Rękas: Zanim Ukraina sama na siebie napadnie…

 

Podobno Putin robi całą tę hecę z „napadaniem na Ukrainę” tylko po to, żeby zapewnić lepszą promocję polskiego wydania książki Prilepina!

 

Najlepsza nawet książka, by nie zostać pominiętą – musi też liczyć na ten pierwiastek Boskiej życzliwości, zwany właściwym czasem wydawniczym. Wydawca polskiego (kongenialnego!) tłumaczenia najnowszej (2019) rzeczy autora głośnych „Sańkji” i „Klasztoru” – trafił idealnie.  Bo właściwie czy bez eskalacji na Ukrainie zainteresowałaby kogoś wolniutka opowieść z okopów Donbasu, który po kilku latach bycia w oku cyklonu wrócił po trosze na swoje miejsce bycia wszędzie i nigdzie na pograniczu Europy? A teraz – proszę! Chcesz się przygotować na wszechświatową wojnę zachodnio-ukraińsko-rosyjską – poczytaj o jej poprzedniej odsłonie! To się nazywa chwyt marketingowy…

Wojna jaka jest

A mówiąc poważnie książka jest rzeczywiście odtrutką na wizję tamtej (trwającej? nieskończonej? wiecznej?) wojny w Donbasie. Tej wiecie, z tysiącami czołgów, z jarzmem moskiewskim nad uciśnionym ludem ukraińskim, z tym ciągłym grzaniem silników separatystów, już, już rzucających się swymi pokrwawionymi łapy po Kijów. Nie, to jest doniecka i ługańska wojna dziwna, czyli prawdziwa. Czyli taka, w której broń, do dział włącznie przywożono bojcom prywatnym sumptem, we własnym jeepie (kupionym za sprzedaż książek poprzednich, nawiasem mówiąc). Taka, w której faktycznie serca chciałyby i Kijów wyzwalać – ale rozkazy (a czasem i rozsądek) nie pozwalają nawet na przeskoczenie do najbliższej wioski za liniami wroga. A zresztą, jaki to wróg, gdy ustalenie kto właściwie którą nacją słowiańską się czuje (ukraińskiej nie wyłączając) cięższe jest niż wypicie kolejnej butelki wódki.

Prilepin był na tej wojnie naprawdę i to kimś więcej niż widzem. Nie literatem czy dziennikarzem na wycieczce z obowiązkowym potrzymaniem karabinu w stronę okopów przeciwnika, hen, hen, bezpiecznie daleko. Tej wojny nie da się zrozumieć bez pytania takich jak autor i jego bohaterowie – a bez zrozumienia tamtych początków i obecnego sensu nie będziemy też mieli podstaw, by załapać co być może zdarzy się jeszcze już za chwilę. A to może mieć dla polskich czytelników znaczenie kluczowe, bo już wkrótce to nam zostanie już tylko nadzieja, że „Niektórzy nie pójdą do piekła”.

Zrozumieć Zielone Ludziki

Jak wszystko co kiedykolwiek napisał – Prilepin stworzył rzecz tyleż soczystą, co gorzką, z może mniej dokładnie i nie tak szeroko jak zwykle zarysowanymi charakterami – poza jednym. Poza Aleksandrem Zacharczenką, zamordowanym przez banderowskie służby specjalne premierze Donieckiej Republiki Ludowej. To on jest prawdziwym bohaterem całej wojny i tej książki, w której na początku domyślamy się raczej fragmentu autobiografii, czy nawet autokreacji autora. Po śmierci charyzmatycznego lidera – jak zawsze przyszedł czas urzędników, czynowników, drobnych interesów, a Donbas (nie tylko dla Prilepina) co najmniej częściowo zatracił swoją moc pierwotnej, ludowej rewolucji. Choć, co warto dopowiedzieć – wraz ze zmierzchem legendy przyszedł z czasem i wzrost realnego znaczenia, gdy weterani Donbasu, owe osławione „zielone ludziki”, niemal bez wyjątków prawdziwi ochotnicy, patrioci, łowcy przygód, choć czasem i zbiegli alimenciarze zaczęli odgrywać coraz większą rolę w ogólnorosyjskiej polityce, wzmacniając przede wszystkim nurt socjalpatriotyczny, a samemu Prilepinowi przynosząc mandat do Dumy (którego ostatecznie nie przyjął).

Kontrastem dla tych zwykłych, normalnych ludzi – pozostaje niechęć salonów, także moskiewskich, znowu wbrew propagandzie jawnie wrogich wobec wszelkiej „nienormalności”, czyli w tym przypadku burzenia atmosfery pogodnej zabawy elit, wymiksowanych z tymi zachodnimi. Sam Zachód na tym tle jawi się zrelaksowany, zdystansowany, jak zwykle zimno realistyczny wobec słowiańskich waśni i wojenek, które przecież tylko jemu samemu służą. Tym większa jest zatem aktualność tej książki, poza wszystkim innym znakomicie napisanej i wyśmienicie przetłumaczonej.

Spędziwszy lata pracując na Ukrainie i znając Donbas od serca zatem radzę: zanim jako naród in gremio wylądujemy w okopach walki o zachodnią władzę nad samostijną Ukrainą – przeczytajmy Prilepina. Przynajmniej będziemy rozumieć gdzie jesteśmy.

Konrad Rękas

Zachar Prilepin, „Niektórzy nie pójdą do piekła”, tłum. Borys Hass. Wydawnictwo Glowbook, Sieradz, 2021 r.

Click to rate this post!
[Total: 16 Average: 4.4]
Facebook

1 thought on “Rękas: Zanim Ukraina sama na siebie napadnie…”

  1. Bez wątpienia to wszystko co pisze w swojej książce Zachar Prilepin jest wzniosłe i romantyczne. Pan Konrad ma ten komfort, że przeczytał książkę i może napisać recenzję, a ja nie czytałem i mogę tylko zadawać (sobie) pytania.

    Ot, chociażby, dlaczego dawni gieroje Ruskiej Wiosny 2014 tak się obrzucają błotem po latach? Przy czym nie jakieś ciury obozowe, ale sam sławetny Igor Striełkow tego że Prilepina uważa za „żulika” i samochwałę, który nigdy nie wojował i jedynie promuje się na wojnie jako literat. W naszej epoce mamy ten komfort intelektualny, że każdy sam może sobie wpisać frazę „Стрелков о Прилепине” i posłuchać jakie są stosunki między bohaterami nie tak dawnej wojennej epopei.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.