcie paktu o nieagresji z Polską. Pakt ten został podpisany w 1932 roku.

I mógł być rozwijany dalej – niestety, na przeszkodzie stanęła nadmierna ostrożność Piłsudskiego, a następnie jego śmierć. Następcy zaś polskiego dyktatora nie rozumieli genialności jego zamysłu paktu polsko-sowieckiego. Jeszcze jednak przed samą swą śmiercią, na przekazaną przez Göringa propozycję Hitlera wspólnego marszu przeciw ZSSR w styczniu 1935 r. Piłsudski odpowiedział twardo: „Polska jest zainteresowana pokojowymi stosunkami z ZSSR, z którym ma wspólną 1000kilometrową granicę”. Czynienie zatem z marszałka patrona niedoszłego (na szczęście, bo skazanego z góry na klęskę) paku z Hitlerem – to więcej niż błąd. To ignorancja i obraza pamięci polskiego przywódcy, a zatem w myśl ustawy 7 kwietnia 1938 r.  – czyn karany więzieniem. A przynajmniej obiciem solidnym pasem oficerskim…

Jedyne zaskoczenie tej wojny

Oczywiście też jednak dla przypieczętowania losu Polski kluczowe okazały się nie te układy, których ostatecznie nie zawarliśmy – tylko te faktycznie niestety nas obowiązujące, czyli porozumienia z Francją i zwłaszcza Wielką Brytania. Jest czymś nie budzącym już dziś najmniejszych wątpliwości, że pakty te, w szczególności zaś kuriozalny układ polsko-brytyjski, nie miały na celu powstrzymania wojny, ale przeciwnie – jej służyły jej sprowokowaniu, celem związania sił niemieckich możliwie daleko od granic mocarstw zachodnich. Pamiętajmy także, że zgodnie z metodą sprawdzoną już podczas I wojny światowej – Londyn był zainteresowany wciągnięciem do konfliktu wszystkich państw, których kosztem miał nadzieję zyskać. Stąd właśnie tak zaawansowane były w okresie 1939-1940 plany brytyjsko-francuskiego ataku na ZSSR (które my znamy jako Operation Pike). Wielka Brytania i służące interesom brytyjskim kierownictwo francuskie, a zza oceanu sponsorujące to wszystko Wall Street chciały wojny, bo wojna to przecież gigantyczny interes, kolejne zadłużanie się państw, miliardowe zyski na przemyśle – między innymi dlatego wizja ta była też miła wielkiemu kapitałowi niemieckiemu. Po co więc było kończyć we wrześniu 1939 r. coś, co się tak obiecująco dla wszystkich zainteresowanych dopiero zaczynało?

Również staromodne interesy geopolityczne mocarstw czekały na swe zaspokojenie, na kolejne zmiany granic, nowe podziały stref wpływów, eliminację słabszych (m.in. dlatego od początku na straconych pozycjach były Włochy, a nawet Francja, której już tylko śniło się, że nadal jest potęgą). Właściwie jedynym – za to ogromnym! – zaskoczeniem tej wojny była natomiast realna potęga Związku Sowieckiego, której nie doceniał właściwie nikt. To ona na pół wieku zmieniła i zatrzymała interesy imperialistyczne, mniejsza przez kogo artykułowane. Tego jednak we wrześniu 1939 r. ani w Londynie, ani w Nowym Jorku, ani w Paryżu (a także w Berlinie) nikt nie był w stanie przewidzieć. To jedno wiedział tylko Stalin.

Kiedy przegraliśmy

Interes Polski jednoznacznie nakazywał nam za wszelką cenę unikać wojny, a gdyby okazało się to ostatecznie niemożliwe – należało stroną wojującą stać się jak najpóźniej i jak najniższym kosztem i zaangażowaniem własnym. Jak już wiemy, wskutek prowokacji brytyjskiej tak się jednak nie stało. Swoim zwyczajem daliśmy się rzucić pierwsi od razu w najgorętszy ogień. I właściwie z miejsca ponieśliśmy tego bardzo bolesne konsekwencje. Jakkolwiek okrutnie by to dla Polaków nie brzmiało – tylko prawda może nas czegoś nauczyć. 17. września 1939 r. wojna obronna Polski była już faktycznie przegrana, żadne znaczące związki taktyczne WP nie miały już zdolności operacyjnej, zintegrowane dowództwo polskie nie istniało, wszelkie modne dziś w głównym nurcie polityki historycznej dywagacje o skutecznym wycofaniu, a następnie okopaniu na „przedmościu rumuńskim” – można włożyć między bajki. Pojedyncze ogniska oporu Polaków nie zmieniały obrazu klęski. Stalin na zimno dał Polsce ponad dwa tygodnie forów, na spokojnie czekając jak nam pójdzie – i co zrobią „alianci zachodni”. 17. miał już jasność – więc nie tyle nawet uderzył, co wszedł w pustkę strategiczną. Nie umniejszając bynajmniej psychologicznego znaczenia „ciosu w plecy” (jak to się dziś w polskiej propagandzie nazywa) – historycznie jest to przede wszystkim nauczka jak kończy się przesadna wiara w zachodnie sojusze, w połączeniu z propagandą „wstawania z kolan” i fałszywej mocarstwowości, bez realnych podstaw. Można tak się bawić, ale gdy pada „sprawdzam” – sztuka jest skończona.

Oczywiście, można też skupiać się na detalach. Polski plan operacyjny był błędny, zakładał niemożliwą nie tylko do wygrania, ale choćby do przetrwania bitwę graniczną – bo opierał się na fundamentalnym niezrozumieniu położenia strategicznego Polski. Władze w Warszawie naprawdę wierzyły, że to one wciągają Zachód w wojnę z Niemcami i dlatego nie mogą sojusznikom dać pretekstu do zawarcia separatystycznego pokoju. Tymczasem było zupełnie przeciwnie – to prowokacja brytyjska, jednostronne tzw. gwarancje, udzielone 31. marca 1939 r. spowodowały wydanie rozkazów Hitlera do ataku na Polskę. Daliśmy się wciągnąć w pułapkę, z której jedynym wyjściem dla Polski mógł być tylko układ z ZSSR, jako jedyny mający efektywną moc odstraszającą wobec Niemiec. I nawet niektórzy w Warszawie rozumieli wówczas, że to jedyne wyjście!

Jeszcze w listopadzie 1938 r. doszło do zdecydowanego odprężenia w stosunkach polsko-sowieckich. 26 listopada opublikowano deklarację potwierdzającą pakt z 1932 r., zapowiadającą rozwiązanie “wszelkich bieżących i historycznych problemów”, nawet tak drażliwych jak sprawa mniejszości polskiej na Wschodzie. Przewidziano także ożywienie wymiany handlowej. Akt ten wywołał natychmiastową reakcję Berlina. Już 30 stycznia 1939 r. Hitler powstrzymał propagandowe ataki na Związek Sowiecki, a dla równowagi Ribbentrop wystąpił z propozycją rekompensat terytorialnych dla Polski na Ukrainie. Graliśmy dalej jednak dalej, nie dając się złapać na lep niemieckiej propagandy. 19 lutego podpisano polsko-sowiecki układ handlowy. 6 kwietnia szef gabinetu Becka, Łubieński ostrzegał ambasadora Rzeszy von Moltkego “Taki rozwój sytuacji zapoczątkowałby niewątpliwie zdecydowanie antyniemiecką politykę w Polsce, która mogłaby nawet w końcu doprowadzić do sojuszu ze Związkiem Sowieckim”. Wreszcie Beck zagrał va banque. 17 kwietnia wsiadł do salonki jadącego przez Polskę do Berlina na spotkanie z Hitlerem rumuńskiego ministra Grigore Gafencu. Przedstawił mu ni mniej ni więcej tylko wizję marszu na Europę Wojska Polskiego u boku Sowietów. Tak szokującego projektu Gafencu jednak nie był w stanie pojąć i nie przekazał go w Berlinie.

Niestety, agentura brytyjska w Warszawie nie była słabsza od współczesnej amerykańskiej, a woli politycznej, by dokonać historycznego przełomu – jak zwykle zabrakło.

Z bronią u nogi

Czy jednak rzeczywiście mogliśmy pozwolić sobie na czekanie, tak w roku 1939, jak i później, podczas okupacji, gdy niepotrzebnie wykrwawialiśmy się w konspiracji, walcząc w cudzych interesach (i mundurach) na wszystkich niemal frontach, prowadząc walkę podziemną i tracąc miliony ofiar? Tak, nie tylko mogliśmy, ale wręcz powinniśmy byli kierować się tylko i wyłącznie ekonomią krwi. Nie tylko nasz udział w ostatecznym zwycięstwie jednej ze stron nie był bynajmniej tak znaczący, jak lubi nam się wydawać, ale też wielkość naszych strat jeszcze przewyższała nasze realne zaangażowanie. Ponieśliśmy maksymalne możliwe koszty przy zupełnie zbędnych nakładach i wobec względnie nieznaczącego udziału w całym przedsięwzięciu. Oto kwintesencja złego interesu, a przecież ustaliśmy już, że przed wojna jest przede wszystkim i w pierwszej kolejności właśnie interesem.

No dobrze, ale może nie mieliśmy wyjścia, czyżby Hitler nie miał szans wygrać tej wojny, a wówczas nas los byłby wszak przesądzony? Otóż nie, takich szans Hitler nigdy nawet przez moment nie miał. O wyniku wojny musiał zadecydował potencjał gospodarczy i demograficzny stron, a ten od początku nie dawał najmniejszych nawet szans Niemcom. Hitler zresztą zdaje się zdawał sobie z tego sprawę, nie był bynajmniej „szaleńcem zmierzającym do podboju świata”, jak się go dziś, zwłaszcza w kulturze masowej przedstawia. Był natomiast przywódcą zdeterminowanym, by nigdy nie ustąpić przed siłą i zawsze licytować wyżej od konkurentów, czyli typem, który podczas popularnej gry w cykora nigdy nie skręci pierwszy. A zatem jako przewidywalny – zawsze ostatecznie musi przegrać. W dodatku też Hitlera łączyło z Napoleonem wiele, ale przede wszystkim fakt, że powielał jego błędy geopolityczne. Tzn. przede wszystkim wojował przeciw Anglosasom tylko po to, by zawrzeć z nimi „sprawiedliwy pokój”, czyli podzielić się strefami wpływów. Niemiecki Führer tak jak cesarz Francuzów nie rozumiał więc, że cel wojny, w której uczestniczy – jest zupełnie inny i jest nim nowa organizacja świata pod dyktando sił posługujących się anglosaskimi imperiami. Te z kolei, jak wspomniano – nie doceniły roli i potencjału Związku Sowieckiego, również więc nie wygrały wojny w takim zakresie, jak pragnęły prąc do jej wybuchu.

Kto wygrał?

Sam zaś konflikt został wygrany przez sowieckiego żołnierza, sowieckiego robotnika, amerykańskiego inżyniera i globalne finanse. I tak podzielił świat po 1945 r. Pierwsze dwa czynniki zostały wyeliminowane po 1989 r., sama technologia utraciła już w dużej mierze cechy narodowe i państwowe – realną pozostałością wojny pozostaje zatem światowy dyktat finansowy, jakoś tam jeszcze flankowany amerykańską obecnością wojskową, ale w istocie radzący sobie już w praktyce bez niej. I to jest właśnie rzecz warta dostrzeżenia zwłaszcza 1. września. Prawdziwym przezwyciężeniem wojny światowej byłoby nie tylko zakończenie jej bezpośrednich geopolitycznych skutków, jak amerykańska okupacja Europy Zachodniej (i Japonii z Australoceanią), ale także zniweczenie jej faktycznego celu, globalnej dominacji wielkiego kapitału. Niestety, o ile jednak Ameryka coraz wyraźniej zbliża się dziś do losu imperium brytyjskiego, odrzuconego, gdy już przestało być potrzebne swym prawdziwym mocodawcom – to oni sami mają się tylko coraz lepiej. I w tym właśnie zakresie 1. września pozostaje nie tylko dla Polaków rocznicą wojny wciąż przez nas przegrywanej.

Konrad Rękas

Facebook

5 thoughts on “Rękas: Polska była zaledwie epizodem wojny światowej”

  1. “Wojna wybuchła – bo taka, niestety, zaistniała konieczność historyczna.” – bardzo bym prosił o zdefiniowanie “konieczności historycznej”.

    1. (…)Na często zadawane pytanie, czy do(…) wybuchu wojny (…)musiało dojść, jest tylko jedna logiczna odpowiedź- widocznie musiało skoro doszło!(…)

  2. Anglosasi nie docenili potęgi Sowietów? Wolne żarty. Mieli do wyboru: pokonać Niemców lub Sowietów. Wybrali pierwszą opcję, losy Europy Wschodniej były im obojętne. Tego się Hitler nie spodziewał, był wściekły, że finansjera w 1941 roku poparła Sowietów. Nawiasem mówiąc, my też tego nie przewidzieliśmy.

  3. Do drugiej wojny musiało dojść, gdyż Niemcy nie mogli zaakceptować swych nowych granic w 1919 r. – wschodnich z Polską i zachodnich z Francją. A ponieważ pierwsza wojna światowa praktycznie nie toczyła się na terytorium Niemiec, na przykład w ogóle nie toczyła się w zachodnich Niemczech, a po Tannenbergu w 1914 r. Rosjanie zostali szybko wyparci z Prus Wschodnich. Przedwojenni Niemcy (ludność cywilna) po prostu nie wiedzieli (w odróżnieniu od Francuzów) co to jest wojna ! Dopiero alianckie naloty 1943-1945 i Sowieci im to uzmysłowili… Odpowiedzialność za tę “niewiedzę” Niemców ponoszą osobiście: prezydent Wilson i Lloyd George. Dmowski uważał, że Alianci popełniają fatalny błąd nie wkraczając w 1918 r. w głąb Niemiec i do Berlina, tylko przyjmują ich propozycje pokojowe. Dlatego społeczeństwo niemieckie było bardzompodatne na propagandę odwetową Republiki Weimarskiej i później Hitlera.

    “Jest czymś nie budzącym już dziś najmniejszych wątpliwości, że pakty te, w szczególności zaś kuriozalny układ polsko-brytyjski, nie miały na celu powstrzymania wojny, ale przeciwnie – jej służyły jej sprowokowaniu, celem związania sił niemieckich możliwie daleko od granic mocarstw zachodnich. Pamiętajmy także, że zgodnie z metodą sprawdzoną już podczas I wojny światowej – Londyn był zainteresowany wciągnięciem do konfliktu wszystkich państw, których kosztem miał nadzieję zyskać. Stąd właśnie tak zaawansowane były w okresie 1939-1940 plany brytyjsko-francuskiego ataku na ZSSR (które my znamy jako Operation Pike). Wielka Brytania i służące interesom brytyjskim kierownictwo francuskie, a zza oceanu sponsorujące to wszystko Wall Street chciały wojny, bo wojna to przecież gigantyczny interes, kolejne zadłużanie się państw, miliardowe zyski na przemyśle – między innymi dlatego wizja ta była też miła wielkiemu kapitałowi niemieckiemu. Po co więc było kończyć we wrześniu 1939 r. coś, co się tak obiecująco dla wszystkich zainteresowanych dopiero zaczynało?”

    Red. Rękas dotyka tutaj fundamentalnej kwestii planów mocarstw Zachodu zniszczenia ZSRS jako państwa komunistycznego zagrażającemu prywatnej własności i wielkiemu kapitałowi, i wykorzystania Polski jako narzędzia do tych celów w roli – jak pisał Dmowski – “komiwojażera” kapitalizmu. Jeżeli Moskwa o tym oczywiście wiedziała, a ponadto znała plany Hitlera zawarte w Mein Kampf – utworzenia Lebensraum na wschodzie z w wymienieniem w tym kontekście Rosji – to czy może nas dziwić pakt Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. ?

    “Jeszcze jednak przed samą swą śmiercią, na przekazaną przez Göringa propozycję Hitlera wspólnego marszu przeciw ZSSR w styczniu 1935 r. Piłsudski odpowiedział twardo: „Polska jest zainteresowana pokojowymi stosunkami z ZSSR, z którym ma wspólną 1000 kilometrową granicę”.

    Fundamentalnym pytaniem polskiej historii alternatywnej jest pytanie czy możliwy był pakt Piłsudski-Stalin przeciwko Niemcom w 1939 r., gdyby Piłsudski wtedy żył, bo gdyby rządziła Narodowa Demokracja pakt Dmowski-Litwinow najpewniej byłby rzeczywistością…
    Czyli, czy Piłsudski rozumiał (bo Beck ani trochę tego nie rozumiał), że ZSRS NIE BĘDZIE TOLEROWAŁ WOJSK NIEMIECKICH NA WSCHODNIEJ GRANICY II RP – 200 KM OD BRAMY SOMOLEŃSKIEJ ?
    To dlatego ZSRS wolał ze wzgledów strategicznych granicę Ribbentropa i Mołotowa wzdłuż rzek: Narwii, Wisły i Sanu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *