Rozmowy Małżeńskie Wielomskich: Libertarianizm

Adam Wielomski: Libertarianizm i libertarianie pojawili się w Polsce jako radykalizacja postulatów głoszonych przez Janusza Korwin-Mikkego. Prawdę mówiąc zupełnie ich zlekceważyłem, traktując to jako modę pośród tzw. kuców, czyli liberalnych trolli internetowych. Ideologię tę postrzegałem jako tak abstrakcyjną i odrealnioną, że trudno mi było uwierzyć, iż może znaleźć wzięcie u ludzi, którzy skończyli studia, pracują, mają rodziny, czyli takich, którzy żyją w realnym świecie.

 

Niestety, widzę, że libertarianizm zdobywa w Polsce coraz szersze przyczółki, a ulegają mu ludzie częstokroć najinteligentniejsi. Ale to pewien typ, rodzaj inteligencji. Libertarianizm jest systemem panlogicznym, czyli opartym wyłącznie na logice, na założeniu, że może istnieć system idealny, w którym wszystko będzie prywatne, a państwo zaniknie. Bez jego ingerencji w życie społeczno-ekonomiczne wszystko funkcjonować miałoby inaczej, ku nieskrępowanej wolności jednostki, a rynek stałby się panaceum na wszystkie bolączki, wynikłe – zawsze i wszędzie – z interwencji państwa. System został stworzony jako skrajnie logiczny, panlogiczny, gdzie wszystkie twierdzenia racjonalnie wynikają z poprzednich. Dlatego libertarianie na wszystko znajdują proste odpowiedzi: nieskrępowana własność prywatna, wolny rynek, wolny wybór. Każdy libertarianin jest wybitnym ekonomistą, gdyż na każde pytanie odpowiada „wolny rynek”. Libertarianie tworzą sobie logiczną „bańkę” w której się obracają i której nie są w żaden sposób zdolni zweryfikować. Dlaczego? Dlatego, że świata libertariańskiego, bez państwa i w warunkach tzw. konkurencji doskonałej, nigdy nie było, nie ma i nigdy nie będzie. To panlogiczna utopia. Ludzie nie są skrajnymi indywidualistami, lecz żyją w rodzinach, grupach społecznych, etnicznych, narodach. Konsument nie ma ani dostępu do wszystkich informacji, ani nie ma czasu ich szukać. Rynek bez ochrony państwowej ewoluuje w kierunku oligopoli i monopoli prywatnych, czyli niszczy sam siebie. Libertarianie ignorują empiryczną rzeczywistość, różnice kulturowe i społeczną naturę człowieka. Ci rzecznicy anarchistycznego indywidualizmu stworzyli kolektywistyczną i zideologizowaną grupę wyznawców swoich mistrzów, mającą mentalność stada oblężonego przez cały świat, czyli – w ich języku – przez „socjalizm”.

Magdalena Ziętek-Wielomska: Libertarianom udało stworzyć się coś, czego nie udało się zrobić narodowcom – prężnie działające centrum propagandowo-edukacyjne. Przykładowo kilka tygodni temu na stronie Instytutu Ludwiga von Misesa mogliśmy przeczytać, że podręcznik Wolna przedsiębiorczość autorstwa założyciela instytutu dr. hab. Mateusza Machaja został dopuszczony do użytku w ramach przedmiotu podstawy przedsiębiorczości w liceach ogólnokształcących oraz technikach. Jak na instytucję programowo zwalczającą edukację publiczną jest to posunięcie niegłupie – na „odgórne” wdrożenie w życie swojej agendy libertarianie nie mają co liczyć. Praca „oddolna” może przynieść bardziej wymierne rezultaty. Propagowanie libertarianizmu jest o tyle łatwe, że jego doktryna jest intelektualnie prostacka, nazwijmy to po imieniu. W szczególności młodzi ludzie mogą zachwycić się taką prostą jak drut receptą na lekarstwo na wszelkie zło tego świata. I tak jak bolszewicy wierzyli, że zniesienie własności prywatnej rozwiąże wszystkie problemy społeczne ludzkości, tak libertarianie wierzą dokładnie odwrotnie – sprywatyzowanie wszystkiego uwolni ludzkość od ciężaru podejmowania różnych decyzji politycznych i moralnych. Błąd libertarian bierze się z błędnych założeń antropologicznych. Ich jednostka ma ograniczone spektrum motywacji, co skutkuje całkowitą niediagnostycznością całej teorii. Zachowania ludzkie duże lepiej oddaje inna teoria, która także posługuje się apriorycznym wzorcem – cybernetyka mazurowska. Jej założenia dużo adekwatniej opisują złożoność rzeczywistość. Dobra wiadomość jest taka: Bóg stwarzając świat nie kierował się doktryną Misesa.

Myśl Polska, nr 23-24 (6-13.06.2021)

Rubryka: Rozmowy małżeńskie Wielomskich

Facebook

69 thoughts on “Rozmowy Małżeńskie Wielomskich: Libertarianizm”

  1. Sam od dawna krytykuję libertarianizm, który badałem przez dłuższy czas, ale nie robię tego w tak, parafrazując p. Ziętek-Wielomską “prostacki” sposób (musiałem pozwolić sobie na uszczypliwość ;)).

    Po pierwsze – pojęciowy groch z kapustą. Libertarianizm jako myśl nie jest jednolity i sprowadzenie go do nurtu, który postuluje odrzucenie państwa i prywatyzację wszystkiego jest błędem merytorycznym i uznaniem, że libertarianizm sprowadza się tylko do anarchokapitalizmu. Pobieżna lektura Hayeka pokazuje, że antropologicznie jest osadzony w Arystotelesie. U Misesa również nie ma odrzucenia państwa i prywatyzacji wszystkiego. Podobnie u Hoppego. Sprowadzili Państwo błędnie libertarianizm do Rothbarda, czym tak po prawdzie zrobiliście krzywdę konserwatyzmowi (szczególnie prof. Wielomski, który jest w zasadzie jedną z głównych postaci konserwatyzmu w Polsce), bo nieco oczytany libertarianin uzna tę krytykę za miałką, niczym rozprawka licealna i zrazi się do konserwatyzmu. Chyba nie tędy droga i nie usprawiedliwia tego format “Rozmów małżeńskich” – po prostu pewnych tematów nie porusza się w takim formacie, bo jest niewystarczający.

    Po drugie, napisał Pan Profesor, że “Libertarianizm jest systemem panlogicznym, czyli opartym wyłącznie na logice, na założeniu, że może istnieć system idealny, w którym wszystko będzie prywatne, a państwo zaniknie.”. Jest to oczywiście nieprawda – logiczna spójność jest elementem, który wynika z ekonomizacji myśli i często jej matematyzacji, natomiast libertarianizm ma, słabe bo słabe i konieczne do “odgrzebania”, ale jednak podstawy ontologiczne, antropologiczne etc. Jak zresztą każda myśl polityczna. I to z nich, na kanwie logiki wypływają kolejne elementy teorii.

    Po trzecie, ad “wszystko funkcjonować miałoby inaczej, ku nieskrępowanej wolności jednostki” – tutaj wyraźnie widać redukcjonizm do myśli Rothbarda – u Hayeka nie ma mowy o “nieskrępowanej wolności jednostki”, o czym on sam wprost pisze w “Konstytucji wolności”.

    Po czwarte, ad: “Zachowania ludzkie duże lepiej oddaje inna teoria, która także posługuje się apriorycznym wzorcem – cybernetyka mazurowska.”. Czytam teksty o cybernetyce na tym portalu od dłuższego czasu, bo czytelnicy są tym bombardowani dość mocno i z całym szacunkiem, ale to jest kolejna myśl, która służy jedynie chyba robieniu kariery naukowej, bo intelektualnie i merytorycznie, jest to kolejny wykwit okrajania logiki w imię interdyscyplinarnej papki, z której niewiele nowego wynika. Szczególnie, że dysponujemy już np. prakseologią, którą rozwinął np. Kotarbiński. Jeśli się mylę, to proszę o odpowiedź na pytanie – cóż nowego dała cybernetyka i dla jakiego konkretnie ludzkiego działania. Szczególnie, że padło bardzo odważne (i moim zdaniem kompletnie nieuprawnione) stwierdzenie, że jest to dziedzina oparta na apriorycznym wzorcu, więc jej efekty powinny być zobiektywizowane w logicznym tego słowa znaczeniu.

  2. Libertarian to nie przekona. Bo po pierwsze, Mises, Rothbard, czy Hayek, albo de Soto (rozciągając libertarianizm na szkołę austriacką), nie uważali, że rynek jest idealny. I nie twierdzą oni, że rynek doskonały istnieje, czy istnieć może. Po prostu alternatywy są gorsze. Po drugie, nie wszyscy libertarianie to anarchokapitaliści. Poza tym, mam problem ze stwierdzeniem jakoby libertarianie uważali, że “sprywatyzowanie wszystkiego uwolni ludzkość od ciężaru podejmowania różnych decyzji politycznych i moralnych”. Ludzkość nie uwolni się od tych problemów. W państwie bardziej libertariańskim, państwo nie będzie wyręczać ludzi w wielu sprawach. A to oznacza, że na pojedynczego człowieka spadnie dużo większa odpowiedzialność. W jaki sposób ludzkość uwalnia się od ciężaru podejmowania decyzji, skoro człowiek sam musi się martwić np. o szkołę, szpital, emeryturę (zakładając brak obowiązku szkolnego, brak szkół państwowych, brak szpitali państwowych, brak państwowego systemu emerytalnego – zamiast tego prywatna inicjatywa)? I w tym rzecz. Lepiej bowiem żyje się z ludźmi odpowiedzialnymi

    1. “W państwie bardziej libertariańskim, państwo nie będzie wyręczać ludzi w wielu sprawach. A to oznacza, że na pojedynczego człowieka spadnie dużo większa odpowiedzialność”.

      W takich warunkach wyjdą na wierzch te wszystkie niedoskonałości – spektrum psychotyczne, spektrum autystyczne, upośledzenia umysłowe, ADHD, epilepsje, alzheimery i parkinsony. Wtedy lepiej zrozumiemy, czym jest rozkład normalny Gaussa cech w populacji i co to znaczy odstawać dwa i więcej odchyleń standardowych od średniej w dół. Oj, będzie tego łącznie z kilkanaście %.

  3. Libertarianizm jest w moim odczuciu kompletnie nie logiczny.
    Ten zbiór ekonomicznych prawd objawionych zwanych libertarianizmem nazwałbym programem sterującym, który jest wstrzykiwany z marnym skutkiem społeczeństwu o dominujących motywacjach witalnych. Nawet u najbardziej ideologicznych wolnościowców chwila zastanowienia się nad tym z czym mamy do czynienia skutkuje gigantycznym bólem związanym z dysonansem poznawczym. Na ból ten wynaleźli sobie dosyć skuteczny psychotrop zwany antysocjalizm lub antykomunizm. Zresztą wsio rawno ważne, że po zażyciu działa i można dalej być wolnościowcem.
    O ile program sterujący “libertarianizm” nie jest jakoś bardzo szkodliwy sam w sobie to już nadprogram sterujący zwany potocznie 666 lub “bestią” lub ” pożytek z zysku” jest bardzo silny i wyrządza duże szkody całym narodom jak też poszczególnym jednostką bez względu rasę, płeć itp.

  4. Kuriozalny przedmiot podstawy przedsiębiorczości, który w obecnej postaci powinien raczej nosić nazwę libertariańska katecheza, jest doskonałym przykładem całkowitego postawienia priorytetów na głowie.

    Jeśli już wychodzimy z założenia, że szkoła ma dostarczać jakąś dozę “życiowej” wiedzy, to naturalną koleją rzeczy powinny być podstawy prawa ze szczególnym naciskiem na prawo cywilne, pracy i rodzinne. Jakie klauzule w umowach są niedozwolone? Kiedy zachodzi stosunek pracy i dlaczego jest niezbywalny? Jakie mam prawa i obowiązki będąc stroną danej umowy? Jak ma się prawo do relacji partnerskich i rodzinnych? W jaki sposób dochodzić swoich praw? To jest skrajnie praktyczna tematyka dnia codziennego, której nieznajomość otwiera oszustom pole do działania. To nieporównywalnie bardziej przydatna wiedza od coraz bardziej skompromitowanych dogmatów religii libertariańskiej.

  5. Zanik państwa to jest raczej postulat anarchokapitalizmu, a nie libertarianizmu. Nawet JKM i jego “kuce” nie negują konieczności istnienia pewnego zakresu usług publicznych. Sądownictwa, wojska, policji, czy straży pożarnej. Wolny rynek nie może istnieć w ogóle bez państwa, co zauważył już Adam Smith. Wolny rynek opiera się bowiem na własności prywatnej, a taka może istnieć tylko w obrębie organizacji państwowej, która może stworzyć jeden “monopolistyczny” system katastralny i narzucić wszystkim podmiotom stosowanie się do niego.

    “Rynek bez ochrony państwowej ewoluuje w kierunku oligopoli i monopoli prywatnych,”

    Dokładnie na odwrót. Monopole tworzą się w wyniku przeregulowania, nadmiaru regulacji, a nie ich braku. Nadmiernie skomplikowany system prawny, po przekroczeniu pewnego progu komplikacji zaczyna właśnie faworyzować większe podmioty, mogące zatrudnić i opłacić speców od “rozregulowywania” systemu, kosztem podmiotów mniejszych.

    1. Pilaster się myli odnośnie przyczyn powstawania wielkich korporacji. Koncentracja kapitału zachodzi również w sposób naturalny. Niektórzy kapitaliści rezygnują z konkurowania, aby żyć bezstresowo ze środków ze sprzedaży firmy. Tak powstają giganty medialne, informatyczne i inne.

      1. “Koncentracja kapitału” jest tylko pewnym złudzeniem. “Skoncentrować” można dobra o stałej wielkości – podaży. Np epoce preindustrialnej, maltuzjańskiej, bardzo często spotykanym zjawiskiem była koncentracja własności ziemskiej w rękach nielicznej grupy oligarchii/arystokracji/magnaterii. Proces ten zachodził bardzo często w społeczeństwach maltuzjańskich, feudalnych, niezależnie od kraju i epoki. W Rzymie republikańskim tak samo jak w Rzeczpospolitej szlacheckiej. Wynikało to z prostego mechanizmu. Im ktoś miał więcej ziemi, był bogatszy, tym łatwiej mu było przyłączać do swojej posiadłości kolejne hektary i powiększać majątek do momentu zetknięcia się z majątkiem innego magnata. Rezultatem był potęgowy rozkład majątków, zwany też w Polsce rozkładem Pareto. Niewiele olbrzymich latyfundiów, dużo niewielkich działek i jeszcze więcej bezrolnego proletariatu/gołoty. Ten naturalny mechanizm był tylko od czasu do czasu zaburzany przez interwencje państwa, które przeprowadzało czasami jakieś komasacje, nowe nadziały gruntów, reformy rolne, etc

        W przypadku kapitału jest inaczej. Owszem, nadal pieniądz przyciąga pieniądz, ale w przeciwieństwie do ziemi, kapitał ulega akumulacji. Pieniądz także rodzi pieniądz, zatem niezależnie od tego, ile majątku zgromadzą najbogatsi burżuje, ludzie biedniejsi nadal mogą się bogacić i tych burżujów doganiać, na co rzymski proletariat mógł liczyć tylko w przypadku udanego podboju jakiegoś terytorium. W społeczeństwie kapitalistycznym rozkład mająktu odbiega od rozkładu Pareto i staje się bardziej wykładniczy (coś pomiędzy tymi dwoma). Optycznie nawet przypomina rozkład feudalny, na co nabiera się wielu (np Piketty całkowicie sie skompromitował nie potrafiąc odróżnić jednego od drugiego), ale ma znacznie grubszy “ogon” – biedni nie są już tak biedni i pojawia się też klasa średnia.

        W społeczeństwie kapitalistycznym, samorzutnie też oczywiście tworzą się nierówności, ale nie są one tak duże jak w feudalizmie.

        W maltuzjanizmie teorytycznie cała ziemia w kraju mogłaby monopolistycznie należeć do jednej osoby i czasami tak bywało (np w starożytnym Egipcie cała ziemia była własnością faraona). W kapitalizmie jest to niemożliwe – żaden monopol nie powstanie sam z siebie, bez ingerencji państwa. Kapitał może być bowiem wytworzony także poza kandydatem na monopolistę. Proces ten, akumulacji kapitału, trwa dopóty, dopóki średnie stopy procentowe są większe od zera. W końcu, kiedy cena kapitału, wskutek akumulacji, spadnie do odpowiednio niskiego poziomu, kapitalizm zamiera i społeczeństwo wchodzi w nową fazę, która nie ma nawet jeszcze swojej nazwy. Na razie jest na świecie chyba tylko jeden kraj, który do tego doszedł.

        1. Pilaster ucieka w teoretyzowanie o doskonałym monopolu, aby uniknąć dyskusji o naturalnej koncentracji kapitału i powstawaniu korporacyjnego oligopolu.
          Może zamiast ekonomiki faraonów mój Dyskutant byłby uprzejmy przeanalizować np. “List of acquisitions by Disney”.

          1. Dokładnie na odwrót. Kapitał nie może się samorzutnie “skoncentrować” i ustanowić monopolu bez ingerencji państwa. To jest niemożliwe nawet teoretycznie. Każda koncentracja kapitału docira tylko do pewnego poziomu, a potem zamiera, kiedy różnice w stopie dyskonta zaczynają przyciagać kapitał z innych sektorów gospodarki.

            1. Teoretycznie jest to niemożliwe. Możliwe, niech będzie. Ale w praktyce ciągle się tak dzieje. To co nam po takiej “teorii”?

              1. Monopol w gospodarce kapitalistycznej (nie feudalnej!) powstaje wtedy, kiedy bariery wejścia na dany rynek, czyli koszty początkowe rozpoczęcia danej działalności są odpowiednio wysokie. Szkodliwość monopolu w gospodarce polega zaś na tym, że korzystając ze swojej pozycji pobiera on “rentę monopolisty”, czyli albo zawyża ceny na swoje usługi powyżej ceny rynkowej, albo obniża jakość, a najczęściej jedno i drugie. Wysokość tej renty monopolisty wynosi (rocznie)

                K*r/(1-exp(-r*T)),

                gdzie r to średnia stopa dyskonta w gospodarce, T – średni czas istnienia danego biznesu, a K – bariera wejścia. W krajach praworządnych i cywilizowanych zwykle T dąży do nieskończoności, czyli renta monopolisty upraszcza się do

                K*r.

                Czyli w miarę akumulacji kapitału, następuje spadek stóp procentowych r, docelowo do zera, a renta monopolisty systematycznie maleje, również docelowo do zera, niezależnie od wysokości K.

                Efekt ten nie występuje jednak tam, gdzie kapitał się nie akumuluje, właśnie w gospodarce maltuzjańskiej, preindustrialnej, gdzie głównym środkiem produkcji jest ziemia (rolna, ale także np kopaliny) W feudalizmie monopole mogą funkcjonować stabilnie. Bez trudu można sobie wyobrzić sytuację, w której np istnieją w okolicy tylko trzy kopalnie miedzi i wszystkie są własnością jednego podmiotu, który tym samym ma na miedź monopol. W kapitalizmie, bez ingerencji państwa systematycznie, za pomocą odpowiednich regulacji prawnych podwyższającej barierę wejścia K w miarę spadku r – nie jest to możliwe.

                Jeszcze gorzej jest w krajach dzikich, socjalistycznych i skorumpowanych, takich jak Rosja, czy Białoruś. Nie tylko stopy procentowe r są tam bardzo wysokie, ale i sam czas T jest stosunkowo krótki, bo każdy przedsiębiorca musi się liczyć z tym, że w każdej chwili może zostać znacjonalizowany, a jego biznes “zwrócony narodowi”. Renta monopolisty jest tam zatem bardzo wysoka i pojawienie się monopoli praktycznie pewne.

                1. Jasno napisałem, że nie interesuje teoretyzowanie o monopolu. Rzeczywistość jest taka, że korporacje łączą się przez fuzję, a także wykupują mniejsze firmy.

                  1. Rzeczywistosć jest taka, że na wolnym rynku żaden monopol nie może się stabilnie utrzymywać – w gospodarce kapitalistycznej, industrialnej. W feudalizmie, gospodarce maltuzjańskiej, preindustrialnej było to natomiast możliwe.

                    1. Oczywiście, że w gospodarce rynkowej monopol żaden nie może się utrzymać, nawet jeśli gołym okiem widać, że nie tylko się utrzymują, ale nawet rosną.

                    2. A to już jest tylko Pana radosna twórczość bo np. zarówno Hayek jak i Mises zauważają możliwość pojawienia się np. monopolu naturalnego w warunkach wolnorynkowych (to wprost wynika ze stosunku popytu do podaży w danym rejonie na dane usługi/towary albo stosunku inwestycji do spodziewanej stopy zwrotu przy danych potrzebach rynku).

                      Niemniej Pana zacietrzewienie we własnych sądach przypomina Hegla, który mawiał: “jeśli rzeczywistość przeczy teorii, to tym gorzej dla rzeczywistości”.

  6. “Libertarianie tworzą sobie logiczną „bańkę” w której się obracają i której nie są w żaden sposób zdolni zweryfikować. Dlaczego? Dlatego, że świata libertariańskiego, bez państwa i w warunkach tzw. konkurencji doskonałej, nigdy nie było, nie ma i nigdy nie będzie.”

    W USA namiastkę takiego świata libertarianie zrobili sobie z miasteczka Grafton w stanie New Hampshire i efekt nie był za ciekawy:
    https://www.obserwatorfinansowy.pl/bez-kategorii/rotator/mieszkancy-grafton-nie-lubia-podatkow/

  7. (…)System został stworzony jako skrajnie logiczny, panlogiczny, gdzie wszystkie twierdzenia racjonalnie wynikają z poprzednich.(…)
    Ideologia jak ideologia… np. chrystianizm a taką samą wizję stosunków religia-państwo jak islamizm, chociaż… w świecie muzułmańskim trudno szukać takiej teokracji jaka panuje w Watykanie.

  8. “Religia też miała być wieczna a tu proszę co się dzieje”
    Co się dzieje? Wchodzą nowe religie. Na miejsce religii chrześcijańskiej wchodzi świecka religia postmodernizmu z własnymi dogmatami aksjologicznymi i eschatologicznymi (walka ze “złem nietolerancji/totalitaryzmu”, “koniec historii”, blablabla).
    “Jakie to państwo rozwiązało kiedykolwiek problemy ekonomiczne?”
    Yyy… każde, które coś osiągnęłi gospodarczo. Każde państwo Zachodu stosowało protekcjonizm i na nim zbudowało swoje potęgi gospodarcze. Państwa Azji Wschodniej – to samo.

    1. Stosując protekcjonizm rozwiązało tylko problemy ekonomiczne producentów, kapitalistów, im nabijajac kabze jak np w Stanach Zjednoczonych w XIX w.
      Wielkiego protekcjoniste prezydenta Williama Mackinley’a zastrzelono w zamachu

      1. “Stosując protekcjonizm rozwiązało tylko problemy ekonomiczne producentów, kapitalistów, im nabijajac kabze jak np w Stanach Zjednoczonych w XIX w.”
        Yhy. To chyba logiczne jest, że państwo wspiera interesy gospodarcze rodzimych spółek, bo na tym korzysta i społeczeństwo (rozwój społeczno-ekonomiczny) i państwo (budowa ekonomicznego soft power).

      2. Zresztą, potwierdziłeś tylko to, że żadne państwo nie stosowało polityki libertarianizmu w celu rozwoju gospodarczego. Dalej nie udowodniłeś tego, że potęgi ekonomiczne nie stały się nimi przez m. in. protekcjonizm.

        1. Liberał też może być protekcjonistą… nie potrzeba do tego państwa, wystarczy być patriotą zakupowym… ale nie na zasadzie, że kupuje się najgorsze g, bo polskie.

          1. “wystarczy być patriotą zakupowym”
            Patriotyzm zakupowy ma przeważyć siłę zagranicznych koncernów… proszę Cię, chyba sam w to nie wierzysz.

            1. A czemu nie? Spółdzielnia spożywcza może nakręcić grupę producenką, a małe sprofilowane sklepy mają lepszą obsługę niż markety.

    2. Cóż po tych nowych religiach jeśli to bez kościoła katolickiego nie ma zbawienia. Ja chcę być zbawiony

  9. “I tak jak bolszewicy wierzyli, że zniesienie własności prywatnej rozwiąże wszystkie problemy społeczne ludzkości, tak libertarianie wierzą dokładnie odwrotnie – sprywatyzowanie wszystkiego uwolni ludzkość od ciężaru podejmowania różnych decyzji politycznych i moralnych.”

    To jest chyba największa bzdura w tym tekście. Ja wyznaję poglądy anarchokapitalistyczne, bo wychodzę z dokładnie odwrotnego założenia. Właśnie dlatego, że doskonale rozumiem, iż sprywatyzowanie wszystkiego przeniosłoby “ciężar podejmowania różnych decyzji politycznych i moralnych” od uzurpatorskiego państwa na wspomnianą ludzkość i tego właśnie się domagam. Odnowy moralnej, która następuje przez gwałtowne zderzenie z rzeczywistością od której państwo nas odgradza i stoi na przeszkodzie.

    Po upadku ustroju przedstawicielskiego jednostki musiałyby wrócić do podejmowania suwerennych i dojrzałych decyzji w imieniu własnym czy swoich rodzin, działając w lokalnej skali na miarę swoich możliwości, bo dzieciństwo w kolebce władzy centralnej by się ostatecznie skończyło.

    Perspektywę upadku państwa jako najbardziej szkodliwej, siermiężnej i tępej formy kontroli społecznej należy powitać z radością, ponieważ jest to olbrzymia szansa na powrót i rehabilitację innych, opartych na kulturze systemach reputacyjnych: sumieniu i honorze. Tam gdzie upada państwo, tam powraca kultura honoru i piękne obyczaje, aby utrzymać ład społeczny. Państwo jest dla niewolników.

    Anarchokapitalizm tak dobrze przyjmuje się w Polsce, ponieważ jest całkiem niezłą egalitaryzacją ideału szlacheckiego (czy nawet sarmackiego), który wciąż ma się u nas nieźle. Prywatne prawo, suwerenność na swej własności, brak władzy centralnej, unicestwienie biurokracji, powrót do policentrycznych realiów prawnych zbliżonych do średniowiecznej Islandii, tyle że z całą wiedzą i techniką nowoczesności to najpiękniejszy sen Polaka tęskniącego za swoim wyśnionym dworkiem rodem z “Pana Tadeusza”.

    Anarchokapitalistę możecie oczywiście państwo namówić do pewnego kompromisu z rzeczywistością. A przedstawi się on następująco: zachowajmy armię i dyplomację, póki reszta ludzkości nie jest gotowa na całkowitą abolicję państwowości i nasi sąsiedzi być może nas najadą, gdy rozbroimy się z państwa sami, ale wszystko co nie dotyczy polityki zagranicznej i zawiera się we wpływie na sprawy wewnętrznych powinno zniknąć.

    Państwo nie ma zajmować się infrastrukturą drogową czy nawet prawem i sądownictwem, emitowaniem waluty, szkolnictwem, opieką zdrowotną, regulowaniem handlu, hazardu, wspieraniem jakichś grup interesu czy czegokolwiek innego w czym dziś upatruje jakiejś swojej roli. Ma służyć wyłącznie do tego, do czego pierwotnie służyło, czyli do najazdów i obrony przed cudzą napaścią. Tak więc, jeżeli zechcemy komuś spuścić łomot, wtedy i tylko wtedy pofatygujemy się po prośbie do państwa. W czasach pokoju obecności państwa odczuwać nie chcemy.

    Jeżeli spojrzymy na polskich libertarian jak na neo-sarmatów obrażonych na nowoczesność czy już nawet post-nowoczesność z formami ustrojowymi urągającymi ich godności wolnych ludzi, pragnących tak jak kiedyś targowiczanie cofnąć za wszelką cenę nielubiane reformy, wszystko lepiej się poukłada. Libertarianizm u nas jest po prostu sarmatyzmem ideologicznie dopasowanym do epoki kultury masowej.
    Jeżeli państwo przeszkadza nam w byciu tą szlachtą zadowoloną ze swojej autonomii, chociażby ubogą albo na dorobku, to tym gorzej dla państwa i trzeba je obalić, bo nie jest do pogodzenia z elementami godnościowymi, z których zrezygnować się nie da.

    Jak wiadomo – “szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Ale jeszcze lepiej i bezpieczniej dla złotej polskiej wolności, gdy wojewody w ogóle nie ma, bo mu urząd zlikwidowano, więc nie będzie już fikać.

    A powiedzmy to sobie jasno i dobitnie – coś takiego Polakowi z odrastającym wirtualnym kontuszem mogą obiecać tylko libertarianie i z góry wiadomo, że będą szczerze pragnąć dotrzymać tej obietnicy, ponieważ w większości pragną dokładnie tego samego.

    Wyłączając różnice powodowane feudalizmem, z którym anarchokapitaliści mają nie po drodze, mentalnie to dawna szlachta dopuszczająca się królobójstwa w imię swoich zagrożonych interesów, przywilejów czy nawet stylu życia. Ponieważ króla nie ma, to należy się dopuścić państwobójstwa, ale ze zbliżonych powodów.

    Konserwatyści nie mają takim ludziom do zaproponowania absolutnie nic. Bo pomysłu na jakąś anty-postnowoczesną kontrrewolucję nie prezentują. Nie widzą pozytywnych stron unicestwienia prawa publicznego (mimo tego, że jest ono w zasadzie od kilkuset lat wykorzystywane przeciw nim) i zastąpienia go wyłącznie prywatnym, mimo że w zasadzie powinni, nawet ze swoich czysto mediewistycznych sympatii.

    Zwycięstwo anarchokapitalizmu w gruncie rzeczy odrodziłoby autorytet rodziny, być może nawet w bardziej patrymonialnym wydaniu i tak jak kiedyś, odzyskałaby ona funkcje polityczne odebrane jej przez państwo. Piękna sprawa. Już chociażby dla tego, warto zabić państwo.

    Sam chętnie pisałbym eposy heroiczne i sagi poświęcone jednostkom i założonym przez nie rodom, najbardziej zasłużonym w zadanie śmiertelnego ciosu obalającego obecny porządek, starający je stale pomniejszać i podporządkowywać biurokracji dyktującej jak w kraju ma wyglądać życie. A tak naprawdę to ono ma wyglądać zupełnie inaczej, i ustrojowo i kulturowo.

    Filidowie akapu niestety jeszcze trochę będą musieli czekać na rzeczywiste inspiracje dla swoich pieśni mitologizujących neo-szlacheckich bohaterów, chociaż mogą już powoli ich zacząć zapowiadać albo zabrać za opracowywanie wzorców kanonu wychowania i obyczaju, bo mimo wszystko przez trwałe zmiany w kulturze i tożsamości łatwiej ten anarchokapitalizm sprzedadzą niż przez think-tanki wykładające myśl ekonomiczną.

    Tak więc, jeśli ktoś z Państwa ma ochotę zgłosić swój akces tej naszej dzisiejszej neo-sarmacji, to spieszę z wyjaśnieniem, że nie trzeba być wcale potomkiem historycznej polskiej szlachty. Wystarczą zasługi w unicestwianiu autorytetu władzy państwa i podbudowywaniu autorytetu własnego, jako obrońcy naturalnego, organicznego ładu, który powraca, gdy państwo się przegna w siną dal. A jeśli ktoś jest skromny i się wstydzi podbudowywać autorytet własny, to oczywiście może wesprzeć inną prywatną instytucję, którą upatruje w roli dobrego zastępstwa w danej kwestii wobec ustępującego państwa.

    W ostateczności, kiedy zabraknie innych pomysłów, evergreenem pozostaje odesłanie kogoś do lektury Rothbarda. I proszę – w internecie od razu wiadomo, że to duchowa szlachta przemówiła. Nie trzeba nawet głowy po bokach golić, wąsa zapuszczać ani szablą kręcić. Chociaż dostęp do broni powinien być wolny, bo czy to szabla, czy Glock, kto śmie szlachcie zabraniać… A cały naród w ramach swojego wolnościowego zrywu przeciw komunie jest dziś szlachtą, a to głupie państwo tego nie zauważa. 🙂

    1. Anarchokapitalizm nigdy nie będzie współgrał z wysokim wskaźnikiem wolności gospodarczej. Żeby istniały dobre warunki do rozwoju biznesu, muszą istnieć publiczne instytucje państwa prawa, takie jak policja, które zagwarantują bezpieczeństwo publiczne i możliwość rozwoju działalności gospodarczej. Żaden normalny przedsiębiorca nie będzie popierał jakiejkolwiek formy anarchizmu, ani nie będą go interesowały modele idealne kreślone przez doktrynerów.

      1. @CasaChesterton

        W takim razie potrzebujemy nienormalnych.

        Część ludzi funkcjonuje znakomicie w szarej strefie. Na pewne usługi czy produkty jest miejsce wyłącznie na czarnym rynku, gdzie nie dość, że nie ma żadnych gwarancji, służby te biznesy zwalczają a konkurencja zupełnie nie po libertariańsku stosuje przemoc w ramach walki konkurencyjnej, doprowadzając do jeszcze większej niestabilności. Pomimo tego wszystkiego, znajdują się jacyś przedsiębiorcy, którzy biorą ryzyko związane z nielegalnością na siebie, o ile im się ono kalkuluje.

        Zresztą bezpieczeństwo to bezpieczeństwo – jeśli jest zapewnione, ostatecznie nie ma żadnej różnicy w tym, czy przez jedną państwową policję, czy przez kilkadziesiąt czy kilkaset mniejszych przedsiębiorstw zajmujących się świadczeniem tego rodzaju usług. Poza ewentualnymi kwestiami legalistyczno-legitymistycznymi to, czy ulica jest patrolowana przez prywatnego ochroniarza czy państwowego krawężnika bezpieczeństwu jest ganz egal.

        Zmienia natomiast w ideologii, bo pierwsze: dobrowolne finansowanie prywatnego podmiotu prowadzącego swój biznes jest pożądane, z kolei zdawanie się na siły monopolisty na przemoc, który finansuje się z podatkowej grabieży, od którego chce się uwolnić, powoduje, że bezsensownie się wraca do punktu startu.

        Tak czy siak, to tylko słowa.
        Czy w muzułmańskich dzielnicach we Francji, do których lepiej białym, rodowitym Francuzom się nie zapuszczać – dajmy na to, w strefach no-go, handel zupełnie zamiera? Nie. Po prostu będzie go prowadzić go tam inna społeczność kulturowa, akceptująca, że panują tam u nich inne zasady.

        Jeżeli muzułmanie kontestujący Zachód w ramach społeczeństwa równoległego mogą sobie jakoś funkcjonować w oparciu o swoje autorytety i zasady, ignorując jak tylko się da oficjalne władze tych krajów i ich prawo, anarchokapitaliści też byliby w stanie zadziałać podobnie, o ile zainwestowaliby najpierw w poważniejszą kulturową tożsamość, przynajmniej trochę przepraszając się z komunitaryzmem do celu animacji tejże.

        Czy to szariat, czy prawa oparte na libertariańskim aksjomacie nieagresji i kazuistyce jego dotyczącej – funkcjonalnie cóż to za różnica?

        1. (…)Czy w muzułmańskich dzielnicach we Francji, do których lepiej białym, rodowitym Francuzom się nie zapuszczać – dajmy na to, w strefach no-go, handel zupełnie zamiera? Nie. Po prostu będzie go prowadzić go tam inna społeczność kulturowa, akceptująca, że panują tam u nich inne zasady.

          Jeżeli muzułmanie kontestujący Zachód w ramach społeczeństwa równoległego mogą sobie jakoś funkcjonować w oparciu o swoje autorytety i zasady, ignorując jak tylko się da oficjalne władze tych krajów i ich prawo, anarchokapitaliści też byliby w stanie zadziałać podobnie, o ile zainwestowaliby najpierw w poważniejszą kulturową tożsamość, przynajmniej trochę przepraszając się z komunitaryzmem do celu animacji tejże.(…)
          Bez przesady… wierchuszka ISIS upłynniała zabytki z Palmiry aż się kurzyło.

        2. Dalej operujesz myśleniem utopijnym. Biznes i wolna konkurencja może się rozwijać tylko w społeczeństwie, w którym istnieje coś takiego, jak prawo. I to prawo jest egzekwowane przez służby publiczne posiadające monopol na przemoc. To, co ty tutaj proponujesz może sprawdza się w Meksyku, czy w Kolumbii, w gospodarce karteli narkotykowych, nie w społeczeństwie o wysokim HDI z wysokim wskaźnikiem wolności gospodarczej.

          1. @CasaChesterton

            “Dalej operujesz myśleniem utopijnym.”

            Dalej.

            Mam już taki platoński rys osobowości, który powodował, że zawsze bardziej interesowały mnie doskonałe, niezmienne wzorce do których dociera się spekulatywnie, niż chaotyczna empiria, która i tak jest tylko podrzędną i dość losową mieszaniną kompromisowych interesów opartych na jakimś pozornym, potocznym, niekonsekwentnym rozumieniu oraz realizowaniu wartości oraz idei.

            Z tego względu niewiele obchodzą mnie niewydarzone karykatury własności prywatnej i kapitalizmu w obecnej, tak odległej od ich najczystszego wzorca formie ani wytworzone wokół nich równie upośledzone relacje. Właśnie dlatego, że opierają się na kulawych kadłubkach niedokonanego ostatecznie ustroju gospodarczego (oraz implikowanego ustroju politycznego, czy też antypolitycznego wynikającego z tego powyższego), które nie mogą uczestniczyć w jego prawdziwej świetności. I ludzie, którzy żyją w ich cieniu również karleją.

            Jeżeli ktoś chce zrozumieć w pełni wykrystalizowany kapitalizm, musi najpierw zapytać o w pełni wykrystalizowaną własność prywatną. Czyli o to, co czyni własność najbardziej własnościową i na czym miałoby wyglądać stopniowanie jej prywatności.

            Ponieważ częścią jej istoty jest wyłączność, zakładająca uprawnienie wykluczania wszelkich innych osób, nie będących jej właścicielami z jej użytkowania lub określania warunków, pod którymi mogą z niej korzystać w ramach zgody udzielonej przez jej właściciela, to w przypadku idealnej własności prywatnej, absolutnej i ostatecznej, musi wynikać również absolutystyczna swoboda określania warunków względem pozostałych podmiotów. Idealna własność prywatna w przypadku ziemi (terytorium) zapewnia dzięki swojej idealnej wyłączności swojemu właścicielowi suzerenność.

            Idealny kapitalizm jest więc kapitalizmem suzerennych w ramach swoich środków produkcji właścicieli-anarchów, niepoddanych u siebie bez swojej zgody żadnej innej władzy. Każda inna władza uzurpująca sobie panowanie nad nimi i zawężająca dopuszczalne granice rozporządzania tym, co do nich należy, godziłaby bowiem w pełnię ich wyłączności wynikłej z prywatnego właścicielstwa.

            W takim ustroju zatem nie może zaistnieć żadne prawo publiczne dyktowane z zewnątrz, albowiem podmiot je jednostronnie stanowiący, byłby uzurpatorem naruszającym własność wszystkich innych. Jedynym dopuszczalnym prawem byłoby prawo prywatne dwojakiego rodzaju. Pierwsze powstawałoby bezpośrednio z uprawnień wynikających z własności, a drugie z hobbesowsko rozumianych ugód, gwarancji i konwencji zawieranych między nimi w ramach dobrej woli, określających ewentualne wzajemne zobowiązania poza ich własnością, zawierane by umożliwić współpracę. Czyli byłoby to społeczeństwo podmiotów działających na zbliżonych zasadach jak dzisiaj państwa w ramach tzw. społeczności międzynarodowej, które nie mają nad sobą żadnej nadrzędnej władzy, a wszelkie instytucje rozstrzygające między nimi spory i je sądzące powstają wyłącznie z dobrowolnie udostępnionej im części ich własnych uprawnień. Kto zaś nie chce być zobowiązany warunkami danej konwencji, ten do niej nie przystępuje, ale musi też się liczyć z groźbą, że inni nie będą chcieli z nim współpracować w innych sytuacjach, skoro on nie idzie na kompromis w sprawie, na której imże zależało.

            Tymczasem w naszej oddalonej od ideału rzeczywistości taki ład powstał, ale wcale nie dla naszego pożytku i wzajemnej godności, lecz zawarty nad naszymi głowami jako ostateczne szyderstwo, zniewaga i drwina, zrodzony z uzurpacji podmiotów politycznych, które uznały nasze uprawnienia za swoje, a z nas, jednostek, zrobiły swoich niewolników i karmią się taką częścią owoców naszej pracy, jaką zechcą, raz po raz poddając nas swoim prawom, jakich w obecnym stanie nie możemy, ani skutecznie odeprzeć, ani powstrzymać. Duch nasz podupadł był straszliwie, skoro nie potrafiliśmy pozostać suwerennymi właścicielami, lecz nas zepchnięto w niwecz jako własność tych, co nas zbałamucili, sakralizując podstęp polityczny, rzekomo dla naszego dobra a tak naprawdę, żeby nas ograć i założyć chomąto.

            Anarchokapitalizm własności prywatnej w całej jej okazałości i chwale, z pełną wyłącznością jest referencyjnym punktem odniesienia wskazującym optymalny, niewypaczony jeszcze ład naturalny, gdzie każdy dokonawszy jakiegoś zawłaszczenia osiąga pełnię swej podmiotowości, natomiast pełnia tej podmiotowości jest wzajemnie oczekiwaną przez wszystkich normą, której należy wymagać oraz powszechnie respektować.

            Skala odstępstwa naszego obecnego stanu od tego idealnego wzorca w zasadzie znamionuje również rozmiar upadku moralnego człowieka, gotowego z tej podmiotowości zrezygnować, ustąpić lub wręcz odwrotnie – poważyć się na tę cudzą w ramach swojej żądzy dla nienależnych mu korzyści, porywając się na nią pod pozorem jakichś politycznych konieczności przed którymi trzeba się rzekomo zabezpieczyć. Jedni tę swoją wolność oddają z powodu tchórzostwa, inni z braku roztropności, jeszcze inni, bo nie potrafią utrzymać nadziei, a ci co ją im pazernie zabierają dla swej korzyści, czynią to powodowani niedowładem sprawiedliwości. Galerię utraconych cnót można pewnie uzupełnić ostatecznie o wszystkie, a efekt końcowy wygląda tak, że się ląduje bez jakiegokolwiek realnego znaczenia w wielomilionowej ludzkiej hodowli zarządzanej przez nie wiadomo kogo, nie wiadomo po co, czekając na dzień rzezi, na wytyczenie jakiego się zresztą też się nie ma żadnego wpływu.

            A dlaczego? Bo banda głupoli, obawiających się swojego cienia, którym nie chce się pracować nad swoim charakterem dała się nabrać na fortel Hobbesa o zwierzęcym i krótkim życiu w stanie wojny wszystkich ze wszystkimi, zatem w owczym pędzie oddali to, co mieli najcenniejszego: swoje uprawnienia i całą niezależność z nimi związaną. A komu? Oszustowi, który ich wykiwał. Okazali w ten sposób sobie wzajemnie ostateczną wzgardę, by po tym zadziwiającym pokazie wielostronnej nielojalności, pozwolić się zamknąć w ludzkim zoo. Bo bezpieczniejsze niż na wolności. Ech, udomowieńcy…

            Im bardziej komuś nie jest po drodze z anarchokapitalizmem, tym bardziej odstaje również od swoich zobowiązań wynikających z rozumnego, świadomego utrzymywania ładu społecznego oraz podjęcia związanej z tym odpowiedzialności, której nigdy też nie zrozumie. Im więcej kto swych uprawnień ceduje na inne podmioty, oddając im panowanie nad sobą i relacjami z innymi ludźmi, byle tylko wymigać się od dylematów związanych z samodzielnym samostanowieniem, tym bardziej się demoralizuje i pociąga w demoralizację innych. Osłabia swoją podmiotowość, zarówno w oczach własnych jak i cudzych, bo odtąd tamci nie traktują go z odpowiednim namaszczeniem jako ostateczną instancję w swoich sprawach, lecz jak pachołka bez autorytetu, zdolnego świecić odbitym światłem autorytetu swego pana. Wyzbywszy się tej podmiotowości, działając według wytycznych płynących z zewnętrz, wyjaławia zarówno rozum jak i sumienie. Gdyż to ten nim władający przejmuje odpowiedzialność moralną za podejmowane decyzje, podczas gdy tamten zostaje zredukowany do postaci podporządkowanego wykonawcy. A czynić może tylko to, co mu z zewnątrz cudzym prawem nakażą i do czego go zmuszą.

            Im mniej anarchokapitalistycznego samowładztwa, tym więcej zbizantynienia. Im słabsza własność, tym korzystniejsza na rzecz jakiegoś uzurpatora, który śmie ją ograniczać. Natomiast po komunistycznym zniesieniu własności, czyli zwycięstwie środków politycznych nad ekonomicznymi pozostaje tylko powszechna niewola, bo brak uznanej społecznej instytucji wedle jakiej dzieli się i wyodrębnia swoją podmiotowość, którą określa się podziałem odpowiedzialności za ład związany z częścią środków produkcji. W sferze gospodarczej, kończy się to uniemożliwieniem dokładniejszego rozpoznania indywidualnych hierarchii wartości i konkretnych potrzeb (które są przecież prywatne), co wiąże się z niemożliwością przeprowadzenia kalkulacji ekonomicznej, o czym zresztą pisał von Mises. Na etyce odbija się to podobnie.

            Ponieważ anarchokapitalizm jedną nogą stoi wciąż jeszcze w hobbesowskim czystym stanie natury, w przypadku wewnętrznego nieuporządkowania moralnego współtworzących go jednostek powodujących wykraczanie poza to co sprawiedliwe, czyli co się komu należy z tytułu własności i umów (ugód), zawsze istnieje jasna groźba stoczenia się społeczeństwa do ciągu lokalnych, prywatnych wojen i zaklętego koła wzajemnych wendett. I tak ma być, bo jest to czynnik otrzeźwiający, dzięki któremu każdy człowiek wie, że to co czyni naprawdę ma znaczenie i znajduje oddźwięk oraz bezpośrednie przełożenie na resztę ładu. Tak więc pokój w anarchokapitalizmie nie jest dany czy darowany, nie wynika z żadnego poddaństwa czy upodlenia, lecz stanowi świadectwo dostatecznej dojrzałości moralnej wszystkich go współtworzących właścicieli. A wojna w nim, o którą nie można obwinić już żadnego państwa czy polityków ignorujących przyzwoitość, bo tam nie istnieją, jest też wyłącznie bezpośrednią emanacją ich indywidualnego nieuporządkowania przenoszącą się na realia społeczne.

            Dzięki temu ewentualna demoralizacja znacznie szybciej wychodzi na światło dzienne, a że może się ujawnić w skrajniejszej postaci, zwiększa to priorytetowość jej wyeliminowania, co jest korzystniejsze z dydaktycznego punktu widzenia. I to jest największy pozytyw, że tego rodzaju anarchiczny ustrój nikogo nie chroni przed nim samym, ani innymi, pozbawiając go znaczenia, lecz zmusza do przyjęcia i ciągłego utrzymywania wysokich standardów. Kto będzie bardziej świadomym i sprawiedliwym, da partnerom i sąsiadom gwarancje a potem ich dotrzyma, ten zdobędzie kapitał społeczny a wraz z odpowiednim zaufaniem umożliwiającym wspólne handlowanie i bogacenie się, odpowiednią pozycję. A kto tego nie uczyni, bo będzie wiarołomcą, człowiekiem dybiącym na cudzą własność oraz uprawnienia, bandytą czy reakcjonistą pragnącym wskrzesić niesłuszne procesy państwotwórcze, zepchnięty zostanie na margines, tam prowadząc swoje bezsensowne konflikty, przynoszące szkody przede wszystkim jemu samemu. A jeśli wreszcie z zawiści wyjdzie napadać na karawany cudzego dostatku osiągniętego osobistą świetnością i pozytywnym wkładem w porządek społeczny, to prędzej czy później położy się go większą siłą ognia, kończąc jego smętny epizod życiowej dekadencji. Dziś tacy swobodnie sączą swoją truciznę, opanowując instytucje dające im polityczny wpływ na pozostałych a państwo uznające się za dawcę sprawiedliwości, wydaje wyroki sugerujące, że przychyla się do racji przestępców niż ich ofiar.

            Długoterminowe rządy matki wszelkiego porządku, na tyle długie, by wyłonić nową naturalną elitę, najlepiej załatwiłyby sprawę.

            Anarchokapitalizm można porównać do wyprawy w góry wysokie. Tam też znajdziemy mnóstwo niebezpieczeństw i będąc nieuważnym łatwo postradamy życie przy próbie trawersowania jakichś grani z ekspozycją przyprawiającą o zawroty głowy. Ale z drugiej strony, właśnie z tego względu warto się tam wybrać. Gdyż dopiero w tych niebezpiecznych górach każdy nasz krok zdobywa pierwszorzędnego znaczenie i trzeba go wykonać z pełną uwagą oraz świadomością tego, co się robi i jakie mogą być tego konsekwencje, nie zaś bezmyślnie czy niedbale, w lekceważeniu otoczenia wymagającego od nas pokory. Góry albo nauczą cię tej pokory, albo cię zabiją. Czasem zabiją cię nawet mimo wyuczonej pokory. Nie są jakąś wymarzoną przekolorowaną Arkadią, lecz stanowią prawdziwy, czasem bardzo brutalny świat, w którym radość sprawia dopiero pokonanie uświadomionej trwogi oraz oddanie z siebie tego co najlepsze, by po takiej próbie charakteru, kiedy będzie udana, cieszyć się pięknymi trasami, niezapomnianymi widokami czy czasem nawet groźną przygodą, o której można będzie później snuć towarzyskie anegdoty, o ile najpierw wyjdzie się z niej cało. Dlatego góry są satysfakcjonujące i się do nich wraca. Bo stanowią nieprzefiltrowany kawałek świata prawdziwych wartości, w którym nasza postawa może zadecydować o naszym być albo nie być.

            Nowocześniaki tworzące w założeniach idiotoodporne społeczeństwa w cieniu państwa dobrobytu pozbawiają nas nie tylko smaku życia czy pieniędzy, które idą na instytucje dozoru, całą tę prewencję czy resztę urzędów, mających z władzy robić gospodarza animującego samozwańczo wszelkie funkcje społeczeństwa, ale też zrozumienia i docenienia tego czym jest porządek społeczny i jak cenny jest oraz jakie jest nasze w nim miejsce i rola. Ponieważ wszystko jest zorganizowane tak, aby działało wręcz pomimo nas, a my nie mamy czegokolwiek w tym do powiedzenia, nie widać też specjalnie sensu funkcjonowania w takim społeczeństwie. To samo dotyczy reprodukcji, bo skoro wszystkim ma ostatecznie kierować jakaś biurokracja, która wszystko wie najlepuej, to niech też sobie urzędnicy dzieci płodzą mocą swoich ustaw. Kiedy pozbawi się ludzi jakiegokolwiek znaczenia, bo w centrum postawi państwo i jego władzę, to po cóż kolejnych nieszczęśników sprowadzać na tę pustynię wartości?

            Lepiej iść w ustrojowe góry, które wciąż pozostają jeszcze dziewiczymi terenami niezbadanego jeszcze do końca kontynentu filozofii politycznej, a wielu w ogóle wątpi, czy są możliwe do osiągnięcia. Tym bardziej, że jest tam taka jedna legendarna święta góra, która ma być wyjątkowo stroma i wymagająca a wielu w drodze na nią zginie, ale jest ona także szczytem wszystkich szczytów, z którego widać i można się udać na każdy inny. Dlatego też zapewnia społeczeństwu najwięcej samopoznania i szczęścia z przebytego każdego kroku. Lepszy tam niepewny los, niż dalsza męka na zatrutej równinie.

            Tym w zasadzie jest anarchokapitalizm. Ma on tę ciekawą inherentną właściwość bycia metaustrojem, czy ustrojem innych ustrojów, w ramach którego dobrowolnie można między sobą tworzyć dowolne inne lokalne łady, odpowiednio dysponując z innymi jednostkami swymi uprawnieniami, przez co nieco przypomina terytorialistyczną odmianę panarchii de Puydta.

            “Biznes i wolna konkurencja może się rozwijać tylko w społeczeństwie, w którym istnieje coś takiego, jak prawo. I to prawo jest egzekwowane przez służby publiczne posiadające monopol na przemoc. To, co ty tutaj proponujesz może sprawdza się w Meksyku, czy w Kolumbii, w gospodarce karteli narkotykowych, nie w społeczeństwie o wysokim HDI z wysokim wskaźnikiem wolności gospodarczej.”

            Jak to mawiał kiedyś u nas na libnecie jeden z naszych (nie)sławnych użytkowników:
            “Najważniejsza jest wolność. Nawet jakby była mniej wydajna ekonomicznie.”

            Ale można też zacytować motto Republiki Raguzy, jeśli ktoś woli łacinę:
            “Non bene pro toto libertas venditur auro”

            1. W anarchokapitalizmie nie będzie żadnej w pełni rozwiniętej ludzkiej osobowości. Prędzej, czy później powstanie sieć karteli (w które włączone będą prywatne policje i prywatne sądownictwo), które staną się zwyczajnymi mafiami i skończy się “wolność gospodarcza”. Względnie, żeby ochronić się przed mafiami, ludzie zaczną tworzyć własne społeczności eliminujące “gapowiczów”. I albo państwo zostanie przywrócone albo powstaną społeczeństwa równoległe, w których indywidualizm nie będzie działał. Naprawdę, żeby wierzyć w akapowe brednie to trzeba być albo bardzo naiwnym albo trzeba być doktrynalnym fetyszystą lubującym się w takim pustym laniu wody na pół strony. Swoboda przedsiębiorczości występuje w państwie prawa, w którym istnieją silne struktury odpowiadające za przestrzeganie prawa i zwalczanie praktyk monopolistycznych.
              No i jak to dobrze zauważył bodajże JSC, nawet w anarchicznych społecznościach jak strefy no-go, fawele, państwa w stanie anarchii (Somalia, Meksyk) ważną rolę odgrywa komunitaryzm. Silniejsi gracze (np korporacje) też nie są indywidualistycznymi podmiotami.

        3. Nie wdając się w puste utarczki słowne, już poniżej cytowane zdanie udowadnia, że zaklinasz rzeczywistość w imię dogmatów ideologicznych:
          “W takim razie potrzebujemy nienormalnych.”
          Przedsiębiorca musi być pewny, że nie przyjdą do jego firmy wandale i nie zdewastują jego nieruchomości, środków produkcji bez narażania się na konsekwencje karne. Prywatyzacja służb porządku publicznego doprowadziłaby do kartelizacji i powstania obiegu zamkniętego firm, które nie tolerowałyby nowej konkurencji.

        4. Gospodarka funkcjonująca w szarej i czarnej strefie, bezpaństwowa, nigdy nie może przekroczyć pewnego poziomu komplikacji. Dopóki ludzie w nią zaangażowani znają się osobiście, albo przynajmniej o sobie słyszeli, będzie funkcjonować. W większej skali nie. Barierą jest zbyt niski poziom tzw. współczynnika zaufania wobec osób obcych i nieznanych.

          https://blogpilastra.wordpress.com/2017/05/21/tylko-o-psychohistorii-13-o-panstwie-i-mizerii-akapu/

          Podstawową funkcją państwa w tym kontekście nie jest wcale monopol na przemoc, ale terytorialny monopol sądowniczy. Bez tego gospodarka nigdy samorzutnie nie przekroczy poziomu plemiennego. Musi istnieć jakiś jeden, “monopolistyczny” kataster, rejestr własności, wraz z mechanizmem wymuszania jego przestrzeganie, a nie wiele “konkurencyjnych” katastrów. Cywilizacja na księgach wieczystych stoi:

          https://blogpilastra.wordpress.com/2021/05/12/wysoka-cena-cywilizacji/

          1. Wszystko pięknie i ładnie, ale upadłe państwa to przecież jeszcze nie anarchokapitalizmy, chociażby z tego względu, że ich populacje nie żywią faktycznie żadnych motywacji do wytwarzania czy opowiadania się za jakąkolwiek anarchią rynkową i jej obroną, tylko raczej biernie czekają aż konkretni watażkowie na nowo podzielą wpływy i scentralizują władzę, tworząc państwo na nowo i takie są z reguły ich oczekiwania.

            Żaden ustrój bez zwolenników popierających jego formę nie osiągnie stabilności.

            O Weimarze mówiło się, iż był republiką bez republikanów i jego przykładu mimo wszystko nie podamy jako reprezentatywnego dla poparcia tez o ogólnej kondycji republik.

            Nawet więc naciągając założenia i twierdząc, że upadłe państwa są anarchokapitalizmami bez anarchokapitalistów, niewiele to nam powie, jak dalece różniłyby się od anarchokapitalizmów z anarchokapitalistami.

            “Podstawową funkcją państwa w tym kontekście nie jest wcale monopol na przemoc, ale terytorialny monopol sądowniczy.”

            A kiedy handluję sobie z Chińczykami z internetów z drugiej strony globu, to w zasadzie na który terytorialny monopol sądowniczy mogę liczyć, gdy transakcja nie przebiegnie jak należy albo przesyłka zaginie gdzieś w połowie drogi?

            Bo w gruncie rzeczy, nie liczę na żaden. Handluję z ludźmi, których nie znam, z którymi się nie dogadam, ani w swoim, ani w ich rodzimym języku, którzy mają zupełnie inną mentalność, należą do innego kręgu cywilizacyjnego i zdecydowanie nie istnieje żadne nadrzędne superpaństwo ponad Polską i Chinami, które terytorialnie mogłoby nad nimi rozciągnąć “jakiś jeden, “monopolistyczny” kataster, rejestr własności, wraz z mechanizmem wymuszania jego przestrzegania”, bo rządu światowego nie ma. Albo jest, ale na razie tylko na tych spotkaniach spiskowych grupy Bilderberg, których spiskolodzy raz po raz demaskują. 😉

            Natomiast handel, w zasadzie przez nikogo niczym nie gwarantowany, wciąż się odbywa, terytorialnie zdecydowanie przekracza poziom plemienny i robi to samorzutnie, bo raczej mi nikt nie kazał handlować z Azjatami, których trudno z bardzo wielu względów byłoby pociągnąć do odpowiedzialności, a może w ogóle nie byłoby to warte wysiłku.

            Cywilizacja stoi na wymianie dóbr. To, czy ufność ludzi w udogodnienia obiecywane przez państwo jej pomaga i jak bardzo, to inna kwestia, ale i bez nich by się ona odbywała.

            Myślę, że dla mojego handlu polsko-chińskiego większe znaczenie mają jednak systemy reputacyjne domu aukcyjnego niż samo prawo polskie, chińskie czy NWO.

            1. Proszę zauważyć jak bardzo FatBantha pojechał marksizmem. Ludzie w krajach upadłych, zamiast skorzystać z okazji i stworzyć anarchokapitalistyczną utopię, próbują odtworzyć struktury państwowe dlatego że…

              MAJĄ FAŁSZYWĄ ŚWIADOMOŚĆ KLASOWĄ

              🙂

              W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót. To nie myśl i idea kreuje rzeczywistość społeczno-ekonomiczną, tylko, jak napisał Ian Morris, każda epoka dostaje taką myśl, jakiej potrzebuje.

              Skoro nawet w krajach upadłych nie powstają samorzutnie anarchokapitalistyczne wolne terytoria, to znaczy, że ten model ustrojowy jest tak bardzo niestabilny, że realnie w ogóle nie może istnieć. Przynajmniej w obecnych realiach technologicznych.

              A co do handlu z Chinami, to:

              1. przecież Chiny są państwem i mają swoje sądy – jakie są te chińskie sądy, takie są, ale zawsze to lepsze niż nic.
              2. Handel taki odbywa się głównie wg “anarchokapitalistycznej” strategii WZW, czyli z polecenia – ta firma wywiązuje się, od niej więc kupujcie – tamta jest zaś niegodna zaufania. W każdej zatem chwili może się ta rekomendacja zmienić. O ile dany towar zakupiony w Chinach musi być tańszy od takiego samego towaru z Europy, żeby FathBantha sie na niego skusił i odpowiednią kwotę zaryzykował?

              Nie przekracza ta ekonomia owej “plemiennej” skali, o ktorej pisał pilaster.

              1. Nie trzeba mieszać tej kwestii w marksizm… wystarczy zauważyć, że gangsterzy, którzy się dorobili wcześniej czy póżniej usiłują w ten w czy inny sposób* (…)zalegalizować(…) część majątku.

                * Choćby wysyłając do rajów podatkowych co nie chcą wiedzieć skąd pochodzi kasa… o paradoksie jednym z nich jest Szwajcaria.

              2. Marcin Adamczyk (pilaster) dyskutuje sam z sobą (FatBantha), aby uwiarygodnić, że on to nie on. Nie z nami te numery 😉

    2. Prywatne sądownictwo to piękny mit Rothbarda, który jako że był bardziej felietonistą niż naukowcem, ustawia sobie całą koncepcję pod tezę i w ogóle jej nie problematyzuje, z czego wychodzą bzdury. Nawet sposób budowania tego pomysłu nie wynika z tego, co Rothbard proponuje jeśli chodzi o resztę fundamentów anarchokapitalizmu, czyli sytuację Crusoe (de facto jest to odbicie stanu natury, które mamy też u Rousseau, dlatego śmieszne jest, że Rothbard bredzi o swoich scholastycznych korzeniach) oraz koncepcję samoposiadania (będący lichym, bo lichym, ale fundamentem metafizycznym). Sądzę, że Rothbard zrobił to celowo, bo doskonale wie, że jeśli konkretne rozwiązania chce przełożyć z sytuacji Crusoe, to cała kwestia prywatnego sądownictwa sypie się w oparciu o ową sytuację. Przecież wystarczy postawić proste pytanie – w razie sporu Crusoe z Piętaszkiem, kto miałby ów spór rozwiązać? Konsekwentnie należy odpowiedzieć, że prywatne sądy. W taki oto sposób, na wyspie pojawiają się dwa takowe twory i w oczywisty sposób jeden będzie po stronie Crusoe a drugi po stronie Piętaszka. Chyba nie trzeba mówić również, że byłby to niekończący się konflikt, zaprzęgający przepisy (bo to nie jest prawo – prawo musi być jednolite dla wszystkich) do obrony partykularnych celów. A w jaki sposób odwoływać się od niekorzystnego dla siebie wyroku? Oczywiście nie ma takiej możliwości. Nie mamy więc możliwości realizacji sprawiedliwości, która jest konieczna dla sprawnego działania społeczeństwa. Nawet dodanie trzeciej osoby do sytuacji Crusoe pokazuje problem, bo zakładanie, że strony sporu potulnie zgodzą się na tego trzeciego jako sędziego jest mitem. Jednakże nawet przyjmując taką optykę, Rothbard sam strzela sobie w stopę, bo ów trzeci staje się naturalnym monopolistą dla tej konkretnej sprawy a przecież miało nie być monopoli.

      Toteż pomysł Rothbarda już u samych zasad jest zwyczajnym bublem i bzdurą. Nie pomaga temu nawet operowanie na większej grupie, niż ta z sytuacji Crusoe. Pojawienie się wielu prywatnych sądów najzwyczajniej w świecie rodzi te same problemy, tylko na większą skalę, oraz dodaje szereg nowych. Podam kilka przykładów:

      1. Skoro sądy miałyby być prywatne, to i prawo w tych sądach byłoby takowe, a nie narzucone odgórnie. Jeśli tak, to jest zwyczajnym idiotyzmem oczekiwanie od ludzi, aby zaznajomili się z kodeksami różnych sądów, aby wybrać ten, który im odpowiada w danej sprawie. Wymaganie tego samego od prawników również jest nonsensowne i rodzi problem wyboru prawnika, który będzie znał wszystkie kodeksy prywatnych sądów, które mogą się przydać w danej sprawie. Opowieści o tym, że na wolnym rynku z całą pewnością znajdą się tacy prawnicy to zwyczajna fikcja. Po pierwsze, człowiek nie jest w stanie rzetelnie śledzić tak wielu podmiotów, które zapewne będą zmieniały swoje kodeksy aby dopasować się do rynku oraz będą powstawały i upadały, jak to z firmami bywa. Po drugie, nawet jeśli optymistycznie i bezpodstawnie przyjąć, że tak będzie, to zanim to się stanie, mamy do czynienia z chaosem – nikt nie będzie miał rzetelnych odpowiedzi dla swojego klienta, bo nie zdąży się w początkowej fazie zapoznać ze wszystkimi usługami.
      2. W sytuacji sporu, X zakłada sprawę w sądzie 1, na co Y się nie zgadza, więc Y zakłada sprawę w sądzie 2. Zapadają sprzeczne ze sobą wyroki. Żeby je wyegzekwować, prywatne firmy od X i Y mają toczyć ze sobą walkę? Zakładać sprawę w kolejnych sądach prywatnych? Siłą coś zabierać? Nie ma z tej sytuacji dobrego wyjścia. Anarchokapitalista może próbować się nieudolnie bronić, że przecież X i Y muszą się dogadać co do wyboru sądu, aby umożliwić egzekucję wyroku na podstawie wcześniej podpisanej umowy przez obu i wyrażenia zgody na tę egzekucję w przypadku przegranej. Niestety to jest zupełnie odrealnione. W przypadku sporu obie strony mają realną możliwość przeciągania wyboru w nieskończoność poprzez zwyczajny brak zgody na wybór, który proponuje druga strona. Kto miałby w takim przypadku zadecydować, jaki sąd ma rozstrzygać spór? Losowanie? To w takim razie od razu zamiast rozprawy rzućmy monetą i róbmy cyrk ze sprawiedliwości.
      3. Istnienie konkurencyjnych sądów siłą rzeczy wymusza możliwość istnienia sądów, które będą realizowały interesy tych, którzy będą żyli z oszustw i wszelkiego rodzaju machlojek, bo po prostu będzie się to opłacało zarówno takim sądom jak i oszustom – rynek przecież odpowie na zapotrzebowanie a nie istnieje żadna zasada, która uniemożliwiałaby ich pojawienie się. Samo dopuszczenie możliwości istnienia takich podmiotów wyklucza realizację sprawiedliwości.
      4. W efekcie w propozycji Rothbarda istnieje całkowity brak narzędzi do rzetelnego egzekwowania działania czy to prywatnych ochroniarzy czy też tych, którzy mieliby np. ścigać wierzytelności. Podpisanie umowy z pracodawcą nie jest w takim przypadku absolutnie żadnym gwarantem. W taki sposób, mimo że np. ochroniarz ma w umowie, że w przypadku ochrony mienia klienta nie przyjmie od jego przeciwnika jakichś dóbr, aby temu przeciwnikowi dać spokój i utrudniać klientowi, to śmiało może to zignorować, bo i tak wybierze sobie taki sąd, który mu pomoże w tej sytuacji. A powtarzam – takie sądy będą istniały w rzeczywistości anarchokapitalistycznej, bo po prostu takie będzie zapotrzebowanie rynku. Nie ma znaczenia, że takich sądów będzie mało – wystarczy jeden i on spokojnie zagospodaruje niszę dla wszelkiej maści oszustów i bydlaków. I co może zwykły, uczciwy człowiek z tym zrobić? Nic.

      Podsumowując – cały ten groch z kapustą wynika m.in. stąd, że Rothbard nie tylko nie trzyma się własnych zasad, jego teoria jest wewnętrznie sprzeczną (stąd brak zgody co do panlogiczności) i dopiera argumenty pod tezę, ale również stąd, że te zasady są bezmyślne i nie mające nic wspólnego z faktami. Sposób rozumienia człowieka u Rothbarda jest tak skrajnie hurraoptymistyczny a argumentacja, że winą całego zła jest państwo, że aż trzeba zadać pytanie, czy ten człowiek siedział całe swoje życie pod kamieniem? Istnienie zła nie jest wynikiem istnienia państwa – jest kwestią wtórną wobec takiej a nie innej natury człowieka. I gdyby Rothbard choć odrobinę targnął się na myślenie, to widziałby, że to wynika również z tego, co sam twierdził. Skoro istnieje możliwość pojawienia się sporów, a więc istnieje konieczność powoływania prywatnych sądów czy agencji ochroniarskich, to jest to ewidentny dowód na to, że niektórzy ludzie będą czynili źle nawet mimo braku istnienia państwa. Dodatkowo, Rothbard sam opisał swoją wersję pojawienia się państwa (banda niejakiego Iago) i nie zauważył, że państwo, to nie jest jakiś Cthulu nie wiadomo skąd, tylko efekt ludzkiego działania. A to czasami bywa dobre a czasami złe, bo ludzie często działają w sobie dobranej racjonalności, która umożliwia im osiągnięcie ich osobistych celów, które również mogą być dobre jak i złe. Te złe godzą w innych, ale mogą być korzyścią dla tego, który taki cel obrał i stąd, czyli z ludzkiej, zepsutej natury mamy takie a nie inne państwo i to samo działoby się bez państwa. Generalnie od dawna mam taką opinię, że anarchokapitalizm, podobnie jak weganizm, ekologizm, gender i tym podobne wykwity, to takie myśli dla ubogich intelektualnie. Bzdury są tak ewidentne, że trzeba być kompletnym durniem, aby bezkrytycznie przyjmować całą taką koncepcję. Jasne, są pewne słuszne diagnozy u Rothbarda – pochwalam np. jego zachęcanie do bojkotu albo krytykę ingerencji państwa w każdy element naszej rzeczywistości, ale to nie są argumenty na rzecz nieistnienia państwa w ogóle, bo po prostu Rothbard poszedł o krok za daleko. Jest tak, bo był zwyczajnie kiepski intelektualnie, przeczytał coś po łebkach i pisał swoje nielogiczne dyrdymały. Dla porównania można dać przykład Hayeka, który dzięki solidnemu przygotowaniu z zakresu myśli klasycznej i szacunku do logiki, tworzy całkiem zgrabną i sensowną, choć nie pozbawioną wad, ale to jak w przypadku każdej wymyślonej przez człowieka teorię. Także parafrazując: “Polecam nie czytać Rothbarda” 😉

      1. (…)Chyba nie trzeba mówić również, że byłby to niekończący się konflikt, zaprzęgający przepisy (bo to nie jest prawo – prawo musi być jednolite dla wszystkich) do obrony partykularnych celów.(…)
        Czyż tak nie wyglądają transgraniczne spory o prawa rodzicielskie?

        1. “Czyż tak nie wyglądają transgraniczne spory o prawa rodzicielskie?” – owszem, bardzo często tak wyglądają i wypływa to nie tylko z pewnego rodzaju nieudolności prawa, ale chyba przede wszystkim ze złej woli stron bądź strony sporu. Co nie zmienia faktu, że nie tylko prywatne sądy nie załatwiłyby tego problemu, ale i potwierdza, że antropologia Rothbarda jest oderwana od rzeczywistości. Przyznam jednak szczerze, że nie widzę dobrego pomysłu rozwiązania takich problemów w sytuacjach, w których dziecko jest pod opieką jednego z rodziców za granicą i “jedyną” przewiną tego rodzica jest utrudnianie kontaktów czy realizacji praw rodzicielskich drugiej strony. To za mało, by dziecko odebrać a zmusić takiego rodzica zwyczajnie nie ma jak. Chyba najlepiej byłoby, gdyby za dzieci brały się osoby odpowiedzialne, które nie doprowadzą do zaistnienia takiego scenariusza.

          1. (…)owszem, bardzo często tak wyglądają i wypływa to nie tylko z pewnego rodzaju nieudolności prawa, ale chyba przede wszystkim ze złej woli stron bądź strony sporu.(…)
            W sporach na arenie krajowej złej woli też nie braku, a jakoś nie dochodzi do takich eskalacji… zapewne dlatego, że w tym systemie jest tylko jedna legalna instancja ostateczna..

            1. “jakoś nie dochodzi do takich eskalacji… ” – oczywiście, że dochodzi i wystarczy prześledzić nie orzecznictwo, ale wszelkiej maści skargi czy to do rzecznika praw obywatelskich, praw dziecka czy też skargi kasacyjne, z których niewiele wynika.

              1. Tak czy siak kiedyś sprawa będzie miała swój finał choćby w Sądzie Najwyższym… a gdzie jest Sąd Najwyższy Świata?

      2. @Marcin Sułkowski
        “Chyba nie trzeba mówić również, że byłby to niekończący się konflikt”

        Tak naprawdę nie ma niekończących się konfliktów, bo poza byciem skonfliktowanym, trzeba też za coś żyć, i mieć za co opłacić sędziego, który będzie rozstrzygał sprawę. Prowadzenie długotrwałych sporów prawnych, powodowane nieakceptowaniem kolejnych wyroków również wiąże się z kosztami. I nie są to wyłącznie koszta finansowe.

        “Nawet dodanie trzeciej osoby do sytuacji Crusoe pokazuje problem, bo zakładanie, że strony sporu potulnie zgodzą się na tego trzeciego jako sędziego jest mitem. Jednakże nawet przyjmując taką optykę, Rothbard sam strzela sobie w stopę, bo ów trzeci staje się naturalnym monopolistą dla tej konkretnej sprawy a przecież miało nie być monopoli.”

        Naturalne monopole to żaden problem. Tym bardziej, gdy strony sporu na “bezludnej” wyspie godzą się na jedynego sędziego, który im odpowiada. Dodawanie kolejnych osób jak najbardziej rozwiazuje problem, ponieważ w przypadku upartego ignorowania kolejnych tożsamych ze sobą rozstrzygnięć w swoistej próbie stałego odraczania ostatecznego wykonania wyroku, irytuje pan nie tylko sędziów, ale też swoje otoczenie – sąsiadów, którzy mogą po ocenie pańskiego zachowania nie chcieć z panem wchodzić w żadne relacje skutkujące zobowiązaniami prawnymi, od jakich stara się pan tak usilnie wymiksować. W związku z tym, wybór strategii ucieczkowej może się skończyć stratami znacznie dotkliwszymi niż po prostu zaakceptowanie wydanego rozstrzygnięcia i normalizacja sytuacji.

        “W przypadku sporu obie strony mają realną możliwość przeciągania wyboru w nieskończoność poprzez zwyczajny brak zgody na wybór, który proponuje druga strona. Kto miałby w takim przypadku zadecydować, jaki sąd ma rozstrzygać spór? Losowanie?”

        Nie należy zapominać, że dla libertarian od Rothbarda brak naprawienia szkody spowodowanej przez jakieś poprzednie naruszenie zasady nieagresji, w interpretacji skutkuje w zasadzie powrotem pierwotnej agresji. A przed agresją wolno się oczywiście bronić. Zatem zbytnio nie widzę przeszkód, by ludzi celowo i nagminnie uchylających się od niepodobających się im wyroków i starających pretekstowo otwierać kolejne procesy, a tym samym uchylających się od naprawy szkód, traktować jak kiedyś tych Vogelfrei, czyli wyłączonych spod prawa, których każdy mógł zabić i tym samym spowodować ustanie agresji, co będzie też przywróceniem podstawowego libertariańskiego ładu moralnego.

        To jest dosyć skrajna interpretacja prawodawstwa wspierającego zasadę nieagresji, którą można zastosować w przypadku migających się od sprawiedliwości, ale myślę że spokojnie można ją obronić na polu libkowej ideologii i rozwiązuje ona pański problem odpowiedniego rozłożenia zachęt nawet dla najbardziej opornych obstruktorów, bo przerzuca na ich stronę incentywę do poddania się wyrokom.

        Ostatecznie to sądy wydając wyrok naprawczy, ułatwiają panu wydobycie się ze stanu naruszenia aksjomatu nieagresji, no ale jeśli woli pan pozostawać agresorem, to też droga wolna, tyle, że wtedy jest to życie z piętnem śmierci. Ta dawna tradycja znajduje tu klarowne rozwiązanie, o ile najpierw obyczajem określi się, ile razy można zdecydować się na ponowne rozpatrywanie tej samej sprawy w kolejnych opłacanych sądach (co mogłoby pełnić rolę odpowiednika kolejnych odwołań, których podobno nie ma). Po wyczerpaniu zwyczajowego limitu odwołań, albo przyjąłby pan wyrok i wykonał dobrowolnie jego postanowienie, albo nie, zostając uznanym za wyłączonego spod prawa.

        Opcji zresztą jest więcej, bo równie dobrze sędziowie i firmy prawnicze mogłyby przyjąć taką wewnętrzną zasadę, że nie biorą spraw rozpatrywanych bezskutecznie już wcześniej przez swoją konkurencję. Bo to po prostu się wizerunkowo nie spina, wydawać wyroki, których delikwent nie wykonuje i się z panem bawi. Więc z góry podziękuje pan za współpracę.

        Ostatecznie sporu nie można prowadzić w nieskończoność, gdyż:
        – albo skończą się fundusze na procesy,
        – albo skończą się sądy, które będą chętne do bycia używanymi do czyjejś zabawy w kotka i myszkę,
        – albo skończy się cierpliwość otoczenia do wałkowania jednej sprawy w kółko bez faktycznej woli osiągnięcia jej rozstrzygnięcia, czyli też uporczywie okazywanej niechęci do normalizacji stosunków powoda i poszkodowanego zamykających swój konflikt i zwalniających tego pierwszego z pozycji agresora po wykonaniu wyroku.

        Da się wyjść z tego impasu powodowanego sztucznym regresem w nieskończoność? Da się. Z jakimiś poprawkami ad-hoc i uzupełnieniami związanymi z dodatkowymi założeniami dotyczącej konkretyzacji kultury prawnej zawsze się da.

        To do czego się pan odnosi w swojej krytyce, to po prostu szkielet. Uznawanie go za wystarczający i kompletny opis funkcjonowania całego systemu jest błędem, bo w praktyce ten szkielet musi coś podtrzymywać: mieśnie, ścięgna i pozostałe tkanki niezbędne do funkcjonowania organizmu, które też mają swoje funkcje. A one niekoniecznie zostały przez Rothbarda opisane.

        “1. Skoro sądy miałyby być prywatne, to i prawo w tych sądach byłoby takowe, a nie narzucone odgórnie. Jeśli tak, to jest zwyczajnym idiotyzmem oczekiwanie od ludzi, aby zaznajomili się z kodeksami różnych sądów, aby wybrać ten, który im odpowiada w danej sprawie. Wymaganie tego samego od prawników również jest nonsensowne i rodzi problem wyboru prawnika, który będzie znał wszystkie kodeksy prywatnych sądów, które mogą się przydać w danej sprawie.”

        Niby dlaczego? Czy zwyczajnym idiotyzmem jest oczekiwanie od mechaników samochodowych, żeby się znali na całym spektrum technicznych rozwiązań stosowanych przez lata przez różne firmy motoryzacyjne i potrafili naprawiać różne modele i typy samochodów? Byli na bieżąco z nowinkami? Nie. Co więcej, naturalnie zachodzi na rynku specjalizacja takich serwisów, bo jedne lepiej naprawiają lub przerabiają dostosowując do naszych realiów samochody amerykańskie, a inne japońskie, część bierze wszystko, a część ogranicza się do konkretnych marek – na przykład w ASO.

        A czy programiści nie mają wielu alternatywnych języków programowania, w których sobie klepią swój kod? Mają.

        Więc w czym problem z analogią w kwestii prawa? Rynek dostarcza jego spektrum, a prawnicy mają je znać. Jeśli nawet nie będzie możliwe, aby jedna osoba nauczyła się i była biegła we wszystkim, już w skali firmy prawniczej nie istnieje większy problem, żeby kompletować sobie zespół tak, by pokryć specjalistami w danej dziedzinie zapotrzebowanie na większość, jeśli nie wszystkie możliwe istniejące na rynku opcje. W końcu przecież za coś mają brać pieniądze.

        Obsługa prawna stron wybierających jakieś wyjątkowo rzadkie, specjalistyczne prawo czy wykorzystujących klauzule niestosowane zbyt powszechnie do zabezpieczenia swojego równie specjalistycznego interesu (takich jak na przykład laboratoria pracujące nad niebezpiecznymi środkami) będzie się wiązała z innymi kosztami, niż stron stosujących rozwiązania najpopularniejsze, które obiegowo znają wszyscy. Ktoś, kto nie kombinuje, jest z reguły tańszy w obsłudze, więc ma pan już dość silny impuls do pewnej standardyzacji prawa dla ogółu, jeśli tak pana martwi, że utoniemy w milionach alternatywnych kodeksów. W istocie nie ma sensu mnożyć konstrukcji prawnych ponad potrzebę, wystarczy kilkanaście, jeśli nie kilka różnych opcji, dalej już personalizowanych i dostosowywanych do konkretnego przypadku – na przykład przez manipulacje widełkami w przypadku wysokości kar. Bo jedni za zakłócanie porządku na swojej posesji będą domagali się mniej, inni więcej, a odbicia tych wysokości kar będą odpowiadały hierarchiom wartości, priorytetom i subiektywnej wycenie naruszanych dóbr konkretnej osoby. Dotkliwość różnych naruszeń może być przecież dla poszczególnych jednostek inna, więc prywatne prawo pozwoli lepiej zabezpieczyć te, wartości, na których najbardziej komu zależy.

        Zresztą już dziś, bez anarchokapitalizmu ma pan do czynienia ze specjalizacją prawników, bo jedni znają się na prawie cywilnym, inni karnym, ma pan speców od prawa rodzinnego albo wręcz jakąś niszę prawników zajmujących się wyłącznie sprawami rozwodowymi. I jakoś nie podnosi pan lamentów, że to idiotyzm, aby ludzie zaznajamiali się z różnymi dziedzinami prawa. A czy jest ktoś, kto zna dzisiejsze prawo w całości? Zna pan prawnika, który zna prawo obowiązujące w każdym państwie świata?

        “Opowieści o tym, że na wolnym rynku z całą pewnością znajdą się tacy prawnicy to zwyczajna fikcja. Po pierwsze, człowiek nie jest w stanie rzetelnie śledzić tak wielu podmiotów, które zapewne będą zmieniały swoje kodeksy aby dopasować się do rynku oraz będą powstawały i upadały, jak to z firmami bywa. Po drugie, nawet jeśli optymistycznie i bezpodstawnie przyjąć, że tak będzie, to zanim to się stanie, mamy do czynienia z chaosem – nikt nie będzie miał rzetelnych odpowiedzi dla swojego klienta, bo nie zdąży się w początkowej fazie zapoznać ze wszystkimi usługami.”

        Ogólnie gospodarka jest chaosem tworzonym przez ludzi, którzy dostatecznie dobrze znają się na porządku obrabianego przez siebie poletka. Ale jeśli ktoś nie jest “jurycznym gadżeciarzem” i obraca się w kręgu ludzi, którym też wystarczają najbardziej znane, najlepiej sprawdzone rozwiązania, to cóż za problem pozostać z nimi statecznie do końca życia i ich nie zastępować innymi? Poza tym, znowu nie bierze pan pod uwagę ewentualnych kosztów zmiany prawa. Moim zdaniem, prywatne, anarchokapitalistyczne prawo mogłoby okazać się w praktyce mniej zmienne od państwowego w demokracji, gdzie jest obszarem konfliktu politycznego i ulega stałym zmianom, to w jedną ideologiczną stronę, to w drugą, w zależności od tego kto rządzi. W systemie prawa prywatnego potencjalnie może mieć pan do czynienia z wielkim pluralizmem, ale w zasadzie zastygłym bez większych fluktuacji w czasie. Bo każdy ostatecznie wybierze to, co mu pasuje, na czym mu zależy i zostawi w spokoju, osiągając swoje stałe preferencje dotyczące kwestii sprawiedliwości. Zmiany będą następować przy sprzedaży ziemi, kupnie nieruchomości, bo ludzie będą “zabierać ze sobą” preferowane rozwiązania prawne, zatem będą to raczej stałe dla konkretnych jednostek zestawy. Może jestem dziwny, bo nie zmieniam poglądów na temat tego co byłoby sprawiedliwą odpłatą za takie czy inne naruszenia, wraz ze przeprowadzką do nowego mieszkania czy nabyciem samochodu, ale myślę że tak ma więcej ludzi i to jest postawa dominująca w społeczeństwie.

        “3. Istnienie konkurencyjnych sądów siłą rzeczy wymusza możliwość istnienia sądów, które będą realizowały interesy tych, którzy będą żyli z oszustw i wszelkiego rodzaju machlojek, bo po prostu będzie się to opłacało zarówno takim sądom jak i oszustom – rynek przecież odpowie na zapotrzebowanie a nie istnieje żadna zasada, która uniemożliwiałaby ich pojawienie się. Samo dopuszczenie możliwości istnienia takich podmiotów wyklucza realizację sprawiedliwości.”

        Przecież ten zarzut tak naprawdę nie ma najmniejszego sensu, bo tego rodzaju sądy byłyby bronią obosieczną dla swoich klientów, ich interesów i reputacji. Oszustwa mają to do siebie, że uchodzą za pierwszym razem, gdy cieszymy się jeszcze jakąś wiarygodnością, dzięki której znajdujemy kogoś, kogo chcemy nabrać. Z każdym powtórzeniem oszustwa ta wiarygodność maleje. Instytucje opierające swoją długotrwałą działalność na reputacji kogoś z ujemną wiarygodnością w rzeczywistości nie istnieją. Oszust, o którym wszyscy wiedzą, że jest oszustem, nie będzie już dobrym oszustem.

        Tak jak w normalnym kapitalizmie bez bankowości centralnej ma pan do czynienia ze zjawiskiem runów na banki w przypadku tych o upadającej reputacji, tak samo w anarchokapitalizmie miałby pan podobne runy na PAO czy sądy, które celowo lub złośliwie działałyby wbrew interesowi zachowania zasady nieagresji, narażając tym samym życie i mienie swoich klientów, którego miały bronić i brały za to pieniądze. To jest odpowiednik defraudacji powierzonych środków, tyle że w przypadku reprezentacji prawnej i bezpieczeństwa. Jaka motywacja miałaby sprawić, że będzie pan płacił komuś, o kim wie, że został przyłapany na przekupstwie, żeby być może w przyszłości orzekł bezpodstawnie przeciw panu w zamian za łapówkę od strony, która pociągnie pana do tego pańskiego ulubionego sądu dla oszustów? Nie ma takiej motywacji poza jakimś masochizmem czy syndromem sztokholskim. Nawet jako oszust, w obawie przed oszukaniem przez innego oszusta po takim incydencie będzie się pan domagał zwrotu powierzonych środków i pójdzie do konkurencji.

        Zaistnienia incydentalnych przypadków oszustw nie można wykluczyć, ale spokojnie można założyć, że nie mają sensu jako norma. Równie dobrze moglibyśmy się zastanawiać co z istnieniem banków dla złodziei. W zasadzie nie ma czegoś takiego, poza incydentalnym istnieniem podmiotów starających wykorzystać na przykład mechanizm piramid finansowych. Ale i one przed upadkiem mają u wprowadzanych w błąd reputację na tyle wysoką, żeby ktoś chciał im powierzyć swoje środki, licząc na korzyści.

        Rozumiem, że pyta tu pan o powrót tylnymi drzwiami państwa odradzającego się z jednego z sądów, tak? Wprowadzanie golonych podatkami “klientów” w błąd przez skazanie ich na swój prawny monopol, realizacja interesów ludzi żyjących z oszustwa (wyborczego), prywatyzacja zysków i uspołecznianie strat, machlojki to wszystko przecież chleb powszedni polityki, której naczelną zasadą jest kłamstwo. I również zgodzę się z panem w tym punkcie, że samo dopuszczenie możliwości istnienia państwa, dla którego tego rodzaju zachowania są normą, wyklucza realizację sprawiedliwości. 🙂

        Na tym zresztą polega jakościowa różnica: o ile w anarchokapitalizmie można się martwić, czy okresowo jedna lub kilka instytucji zabezpieczających nas finansowo czy prawnie nie upadnie, uprzednio działając na naszą niekorzyść, o tyle w przypadku państwa mamy absolutną pewność, że na pewno zadziała ono na naszą niekorzyść, ponieważ skazało nas na siebie bez możliwości rezygnacji z jego “usług” i prawa o pośledniej jakości, a za co mamy płacić urobkiem prawie z połowy roku swojej pracy (Dzień Wolności Podatkowej wypada gdzieś koło 10 czerwca).

        Wyjątkowo słaby deal, którego niewielu by zawarło dobrowolnie. Tym słabszy, gdy przeciwnicy polityczni zwyciężają wybory, jeszcze bardziej psują prawo i nie ma żadnej opcji zerwania się z tej tonącej łajby na inną, mniejszą ale sprawną łodź.

        “Podsumowując – cały ten groch z kapustą wynika m.in. stąd, że Rothbard nie tylko nie trzyma się własnych zasad, jego teoria jest wewnętrznie sprzeczną (stąd brak zgody co do panlogiczności) i dopiera argumenty pod tezę, ale również stąd, że te zasady są bezmyślne i nie mające nic wspólnego z faktami. ”

        Rothbardowi można zarzucić bardzo wiele niekonsekwencji, niedookreśleń i robią to zresztą sami libertarianie, którzy traktują jego prace po prostu jako wystarczająco dobry prototypowy materiał do dalszego opracowywania; łatania, wprowadzania poprawek, uzupełnienia luk. Rothbard stanowi po prostu fundament inspiracji i wstępny poligon do ćwiczeń w rozumieniu problematyki i mierzenia się samemu z wyzwaniem wymyślenia najlepszej wersji systemu prywatnego prawa w ustroju bezpaństwowym. Po to się czyta Rothbarda, żeby go poprawiać tam, gdzie nie ma sensu, upraszczać tam, gdzie bezsensownie komplikuje i wprowadzać niuanse tam, gdzie zbytnio banalizuje.

        Czyli generalnie zrobić lepiej wszystko to, co on sobie zamierzył. Sam Rothbard się przecież nie liczy – zaczął przecierać szlaki, co można mu oddać, ale liczy się funkcjonalny ideał społeczeństwa, jaki starał się określić i zrozumienie kanonu reguł oraz założeń, dzięki którym można go będzie osiągnąć.

        1. @FatBantha

          “Tak naprawdę nie ma niekończących się konfliktów, bo poza byciem skonfliktowanym, trzeba też za coś żyć, i mieć za co opłacić sędziego, który będzie rozstrzygał sprawę. Prowadzenie długotrwałych sporów prawnych, powodowane nieakceptowaniem kolejnych wyroków również wiąże się z kosztami. I nie są to wyłącznie koszta finansowe.” – nie ma to żadnego znaczenia dla omawianej teorii, która przez swoją nieudolną konstrukcję dopuszcza możność niekończącego się konfliktu. I niekończący należy rozumieć sensownie a nie jako wiecznotrwałość (ma początek, nie ma końca), bo wiadomo, że np. zgon strony często powoduje koniec konfliktu. Tylko czy o to chodzi w systemie sprawiedliwości? Nie. Dlatego teoria Rothbarda jest karykaturą intelektualną.

          “Naturalne monopole to żaden problem.” – w teorii Rothbarda naturalny monopol to jest problem i jako że wynika on wprost z jego założeń, to dowodzi, że teoria jest wewnętrznie sprzeczna. Ignorowanie tego to ignorowanie logiki.

          “Tym bardziej, gdy strony sporu na “bezludnej” wyspie godzą się na jedynego sędziego, który im odpowiada.” – nie, to nie rozwiązuje problemu wewnętrznej sprzeczności teorii. Rothbard sam “wystawił się na strzał” i to celny. Robienie fikołków nie pomoże.

          “Dodawanie kolejnych osób jak najbardziej rozwiazuje problem, ponieważ w przypadku upartego ignorowania kolejnych tożsamych ze sobą rozstrzygnięć w swoistej próbie stałego odraczania ostatecznego wykonania wyroku, irytuje pan nie tylko sędziów, ale też swoje otoczenie – sąsiadów, którzy mogą po ocenie pańskiego zachowania nie chcieć z panem wchodzić w żadne relacje skutkujące zobowiązaniami prawnymi, od jakich stara się pan tak usilnie wymiksować.” – utopijna wersja, w której bezpodstawnie zakłada się, że jeden spór będzie rzutował na całą resztę relacji z sąsiadami czy kontrahentami. Może istnieć jeden spór, z którego się nie chce wyjść a z całym otoczeniem czy ze wszystkimi kontrahentami żyć sielsko. Co dowodzi wyraźnie pokraczności prywatnego wymiaru sprawiedliwości i jak już wyżej napisałem, robienie fikołków nie pomaga, tylko tym bardziej pokazuje, że teoria Rothbarda jest oderwana od rzeczywistości.

          “Nie należy zapominać, że dla libertarian od Rothbarda brak naprawienia szkody spowodowanej przez jakieś poprzednie naruszenie zasady nieagresji, w interpretacji skutkuje w zasadzie powrotem pierwotnej agresji. A przed agresją wolno się oczywiście bronić. Zatem zbytnio nie widzę przeszkód, by ludzi celowo i nagminnie uchylających się od niepodobających się im wyroków i starających pretekstowo otwierać kolejne procesy, a tym samym uchylających się od naprawy szkód, traktować jak kiedyś tych Vogelfrei, czyli wyłączonych spod prawa, których każdy mógł zabić i tym samym spowodować ustanie agresji, co będzie też przywróceniem podstawowego libertariańskiego ładu moralnego.” – i znów fikołek, który nie licuje w żaden sposób z omawianym problemem, czyli realizacją sprawiedliwości w tym pokracznym systemie. Po pierwsze, wyraźnie pisałem, że na gruncie teorii Rothbarda istnieje możność, że nie dojdzie do ŻADNEGO wyroku przez brak zgody strony na wybór sądu, więc nie tylko nie ma czego egzekwować, ale i de facto dobiera się elementarny fundament tej śmiesznej teorii, czyli wolność do wyboru sądu. Przecież ta wolność nie jest u Rothbarda nakierowana na nic innego, niż partykularny zysk, więc skoro X przyjmuje, że lawirowanie wyborem daje mu zysk, to ma prawo z tego korzystać. Co za tym idzie, społeczeństwo nie ma prawa zarzucić mu tworzenia chaosu i np. zabić. Ponadto, zabicie człowieka za przedłużanie/uniemożliwianie sporu np. o 3 ary działki jest kretynizmem i barbarzyństwem, więc to jasno pokazuje, że anarchokapitalizm nie ma żadnych rozwiązań dla takich sytuacji i jest taką samą utopią, jak bzdurki Rousseau.

          “To jest dosyć skrajna interpretacja prawodawstwa wspierającego zasadę nieagresji, którą można zastosować w przypadku migających się od sprawiedliwości, ale myślę że spokojnie można ją obronić na polu libkowej ideologii i rozwiązuje ona pański problem odpowiedniego rozłożenia zachęt nawet dla najbardziej opornych obstruktorów, bo przerzuca na ich stronę incentywę do poddania się wyrokom.” – nie, nie można jej obronić na gruncie niczego innego, niż ślepy, nielogiczny i niesprawiedliwy fanatyzm, co opisałem akapit wcześniej.

          “Ostatecznie to sądy wydając wyrok naprawczy, ułatwiają panu wydobycie się ze stanu naruszenia aksjomatu nieagresji, no ale jeśli woli pan pozostawać agresorem, to też droga wolna, tyle, że wtedy jest to życie z piętnem śmierci.” – Pan nie rozumie, że w obrębie tej teorii nie ma nawet możności wydania wyroku bez zgody jednej ze stron na wybór sądu. Niezauważanie tej luki świadczy albo o tym, że nie prześledził Pan dokładnie Rothbarda, albo targa się Pan na brak rzetelności.

          “Ta dawna tradycja znajduje tu klarowne rozwiązanie, o ile najpierw obyczajem określi się, ile razy można zdecydować się na ponowne rozpatrywanie tej samej sprawy w kolejnych opłacanych sądach (co mogłoby pełnić rolę odpowiednika kolejnych odwołań, których podobno nie ma). Po wyczerpaniu zwyczajowego limitu odwołań, albo przyjąłby pan wyrok i wykonał dobrowolnie jego postanowienie, albo nie, zostając uznanym za wyłączonego spod prawa.” – a któż miałby wybrać tę tradycję, skoro nadrzędną zasadą ma być wolność jednostki oparta na samoposiadaniu a wszelkie narzucanie odgórne to już jest ta wielka, zbrodnicza agresja państwa? No chyba sam już Pan widzi, że trzeba przyjąć jakiś fundament i jego gwarantem musi być chociaż państwo minimum, które będzie np. efektem jakiejś umowy większościowej (co jest obrzydliwe), albo efektem opracowania przez kompetentnych w kwestiach sprawiedliwości. Efekt jest taki sam, jak przy powstaniu państwa, więc ta teoria sama zapędza się w ślepą uliczkę. Tak to jednak jest z tworami, które są nielogiczne.

          “Opcji zresztą jest więcej, bo równie dobrze sędziowie i firmy prawnicze mogłyby przyjąć taką wewnętrzną zasadę, że nie biorą spraw rozpatrywanych bezskutecznie już wcześniej przez swoją konkurencję. Bo to po prostu się wizerunkowo nie spina, wydawać wyroki, których delikwent nie wykonuje i się z panem bawi. Więc z góry podziękuje pan za współpracę.” – ten argument obaliłem w pierwszym komentarzu – jeśli będzie istniała nisza, to ktoś ją zapełni korzystając z praw rynku. I wizerunkowo jak najbardziej się to spina właśnie dla takiego “targetu”.

          “Ostatecznie sporu nie można prowadzić w nieskończoność, gdyż:
          – albo skończą się fundusze na procesy,
          – albo skończą się sądy, które będą chętne do bycia używanymi do czyjejś zabawy w kotka i myszkę,
          – albo skończy się cierpliwość otoczenia do wałkowania jednej sprawy w kółko bez faktycznej woli osiągnięcia jej rozstrzygnięcia, czyli też uporczywie okazywanej niechęci do normalizacji stosunków powoda i poszkodowanego zamykających swój konflikt i zwalniających tego pierwszego z pozycji agresora po wykonaniu wyroku. ”

          ad. 1 – to dość zabawne, że anarchokapitaliści korzystają z doświadczenia życiowego wtedy, gdy im to wygodnie. Aczkolwiek jest nieprawdą, że w każdym przypadku fundusze na procesy mogą się skończyć. Nie ma tu logicznej konieczności, więc argument jest do wyrzucenia.

          ad. 2 – ten argument już obaliłem wyżej i w pierwszym komentarzu (nisza).

          ad. 3 – ten argument również już obaliłem i łączy się z pierwszym, czyli dobieraniem sobie argumentów z doświadczenia życiowego pod tezę ignorując zupełnie, że wcale nie ma logicznej konieczności proponowanej przez anarchokapitalistów wersji wydarzeń. Mówiąc krótko – na gruncie logiki anarchokapitalizm ze swoimi przykładami to pośmiewisko.

          “Da się wyjść z tego impasu powodowanego sztucznym regresem w nieskończoność? Da się. Z jakimiś poprawkami ad-hoc i uzupełnieniami związanymi z dodatkowymi założeniami dotyczącej konkretyzacji kultury prawnej zawsze się da.” – oczywiście, że się da. I państwo to załatwia. Póki co, anarchokapitaliści nie zaproponowali absolutnie żadnego rozwiązania.

          “To do czego się pan odnosi w swojej krytyce, to po prostu szkielet. Uznawanie go za wystarczający i kompletny opis funkcjonowania całego systemu jest błędem, bo w praktyce ten szkielet musi coś podtrzymywać: mieśnie, ścięgna i pozostałe tkanki niezbędne do funkcjonowania organizmu, które też mają swoje funkcje. A one niekoniecznie zostały przez Rothbarda opisane.” – to, do czego się odnoszę, to nie szkielet jako metafora, na którą się Pan targnął i która jest nietrafiona, tylko coś, co się nazywa, znając warsztat, zasadami. Na tych zasadach fundowane są dopiero konkretne przypadki. Jeśli zasady leżą, to cała teoria również. I tak jest w tym przypadku.

          “Niby dlaczego? Czy zwyczajnym idiotyzmem jest oczekiwanie od mechaników samochodowych, żeby się znali na całym spektrum technicznych rozwiązań stosowanych przez lata przez różne firmy motoryzacyjne i potrafili naprawiać różne modele i typy samochodów? Byli na bieżąco z nowinkami? Nie. Co więcej, naturalnie zachodzi na rynku specjalizacja takich serwisów, bo jedne lepiej naprawiają lub przerabiają dostosowując do naszych realiów samochody amerykańskie, a inne japońskie, część bierze wszystko, a część ogranicza się do konkretnych marek – na przykład w ASO.” – kuriozalny przykład, jak to zwykle bywa u anarchokapitalistów, którzy nie potrafią zbudować poprawnej analogii. Jeśli uważa Pan, że sprawiedliwość i prawo to coś analogicznego do mechaniki, to naprawdę ciężko mi z tym będzie dyskutować. Ale łopatologicznie spróbuję – mechanika opiera się na pewnych prawidłach obiektywnych – mechaniki czy fizyki. Do tego dochodzi też chemia. Mechanizmy mają więc prawa, w obrębie których funkcjonują i zostały one odkryte. Dlatego właśnie nawet fachowiec od samochodu amerykańskiego odróżni w samochodzie japońskim tłok od wtrysku albo będzie potrafił je zlokalizować. System sprawiedliwości nie ma takiego komfortu, bo ciężko jest tutaj o pewne wyliczenia i obiektywizację w wielu konkretnych sytuacjach – to wynika ze specyfiki tej dziedziny. Jeden powie, że za kradzież emerytury jakiejś babci należy uciąć dłonie a drugi, że skazać na 5 lat. Dlatego właśnie w anarchokapitalizmie z konieczności logicznej wynika różnorodność kwalifikowania tych samych czynów na zasadzie konkurencji – dla ofiar optymalne będą sądy ostrzejsze, dla kryminalistów łagodniejsze. Już tutaj widać, że strony nie będą się zgadzały co do wyboru sądu prywatnego.

          “A czy programiści nie mają wielu alternatywnych języków programowania, w których sobie klepią swój kod? Mają.” – matko jedyna, jak można podawać tak głupie przykłady? Pan ma świadomość, że tak naprawdę programowanie jest jedno, tylko języki się różnią i wynika to stąd, że prawidła logiki są jedne?

          “Więc w czym problem z analogią w kwestii prawa? ” – w tym, że analogii nie ma.

          “Rynek dostarcza jego spektrum, a prawnicy mają je znać. Jeśli nawet nie będzie możliwe, aby jedna osoba nauczyła się i była biegła we wszystkim, już w skali firmy prawniczej nie istnieje większy problem, żeby kompletować sobie zespół tak, by pokryć specjalistami w danej dziedzinie zapotrzebowanie na większość, jeśli nie wszystkie możliwe istniejące na rynku opcje. W końcu przecież za coś mają brać pieniądze.” – nie, nie ma takiej możliwości przy wolnorynkowej dynamice pojawiania się nowych prywatnych sądów, prywatnych kodeksów, upadku nierentownych sądów etc. I nawet tabun ludzi nie ogarnie tego chaosu. Prosty przykład – jeden wydział rejonowego jednego sądu cywilnego w Łodzi ma rocznie około 2000 spraw. Wynika to z różnic w rozumieniu problemu między stronami. Wiara w to, że przy takiej ilości sporów będzie na tyle mała ilość sądów prywatnych, że “firma to bez problemu ogarnie” jest po prostu kuriozalna.

          “Obsługa prawna stron wybierających jakieś wyjątkowo rzadkie, specjalistyczne prawo czy wykorzystujących klauzule niestosowane zbyt powszechnie do zabezpieczenia swojego równie specjalistycznego interesu (takich jak na przykład laboratoria pracujące nad niebezpiecznymi środkami) będzie się wiązała z innymi kosztami, niż stron stosujących rozwiązania najpopularniejsze, które obiegowo znają wszyscy.” – obiegowo, to znają wszyscy obecnie, dzięki jednolitości prawa, o czym skrzętnie Pan zapomina.

          “Ktoś, kto nie kombinuje, jest z reguły tańszy w obsłudze, więc ma pan już dość silny impuls do pewnej standardyzacji prawa dla ogółu, jeśli tak pana martwi, że utoniemy w milionach alternatywnych kodeksów. W istocie nie ma sensu mnożyć konstrukcji prawnych ponad potrzebę, wystarczy kilkanaście, jeśli nie kilka różnych opcji, dalej już personalizowanych i dostosowywanych do konkretnego przypadku – na przykład przez manipulacje widełkami w przypadku wysokości kar. Bo jedni za zakłócanie porządku na swojej posesji będą domagali się mniej, inni więcej, a odbicia tych wysokości kar będą odpowiadały hierarchiom wartości, priorytetom i subiektywnej wycenie naruszanych dóbr konkretnej osoby. Dotkliwość różnych naruszeń może być przecież dla poszczególnych jednostek inna, więc prywatne prawo pozwoli lepiej zabezpieczyć te, wartości, na których najbardziej komu zależy.” – i na czym jest ta wiara oparta poza anarchokapitalistycznym “widzi mi się”? Bo skoro nieudolnie Pan buduje analogię z koncernami motoryzacyjnymi czy językami programowania, to chyba widzi Pan, jaka mnogość tego istnieje, więc dlaczego nie miałaby istnieć tak wielka mnogość kodeksów, jak silników, języków programowania czy serów żółtych? Oczywiście piszę to złośliwie, żeby pokazać jak nonsensownymi przykładami się Pan posługuje i skąd wynika Pana błądzenie w tej pokracznej ideologii.

          “Zresztą już dziś, bez anarchokapitalizmu ma pan do czynienia ze specjalizacją prawników, bo jedni znają się na prawie cywilnym, inni karnym, ma pan speców od prawa rodzinnego albo wręcz jakąś niszę prawników zajmujących się wyłącznie sprawami rozwodowymi. I jakoś nie podnosi pan lamentów, że to idiotyzm, aby ludzie zaznajamiali się z różnymi dziedzinami prawa. A czy jest ktoś, kto zna dzisiejsze prawo w całości? Zna pan prawnika, który zna prawo obowiązujące w każdym państwie świata?” – jeśli nie odróżnia Pan możliwości zrobienia jednej czy dwóch specjalizacji w oparciu o jednolite prawo od zrobienia jednej czy dwóch specjalizacji w oparciu o kilkanaście albo kilkadziesiąt kodeksów, to proszę jeszcze raz przemyśleć tę kwestię. Już nawet opierając się na tych Pana nieudolnych analogiach zobaczy Pan nonsens tego, co Pan postuluje.

          “Ogólnie gospodarka jest chaosem tworzonym przez ludzi, którzy dostatecznie dobrze znają się na porządku obrabianego przez siebie poletka. Ale jeśli ktoś nie jest “jurycznym gadżeciarzem” i obraca się w kręgu ludzi, którym też wystarczają najbardziej znane, najlepiej sprawdzone rozwiązania, to cóż za problem pozostać z nimi statecznie do końca życia i ich nie zastępować innymi?” – nie, gospodarka nie jest chaosem tworzonym przez ludzi. Gospodarka jest jak najbardziej uporządkowana i to akurat pisze również Rothbard. A co do Pana pytania – problem jest cały czas ten sam, czyli właśnie chaosu legislacyjnego, który Pan na siłę próbuje, bez oparcia w konkretach, wytłumaczyć jako większy porządek niż status quo.

          “Poza tym, znowu nie bierze pan pod uwagę ewentualnych kosztów zmiany prawa. Moim zdaniem, prywatne, anarchokapitalistyczne prawo mogłoby okazać się w praktyce mniej zmienne od państwowego w demokracji, gdzie jest obszarem konfliktu politycznego i ulega stałym zmianom, to w jedną ideologiczną stronę, to w drugą, w zależności od tego kto rządzi. W systemie prawa prywatnego potencjalnie może mieć pan do czynienia z wielkim pluralizmem, ale w zasadzie zastygłym bez większych fluktuacji w czasie. Bo każdy ostatecznie wybierze to, co mu pasuje, na czym mu zależy i zostawi w spokoju, osiągając swoje stałe preferencje dotyczące kwestii sprawiedliwości. Zmiany będą następować przy sprzedaży ziemi, kupnie nieruchomości, bo ludzie będą “zabierać ze sobą” preferowane rozwiązania prawne, zatem będą to raczej stałe dla konkretnych jednostek zestawy. Może jestem dziwny, bo nie zmieniam poglądów na temat tego co byłoby sprawiedliwą odpłatą za takie czy inne naruszenia, wraz ze przeprowadzką do nowego mieszkania czy nabyciem samochodu, ale myślę że tak ma więcej ludzi i to jest postawa dominująca w społeczeństwie.” – koszty są pokrywane z zysków. Jeśli będzie zysk, to koszty nie mają znaczenia. A będzie, bo dlaczego nie, skoro będzie istniała rynkowa potrzeba? Do tego co mnie interesuje to, czy w anarchokapitalizmie nawet nie będzie się to prawo zmieniało, skoro nie będzie czegoś takiego jak prawo, tylko PRAWA (dlatego pisałem przepisy, bo prawo z definicji ma być jednolite). Naprawdę nie widzi Pan różnicy między zmianami jednolitymi, do których człowiek ma szanse się dostosować, a dziesiątkami kodeksów, po których nie wiadomo czego się spodziewać, bo nie wiadomo kto akurat po jaki kodeks sobie sięgnie? Przecież to jest nonsens.

          “Przecież ten zarzut tak naprawdę nie ma najmniejszego sensu, bo tego rodzaju sądy byłyby bronią obosieczną dla swoich klientów, ich interesów i reputacji. Oszustwa mają to do siebie, że uchodzą za pierwszym razem, gdy cieszymy się jeszcze jakąś wiarygodnością, dzięki której znajdujemy kogoś, kogo chcemy nabrać. Z każdym powtórzeniem oszustwa ta wiarygodność maleje. Instytucje opierające swoją długotrwałą działalność na reputacji kogoś z ujemną wiarygodnością w rzeczywistości nie istnieją. Oszust, o którym wszyscy wiedzą, że jest oszustem, nie będzie już dobrym oszustem.” – o słodka naiwności. Pan naprawdę, tak jak anarchokapitaliści, jest z księżyca. Oczywiście, że oszuści, którzy są znani jako oszuści, nie tylko żyją i mają się dobrze, ale często zarabiają jeszcze więcej niż wcześniej, bo dają gwarancję zarobku przez fakt, że powszechnie wiadomo co robią, ale nikt ich nie złapał. Niechże Pan nie będzie dziecinny i otworzy oczy.

          “Tak jak w normalnym kapitalizmie bez bankowości centralnej ma pan do czynienia ze zjawiskiem runów na banki w przypadku tych o upadającej reputacji, tak samo w anarchokapitalizmie miałby pan podobne runy na PAO czy sądy, które celowo lub złośliwie działałyby wbrew interesowi zachowania zasady nieagresji, narażając tym samym życie i mienie swoich klientów, którego miały bronić i brały za to pieniądze.” – i tu się zaczyna komedia, do której celowo zmierzałem, lecz o niej nie pisałem. Jasno i wyraźnie widać, że nawet sądy w anarchokapitalizmie sądziłyby się między sobą. Naprawdę nie widzi Pan, że to jest komedia? 😉

          “Jaka motywacja miałaby sprawić, że będzie pan płacił komuś, o kim wie, że został przyłapany na przekupstwie, żeby być może w przyszłości orzekł bezpodstawnie przeciw panu w zamian za łapówkę od strony, która pociągnie pana do tego pańskiego ulubionego sądu dla oszustów? Nie ma takiej motywacji poza jakimś masochizmem czy syndromem sztokholskim. Nawet jako oszust, w obawie przed oszukaniem przez innego oszusta po takim incydencie będzie się pan domagał zwrotu powierzonych środków i pójdzie do konkurencji.” – taka, żeby wygrać tu i teraz. Tak żyje bardzo duża część społeczeństwa i tak żyją ci, którzy liczą na szybki i duży zysk. Bo dzięki niemu stać ich będzie na kolejne ruchy. Masochizmem jest natomiast zamykanie oczu na to, że takie zjawiska istnieją, bo przez to wierzy się przez lata w jakieś głupoty, które po prostu osłabiają intelekt.

          “Zaistnienia incydentalnych przypadków oszustw nie można wykluczyć, ale spokojnie można założyć, że nie mają sensu jako norma. Równie dobrze moglibyśmy się zastanawiać co z istnieniem banków dla złodziei. W zasadzie nie ma czegoś takiego, poza incydentalnym istnieniem podmiotów starających wykorzystać na przykład mechanizm piramid finansowych. Ale i one przed upadkiem mają u wprowadzanych w błąd reputację na tyle wysoką, żeby ktoś chciał im powierzyć swoje środki, licząc na korzyści.” – no tak, bo przecież oszuści, złodzieje i inni hochsztaplerzy to trzy osoby na krzyż a banki dla złodziei wcale nie istnieją. Tak samo jak piramidy finansowe, na których ludzie się dorabiają i nikt ich nie może złapać. Ma Pan to szczęście, że jest Pan po prostu naiwny i to jest dobry prognostyk wyjścia z wiary w tak pokraczny logicznie system 😉

          “Rozumiem, że pyta tu pan o powrót tylnymi drzwiami państwa odradzającego się z jednego z sądów, tak? Wprowadzanie golonych podatkami “klientów” w błąd przez skazanie ich na swój prawny monopol, realizacja interesów ludzi żyjących z oszustwa (wyborczego), prywatyzacja zysków i uspołecznianie strat, machlojki to wszystko przecież chleb powszedni polityki, której naczelną zasadą jest kłamstwo. I również zgodzę się z panem w tym punkcie, że samo dopuszczenie możliwości istnienia państwa, dla którego tego rodzaju zachowania są normą, wyklucza realizację sprawiedliwości.” – absolutnie nie miałem tego na myśli. Miałem na myśli fakt, że anarchokapitalizm sam, z logicznej konieczności swoich propozycji doprowadza do patologii i braku możliwości realizacji zasady sprawiedliwości 😉

          “Na tym zresztą polega jakościowa różnica: o ile w anarchokapitalizmie można się martwić, czy okresowo jedna lub kilka instytucji zabezpieczających nas finansowo czy prawnie nie upadnie, uprzednio działając na naszą niekorzyść, o tyle w przypadku państwa mamy absolutną pewność, że na pewno zadziała ono na naszą niekorzyść, ponieważ skazało nas na siebie bez możliwości rezygnacji z jego “usług” i prawa o pośledniej jakości, a za co mamy płacić urobkiem prawie z połowy roku swojej pracy (Dzień Wolności Podatkowej wypada gdzieś koło 10 czerwca). ” – jakościowa różnica polega na tym, że o ile faktycznie w obecnych państwach nie jest wesoło, to jednak jak zadzwonię po policję jako pokrzywdzony, to wiem czego mogę się spodziewać na gruncie jednolitego prawa, natomiast na gruncie anarchokapitalizmu mój oprawca może sobie zadzwonić po swoją firmę ochroniarską, od której mogę jeszcze dostać omłot.

          “Wyjątkowo słaby deal, którego niewielu by zawarło dobrowolnie. Tym słabszy, gdy przeciwnicy polityczni zwyciężają wybory, jeszcze bardziej psują prawo i nie ma żadnej opcji zerwania się z tej tonącej łajby na inną, mniejszą ale sprawną łodź.” – z faktu niedobrego kształtu obecnego państwa nie wyciąga się argumentu na rzecz nieistnienia państwa w ogóle, tylko na rzecz walki z niedobrym jego kształtem. Uznanie, że państwo z logicznej konieczności zawsze się tak stoczy łączy się tylko z uznaniem, że natura ludzka jest taka a nie inna, a co za tym idzie, anarchokapitalizm nie jest żadnym rozwiązaniem, bo i w nim będą funkcjonowali ci sami ludzie. Więc to nie państwo jest problemem a ludzka natura.

          “Rothbardowi można zarzucić bardzo wiele niekonsekwencji, niedookreśleń i robią to zresztą sami libertarianie, którzy traktują jego prace po prostu jako wystarczająco dobry prototypowy materiał do dalszego opracowywania; łatania, wprowadzania poprawek, uzupełnienia luk. Rothbard stanowi po prostu fundament inspiracji i wstępny poligon do ćwiczeń w rozumieniu problematyki i mierzenia się samemu z wyzwaniem wymyślenia najlepszej wersji systemu prywatnego prawa w ustroju bezpaństwowym. Po to się czyta Rothbarda, żeby go poprawiać tam, gdzie nie ma sensu, upraszczać tam, gdzie bezsensownie komplikuje i wprowadzać niuanse tam, gdzie zbytnio banalizuje.” – ten materiał jest beznadziejny i nie ma krztyny sensu. Nie bazuje się na czymś, co z założenia jest logicznie sprzeczne. Znaczy oczywiście można to robić, jeśli się jest albo głupcem albo oszustem. W obu przypadkach jednak nie mówimy o sensownej teorii. Rothbard wypracował system zasad, które są niekoherentne i nie da się na gruncie tej teorii wypracować niczego, poza nonsensem, bo jak to pięknie ujął. o. Bocheński: “poza logiką jest tylko bełkot”. I anarchokapitalizm Rothbarda jest właśnie bełkotem, bo autor zupełnie nie poddał swojego systemu pod badanie od strony logiki.

          “Czyli generalnie zrobić lepiej wszystko to, co on sobie zamierzył. Sam Rothbard się przecież nie liczy – zaczął przecierać szlaki, co można mu oddać, ale liczy się funkcjonalny ideał społeczeństwa, jaki starał się określić i zrozumienie kanonu reguł oraz założeń, dzięki którym można go będzie osiągnąć.” – Rothbard przetarł szlaki dla tych, którzy nie mają warsztatu albo wystarczających zasobów intelektualnych, czym ciągnie w dół masę ludzi z tej pierwszej grupy, która mogłaby zrobić coś sensownego przy odpowiednich wzorcach. Jego ideał społeczeństwa nie jest funkcjonalny – jest nielogiczny, co wypływa z jego zbioru reguł i założeń, przez co nigdy jego ideału nie da się osiągnąć.

          1. “nie ma to żadnego znaczenia dla omawianej teorii, która przez swoją nieudolną konstrukcję dopuszcza możność niekończącego się konfliktu. I niekończący należy rozumieć sensownie a nie jako wiecznotrwałość (ma początek, nie ma końca), bo wiadomo, że np. zgon strony często powoduje koniec konfliktu. Tylko czy o to chodzi w systemie sprawiedliwości? Nie. Dlatego teoria Rothbarda jest karykaturą intelektualną.”

            Teoria Rothbarda jest w zasadzie dostosowaniem do dzisiejszych realiów rynkowych systemu sprawiedliwości średniowiecznej Islandii, w którym także istniała logiczna możliwość niekończacego się konfliktu, chociaż w praktyce taki nigdy nie zaistniał, bo nikomu się nie opłacało go toczyć. Zamiast organizacji rodowej ma pan podstawione prywatne agencje ochrony a reszta systemu w zasadzie zostaje po staremu, tyle, że z dodaniem nowoczesnej kalkulacji szkód i całej libertariańskiej otoczki ideologicznej, pozwalającej na uzyskanie większego rozgałęzienia prawa, czy praw, jak woli to pan ujmować. Jeżeli teoria Rothbarda jest “karykaturą intelektualną”, to musi pan przyjąć do wiadomości, że Islandczycy żyli z podobną ładne trzy wieki z kawałkiem, dopóki ten system nie załamał się po unii personalnej z Norwegią. Średnio zresztą cywilizacje żyją około trzystu lat, więc żywotność tego rozwiązania niespecjalnie odbiega od systemów z centralnym, państwowym sądownictwem.

            https://www.ejournals.eu/Krakowskie-Studia-z-Historii-Panstwa-i-Prawa/2017/Tom-10-Zeszyt-2-2017/art/10135/
            https://sredniowiecznaislandia.com/zarys-problematyki/

            Odpowiadając na pańskie pytanie, w systemie sprawiedliwości chodzi o to, żeby ludzie mogli za jego pośrednictwem rozładowywać swoje spory w najmniej destruktywny i całkiem przewidywalny sposób z mediacją osób trzecich, bez staczania się w otwarty zbrojny konflikt, który może pociągnąć straty znacznie większe niż będzie warte całe casus belli. Do zaistnienia systemu sprawiedliwości zatem nie jest potrzebne żadne państwo, wystarcza kalkulacja ryzyka i potencjalnych strat, jakie mogą nastąpić, gdy nie zaakceptuje się dobrowolnego, kontrolowanego rozstrzygniecia dyktowanego przez prawo i zechce udać na mniej przewidywalną wojnę.

            A sama wojna jako drugi człon alternatywy też od czasu do czasu się przydaje w formie odświeżacza pamięci, by ludzie zachowywali w swojej tradycji tę podstawową mądrość mówiącą, że lepiej respektować wyroki sądu, niż ryzykować wytraceniem siebie, swoich bliskich, sojuszników czy przyjaciół w myśl, że a nuż się uda zrealizować wyjątkowo optymistyczny dla siebie scenariusz bezkosztowo. Bo być może się jednak nie uda i na takim próbowaniu straci się znacznie więcej, niż jest to rzeczywiście warte. Właśnie ta groźba tworzy autorytet prywatnego sądownictwa, które jest właśnie po to, aby utrzymać pokój, wydając swój wyrok, który będzie akceptowalny dla wszystkich i pozwoli uniknąć potencjalnie znacznie większych strat.

            Skoro tego rodzaju system sprawiedliwości w historii zaistniał, to raczej nie był wewnętrznie sprzeczny, bo istnieć znaczy zachowywać tożsamość. Najwyraźniej do tego istnienia nie musiał spełniać również pańskich specyficznych oczekiwań. A skoro tak, również libertariańska wariacja na jego temat nie musi. Tu akurat empiria odrzuca pańskie zastrzeżenia, więc czynienie zarzutów utopijności jest tu zdecydowanie na wyrost.

            “utopijna wersja, w której bezpodstawnie zakłada się, że jeden spór będzie rzutował na całą resztę relacji z sąsiadami czy kontrahentami. Może istnieć jeden spór, z którego się nie chce wyjść a z całym otoczeniem czy ze wszystkimi kontrahentami żyć sielsko. Co dowodzi wyraźnie pokraczności prywatnego wymiaru sprawiedliwości i jak już wyżej napisałem, robienie fikołków nie pomaga, tylko tym bardziej pokazuje, że teoria Rothbarda jest oderwana od rzeczywistości.”

            Jak to bezpodstawnie? Oczywiście, że będzie rzutował na całą resztę relacji, bo ludzie nie żyją w próżni i oceniają zachowania innych, zwłaszcza kiedy mogą one dotknąć ich samych. Jeżeli każdy akt niepraworządności zbliża nas do otwartego konfliktu, każdy będzie traktowany jako niepokojący sygnał. Żyjące realnie społeczeństwo to nie tylko instytucje formalne opisywane w ideologii, ale też nieformalne, które mogą tamte wspierać czy przenosić doświadczenia optymalnego korzystania [z nich]. Jeżeli kilka pierwszych nieuznanych wyroków wyeskaluje w nieprzewidywalne starcia kończące się dotkliwiej dla stron, niż przewidywał wyrok albo w tym konflikcie zginą neutralni, wytworzy się odpowiednia mądrość zbiorowa, dyktująca poszanowanie prawa takim jakie jest i napiętnowywanie niesławą tych, którzy lekkomyślnie wolą je lekceważyć. A oni będą też rozumieć, że przy takich scenariuszach będą w ramach obowiązującej kultury prawnej traktowani jako potencjalne zagrożenie dla otoczenia. W zasadzie słusznie.

            Groźba przemocy ze strony państwa jest zbyteczna, kiedy możemy sobie zapewnić alternatywną przemoc zgodną z aksjomatem nieagresji od stron prywatnych. I równie dobrze można sobie dostarczyć incentywę, aby tej przemocy unikać, także bez państwa i za pośrednictwem wyłącznie prywatnych stron. Finansowanych bez podatków.

            “i znów fikołek, który nie licuje w żaden sposób z omawianym problemem, czyli realizacją sprawiedliwości w tym pokracznym systemie. Po pierwsze, wyraźnie pisałem, że na gruncie teorii Rothbarda istnieje możność, że nie dojdzie do ŻADNEGO wyroku przez brak zgody strony na wybór sądu, więc nie tylko nie ma czego egzekwować, ale i de facto dobiera się elementarny fundament tej śmiesznej teorii, czyli wolność do wyboru sądu. Przecież ta wolność nie jest u Rothbarda nakierowana na nic innego, niż partykularny zysk, więc skoro X przyjmuje, że lawirowanie wyborem daje mu zysk, to ma prawo z tego korzystać.”

            Partykularnym zyskiem z poddania się wyrokowi sądu, na który się pan sam uprzednio zdecydował, jest to, że zamknie i rozwiąże pan swój konflikt w określonych ramach, bez jego dalszej eskalacji z jaką wiąże się niepewność. I to wszystko – co zresztą wystarczy, do utrzymania porządku. Wyobrażanie sobie systemu policentrycznego systemu prawa jako groteski z parodystycznymi sądami dla oszustów czy z prawem legalizującym to, przed czym normalni ludzie starają się na ogół zabezpieczyć siebie i swój interes, nie ma większego sensu.

            “Ponadto, zabicie człowieka za przedłużanie/uniemożliwianie sporu np. o 3 ary działki jest kretynizmem i barbarzyństwem, więc to jasno pokazuje, że anarchokapitalizm nie ma żadnych rozwiązań dla takich sytuacji i jest taką samą utopią, jak bzdurki Rousseau.”

            No widzi pan? A mnie się takie barbarzyństwo bardzo podoba, bez względu na to, co pan o nim myśli.

            “z faktu niedobrego kształtu obecnego państwa nie wyciąga się argumentu na rzecz nieistnienia państwa w ogóle, tylko na rzecz walki z niedobrym jego kształtem. Uznanie, że państwo z logicznej konieczności zawsze się tak stoczy łączy się tylko z uznaniem, że natura ludzka jest taka a nie inna, a co za tym idzie, anarchokapitalizm nie jest żadnym rozwiązaniem, bo i w nim będą funkcjonowali ci sami ludzie. Więc to nie państwo jest problemem a ludzka natura.”

            Degradacja prawa nie jest bezpośrednio powodowana naturą ludzką, a naturą monopolu państwa w tej dziedzinie. Proces polityczny je niszczy. Gdyby prawo urynkowić, byłoby doskonalone jak wszystkie inne produkty w wolnym obrocie gospodarczym, w czym ta niesławna niedoskonała natura ludzka jakoś nie przeszkadza. Zbliżyłoby się też do realnych oczekiwań konsumentów a nie fantazji elit, które chcą za pomocą prawa kształtować społeczeństwa według wyznawanych przez siebie idei i wartości, używając go do inżynierii społecznej.

            Zatem taki wniosek jak najbardziej wyciąga się, jeśli nie chce się z prawa robić produktu skazanego na jakościową degradację, na którą zostaje skazane w zasadzie tak samo jak wszelkie inne znacjonalizowane biznesy. Prawo jest po prostu zbyt istotne dla pokoju i porządku, żeby było państwowe.

        2. (…)Bo jedni za zakłócanie porządku na swojej posesji będą domagali się mniej, inni więcej, a odbicia tych wysokości kar będą odpowiadały hierarchiom wartości, priorytetom i subiektywnej wycenie naruszanych dóbr konkretnej osoby.(…)
          Jeszcze inni zastosują zasadę (…)Mój dom, moja twierdza(…) i cię odstrzelą… i weż udawadniaj, że to było morderstwo, nawet gdy ono jest ewidentne.

          (…)Moim zdaniem, prywatne, anarchokapitalistyczne prawo mogłoby okazać się w praktyce mniej zmienne od państwowego w demokracji, gdzie jest obszarem konfliktu politycznego i ulega stałym zmianom, to w jedną ideologiczną stronę, to w drugą, w zależności od tego kto rządzi.(…)
          Ciekawe, że zalegalizował BTC jako pierwszy kraj, który ma bardziej suwerenną demokrację niż nawet Rosja.

          (…)ulega stałym zmianom, to w jedną ideologiczną stronę, to w drugą, w zależności od tego kto rządzi(…)
          Nawet demokratycznie wybrana DobraZmiana wolała zrzucić odpowiedzialność za aborcję na niedemokratycznie wybrany Trybunał Konstytucyjny i to UWAGA… żeby nie ruszał tego tematu, aż do końca kadencji Parlamentu, kiedy to by sprawa by upadła przez przedawnienie (to na prawdę zabawne założenie… przepis jest niekonstytucyjny tylko podczas kadencji organu ustawodawczego).

          (…)Oszustwa mają to do siebie, że uchodzą za pierwszym razem, gdy cieszymy się jeszcze jakąś wiarygodnością, dzięki której znajdujemy kogoś, kogo chcemy nabrać.(…)
          Niech tylko o spełnianie obietnic wyborczych… jakby DobraZmiana spełniła tylko 10% tego co zapowiadała to byśmy faktycznie mieli Tygrysa Trójmorza…

          (…)Tak jak w normalnym kapitalizmie bez bankowości centralnej ma pan do czynienia ze zjawiskiem runów na banki w przypadku tych o upadającej reputacji, tak samo w anarchokapitalizmie miałby pan podobne runy na PAO czy sądy, które celowo lub złośliwie działałyby wbrew interesowi zachowania zasady nieagresji, narażając tym samym życie i mienie swoich klientów, którego miały bronić i brały za to pieniądze.(…)
          Żeby Bank Anglii się wykrwawił wystarczył jeden Soros… a nie jest to bank państwa upadłego.

          (…)To jest odpowiednik defraudacji powierzonych środków, tyle że w przypadku reprezentacji prawnej i bezpieczeństwa.(…)
          A który bank uciekł z Polski po ujawnieniu planu Zdzisława?

          (…)Równie dobrze moglibyśmy się zastanawiać co z istnieniem banków dla złodziei.(…)
          Przecież istnieją… można je znaleźć np. w Szwajcarii. A swoją drogą podejrzewam, że kartele montują coś takiego na kryptowalutach…

  10. Mateusza Machaja wypromował rektor Uniwersytetu w Białymstoku – Prof. dr hab. Robert W. Ciborowski, też libertarianin.

  11. “Libertarianizm i libertarianie pojawili się w Polsce jako radykalizacja postulatów głoszonych przez Janusza Korwin-Mikkego”
    to PANLOGICZNE stwierdzenie p. Wielomskiego bo
    >JKM – zawód ‘filozof’ wg rejestrów sejm.gov.pl tłumaczy ‘personality’ tego gostka>guru
    płynnego postgimanzjalizmu
    jaki praktykuje się miedzy Bugiem a Odrą ‘post1989”
    a dowodem to lekturowanie misesa w liceach ogólnokształcących i przedmiot ‘przedsiębiorczość”>>guru sorosa).
    I jak p. Wielmoski zwrócił uwagę na Great Reset aka 4ta REvolucja aka INCLUSIVE CAPITALISM by +Schwabus=WEF+IMF>>która już się dzieje także u nas (Polski Ład)
    to te wszystkie cepy postgimanzjalne>CISZA
    i ciekawą opinię wypowiada p. Józef Białek>o przedsiębiorczości wypowiadają się ludzie NIEPRZEDSIĘBIORCY – to samo mówi dr Przybył.

  12. Ech, widać p. M. Adamczyk dyskutuje sam z sobą – raz jako pilaster, innym razem jako FatBantha. Szanowny Panie, po kiego groma siejesz Pan zamęt wśród czytelników? Od lat trollujesz Pan na różnych forach (libertariańskich, socjalistycznych, komunistycznych, ateistycznych, narodowych i katolickich). Po co? Dlaczego facet w wieku 40+, żonaty, z dwójką dzieci, spędza godziny chodząc po internetowych forach i siejąc zamęt? Może czas skorzystać z lekarza wiadomej profesji, bo widać, że ma Pan jakiś problem z samym sobą. Kopiuje Pan gotowe fragmenty opublikowane na innych forach i wkleja w rozlicznych dyskusjach. Może warto byłoby chociaż zacytować?

  13. Nie jestem specjalistą w temacie libertarianizmu, ale z tego co wiem to libertarianinem jest zarówno ten kto opowiada się za istnieniem rządu centralnego (minarchizm) jak i ten kto postuluje jego zniesienie (anarchokapitalizm). Rzeczywiście, jak napisał prof. Wielomski, anarchokapitalizmu nie było, więc wszelkie rozważania są na razie czysto teoretyczne. Natomiast co do libertarianizmu w wydaniu minarchicznym to jak najbardziej takie twory istniały, a najbardziej znany z nich to Stany Zjednoczone od momentu powstania do rządów, powiedzmy, F.D. Roosevelta, czyli mniej więcej póltora wieku. Znakomity przypadek do analizy.
    Na wolnym rynku monopole czy oligopole jak najbardziej również powstają. Sztandarowy przykład to Standard Oil. Jednak, jak pokazuje doświadczenie, nic nie trwa wiecznie, nawet monopol Standard Oil. O ile w latach 1890-1904 jego udział w rynku wynosił ok. 90% to już w 1906, pod naporem rosnącej konkurencji spadł do 70%. Później został podzielony pod przymusem. Novell Netware na początku lat 90-tych miał 90-procentowy udział w rynku systemów sieciowych, aby w kilkanaście lat później spadł prawie do zera. Podobna sytuacja miała miejsce z Internet Explorerem. Windows jako system operacyjny dla ludu również traci na rzecz Androida i iOS-a. Z moich obserwacji wynika, że faktycznie na wolnym rynku powstają monopole, ale nie trwa to wiecznie, a wręcz przeciwnie – konkurencja czyha, bezlitośnie wykorzystując wszelkie potknięcia. Z pewnością większym zagrożeniem są właśnie regulacje państwowe, które dla naszego dobra, pod płaszczykiem ochrony zdrowia, życia, bezpieczeństwa, itp., a w rzeczywistości pod naciskiem “wielkich”, utrudniają działalność “małym” i wchodzenie na rynek “nowym”. Od roku 1989 do połowy lat 90-tych (Gronkiewicz-Waltz) powstało w Polsce kilkadziesiąt banków. Ile powstało w ostatnich 20 latach? I dlaczego? Ile firm motoryzacyjnych powstało w Europie i USA w latach 1900-1960, a ile w 1960-2020? Jakie były początki naszego potentata budowlanego, firmy Atlas? Dzisiaj regulacje są takie, że historia firmy Atlas nie jest możliwa do powtórzenia. Gdyby obowiązywały w 1991 to Atlas by nie powstał, ale dzisiaj są mu zdecydowanie na rękę. Oczywiście to wszystko w naszym dobrze pojętym interesie.
    Ogólnie, jeśli przyglądniemy się historii to trudno z niej wyciągnąć inny wniosek niż “Im więcej wolności, tym większy dobrobyt”. Ja osobiście jestem wielkim zwolennikiem państwa, rządu centralnego w formie monarchii dziedzicznej. Monarchia dziedziczna + wolność, wolny rynek to dla mnie idealne połączenie. Co nie znaczy, że jest to panaceum na wszystkie bolączki. Po prostu nie widzę nic lepszego. Szkoda, że Liechtenstein nie jest tak dużym krajem jak USA czy choćby Polska. Liczę na to, że w przyszłości któreś większe państwo skopiuje rozwiązanie liechtensteinowe. Oby to była właśnie Polska.
    Czy rodziny, grupy społeczne, etniczne, narody cierpią z powodu wolności, wolnego rynku? Z pewnością w USA rodzina była silniejsza w czasach wolności i wolnego rynku niż jest teraz. Można śmiało stwierdzić, że jeszcze nigdy nie była tak słaba jak teraz, o czym świadczą choćby statystyki rozwodów, dzietności, aborcji o innych skrajnych patologiach nie wspominając. Podobnie inne aspekty życia wspólnotowego. W ostatnich 20 latach wyraźnie wzrosła liczba samobójstw, wśród kobiet dwukrotnie (to pewnie efekt wyzwolenia kobiet, przecież jeszcze nigdy nie było im tak dobrze jak dzisiaj).

    1. (…)Windows jako system operacyjny dla ludu również traci na rzecz Androida i iOS-a.(…)
      OS do telekomunikacji jako OS dla ludu… zadziwiające masz definicje. Dorzuć jeszcze linuxy embed w urządzeniach użytkowych i zbankrutujesz Microsofta.

  14. Dobrze by było gdyby komukolwiek udało się podać choćby jeden przykład monopolu w gospodarce wolnorynkowej, który nie tylko się utrzymuje, ale i “rośnie” (co jest logiczną niemożliwością, ponieważ monopol ma z definicji 100% udziału w rynku, zatem nie może już dalej “urosnąć”).

    Niestety, jak dochodzi do konkretnych prykładów, to okazuje się że w gospodarce wolnorynkowej nie ma żadnych trwałych monopoli, co najwyżej chwilowe.

    1. Np. 45 letni monopol jednej linii kolejowej na połączenie zachodniego i wschodniego wybrzeża USA.

      1. Primo – było to w XIX wieku, na początku rewolucji przemysłowej, kiedy stopy procentowe r były jeszcze stosunkowo wysokie, a akumulacja kapitału na jeszcze niskim poziomie

        Secundo – budowa linii kolejowych była wtedy najbardziej kapitałochłonnym przedsięwzięciem ekonomicznym ze wszystkich istniejących. Nawet budowa parowców transoceanicznych była tańsza.

        Tercio – nie obyło się zresztą bez ingerencji państwa, bo linię kolejową budowano bodajże na specjalnie do tego celu przeznaczonych gruntach państwowych.

        Wszystko to razem sprawiło, ze bariera wejścia K była niebotycznie wysoka. I monopol utrzymał się stosunkowo długo. Ale przecież też nie permanentnie.

      2. A wie pan profesor, w jaki sposób powstawały te linie kolejowe?

        https://mises.org/library/progressive-era-0/html/c/617

        “One example of the way in which the railroads fed at the public trough during the 1860s is the case of the 800,000 acre Cherokee tract in southeastern Kansas. The tract was grabbed from the Cherokees by the federal government, and then sold, in one chunk, to James F. Joy, known as “The Railroad King,” and head of the Kansas City, Fort Scott, and Gulf Railroad. The sale to Joy, negotiated in secret, was a curious one, since he was not the high bidder for the land. There was a great deal of protest when it was discovered that the sale made no provisions for settlers some 20,000 strong, who had already homesteaded the land. Finally, the government, which had sold the land to Joy at $1.00 an acre on generous credit terms, allowed the settlers to buy their land from Joy for an average sum of $1.92 per acre in cash.

        […]

        Of nearly 200 million acres of valuable land in the original federal grants, almost half were handed over to the four large transcontinental railroads: Central Pacific, Southern Pacific, Union Pacific, and Northern Pacific.5 The typical modus operandi of these railroads was as follows: (1) a small group of inside promoters and managers would form the railroad, putting up virtually no money of their own; (2) they would use their political influence to get land grants and outright loans (for the Union and Central Pacific) from the federal government; (3) they would get aid from various state and local governments; (4) they would issue a huge amount of bonds to sell to the eager public; and (5) they would form a privately-held construction company, issuing themselves bonds and shares, and would then mulct themselves as managers of the railroad (or rather, mulct railroad shareholders and bondholders) by charging the road highly inflated construction costs.”

        Krótko mówiąc, działało to mniej więcej tak jak “partnerstwo prywatno-publiczne”, w którym najbardziej liczyło się rządowe nadanie ziemi i interes polityczny, czasem stawiany ponad zwykłą uczciwością czy rynkową wyceną na aukcjach, kiedy zwyciężali nie ci z najlepszą ofertą, lecz ci “odpowiedni”, którym się należało.

        Rząd chciał mieć zbudowaną kolej w takim a nie innym wymiarze, więc najpierw uznał całą ziemię za swoją własność by następnie przydzielić ją arbitralnie w wielkich kawałach we własnym mniemaniu najlepiej rokującym podmiotom, tworząc z nich kolejowych baronów, którzy w dodatku nie finansowali linii ze swoich środków, tylko z tych pożyczonych oraz publicznych. Żyć nie umierać.

        Trudno dziwić się monopolom, jeśli są owocami zatrutego u zarania drzewa. Dzisiaj to samo dotyczy nas w przypadku nadawania monopoli opartych na własności intelektualnej i mamy patentowych potentatów internetowych.

        Dlatego pilaster ma rację, pisząc, że: “w gospodarce wolnorynkowej nie ma żadnych trwałych monopoli, co najwyżej chwilowe”, ale może warto lepiej to zaakcentować:

        W gospodarce WOLNORYNKOWEJ. Jeżeli pojawiają się jakieś trwałe monopole, powinno dać nam to sygnał do zastanowienia, w jakim stopniu ta gospodarka jest rzeczywiście wolnorynkowa i na jakim etapie istnienie rządu spowodowało jakieś zwyrodnienia.

        Gdyby Amerykanie mieli w 100% rynkowo tworzyć swoją kolej, być może połączyliby oba wybrzeża znacznie później, koncentrując się w pierwszej kolejności na najbardziej opłacalnych trasach, którymi później sfinansowaliby powstawanie następnych, mniej priorytetowych, z których zarobek byłby mniejszy.

        Kolej zresztą bardzo często powstaje z powodów politycznych i wpływa to na kształt jej rozwoju. Przykładem może być niemiecka sieć kolejowa, która wcale nie była tworzona z myślą o najbardziej opłacalnym łączeniu największych niemieckich miast, gdyż państwo interesował przede wszystkim kierunek wschód-zachód z racji tego, że trasy miały priorytetowo obsługiwać logistykę wojskową i dostarczać na front żołnierzy, natomiast założenia wykorzystania cywilnego schodziły na dalszy plan.

        1. (…)Gdyby Amerykanie mieli w 100% rynkowo tworzyć swoją kolej, być może połączyliby oba wybrzeża znacznie później, koncentrując się w pierwszej kolejności na najbardziej opłacalnych trasach, którymi później sfinansowaliby powstawanie następnych, mniej priorytetowych, z których zarobek byłby mniejszy.(…)
          Nistety… przykład niszczenia transportu publicznego Polski pokazuje, że nie zawsze linie dochodowe mogą funkcjonować bez tych niedochodowych.

      3. Monopol jednej linii kolejowej na zbudowanie połączenia? Monopol byłby na wykonywanie połączeń a nie wykonanie jednego połączenia jeśli dobrze zrozumiałem ten wpis.
        Powinni byli podzielić na kawałki tę linię i najpierw jedna firma potem druga itd? O to chodzi?

        1. Przez 45 lat jedna linia kolejowa łączyła, przez prerie, zachodnie i wschodnie wybrzeże. Alternatywa to wycieczka przez terytoria Indian, albo opłynięcie dookoła Ziemi Ognistej. Monopol na początku XX wieku przełamały dopiero samochody.

          1. Jedna linia kolejowa łączyła .
            Czyli co, zabronili zbudować kolejne?Czy tylko jedna firma przewozowa mogła obsługiwać tę linię?
            Ameryka często stosowala wtedy protekcjonizm w zależności od prezydenta no ale chyba nie bronili nikomu zbudowac kolejnej linii wrecz zachęcali . Cud że ta zbudowali
            Ciekawe jak wyginali szyny. Plaskoziemcy często zadają to pytanie.😃

            1. (…)Ameryka często stosowala wtedy protekcjonizm w zależności od prezydenta no ale chyba nie bronili nikomu zbudowac kolejnej linii wrecz zachęcali (…)
              Przy budowie linii zatrudniali głównie Chińczyków… dziwny ten protekcjonizm.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *