Wielomski: Prawa podmiotowe na konserwatywnej osi czasu (pełny tekst + video)

 

Moje wystąpienie stanowi kontynuację problemu szczegółowo rozrysowanego przez moją Żonę. Interesuje mnie problem wpisania myśli konserwatywnej w transformację metabolizmu po zakończeniu epoki agrarnej, gdy od 200 lat trwa epoka industrialna, kapitalistyczna.

Konserwatystów często postrzega się jako obrońców cywilizacji agrarnej i jej grupy rządzącej, czyli arystokracji. Stąd definicja Samuela Huntingtona, że konserwatyzm to „teoria arystokratyczna”. Pogląd ten dominuje u badaczy marksistowskich i marksizujących socjologów polityki – np. u Karla Mannheima, badaczy niemieckiego konserwatyzmu z NRD lub Szkoły Frankfurckiej.

Jeśli zdefiniujemy konserwatyzm jako doktrynę broniącą świata agrarnego, jego elit i form przywództwa politycznego, to przestaje być koncepcją „żywą”, mającą nam dziś cokolwiek do zaproponowania, bo Polska i Europa są częścią społeczeństwa industrialnego. Świat agrarny znikł w XIX wieku, a w Polsce po reformie rolnej przeprowadzonej po 1945 r. Polityczne miejsce tak pojętego konserwatyzmu byłoby jeszcze w Brazylii czy w Paragwaju, gdzie hacjendorzy bronią się przed industrializacją, o czym pisałem w moim, podobno kontrowersyjnym, artykule o Pliniu Correi de Oliveirze (Prawica w XX wieku 2) czy też w czarnej Afryce, gdzie czarni autochtoni nie chcą industrii. W Europie byłby definitywnie passé.

Tak pojęty konserwatyzm byłby obiektem zainteresowania historyków myśli politycznej i należałoby go wykreślić z badań nad współczesną myślą polityczną, ew. ograniczyć do badań nad myślą Ameryki Łacińskiej lub Czarnej Afryki. W Europie i w świecie Zachodu konserwatyzm byłby już nie w trakcie, ale po Spenglerowskim Zmierzchu Zachodu, tożsamym ze zmierzchem konserwatyzmu.

Jest faktem, że wielu konserwatystów samo identyfikowało się jako obrońcy – mówiąc po marksistowsku – agrarnej „bazy” i towarzyszącej tejże bazie konserwatywnej „nadbudowie”. Zresztą fakt, że konserwatyści agrarni istnieją jeszcze w świecie zachodnim także daje się wytłumaczyć w kategoriach Marksa. Jest to „dryf nadbudowy”, czyli sytuacja, gdy pewne idee nadal znajdują swoich zwolenników, gdy „baza” rozpadła się, ale mentalność nie nadąża za zmianami społeczno-ekonomicznymi. Ale każdy „dryf” istnieje nie dzięki sile własnej, lecz siłą rozpędu i gdy paliwo – tutaj stosunki feudalne – kończy się, to dryfujący widzi już na horyzoncie swój koniec. Marksista lub socjolog polityki tak wytłumaczyłby fakt, że wielu współczesnych konserwatystów przeszło na pozycje tzw. konserwatyzmu radykalnego, czyli zamkniętych kółek myślicieli, filozofów i pisarzy – piszących opasłe tomy o „prawdziwym porządku” – gdzie świat miał charakter sakralny, ludzie podzieleni byli na stany społeczne, mieli legitymistycznego króla Dei Gratia, a nad umysłami czuwali duchowni katoliccy. Tak pojęci konserwatyści mają charakter, przepraszam za słowo, nieco podobny do zombich z horrorów: ruszają się, mówią (i to całkiem dużo, głównie za pomocą opasłych tomiszczy), ale nie ma w nich życia (politycznego).

Tak rozumiany konserwatyzm postrzegam jako karykaturę, choć w budowaniu w ten sposób jego obrazu ochoczo współuczestniczą radykalni konserwatyści z marksistowskimi socjologami, różniąc się ewaluację jego doktryny i celów. Stąd wprowadzam do tego wystąpienia, za Arminem Mohlerem, pojęcie „osi czasu” lub – jeśli ktoś woli takie tłumaczenie – „czasu osiowego”, o którym Mohler mówi, że to dla konserwatyzmu „czas otrzeźwienia”, gdy konserwatysta zdaje sobie sprawę, że stare społeczeństwo ostatecznie przestaje istnieć i musi porzucić miraże restauracji tego, co nie restaurowalne, aby odważnie spojrzeć w twarz światu, który empirycznie istnieje. Nie zgadzam się z poglądem, że konserwatyzm koniecznie musi wyrażać agrarną wizję świata i nie jest zdolny do egzystencji w świecie przez który przeszła rewolucja industrialna. Pogląd taki wyraża jedynie część co bardziej radykalnych konserwatystów, nazwijmy ich tradycjonalistami, a wielu autorów powszechnie postrzeganych jako przeciwnicy praw podmiotowych wcale nimi nie było.

Skoro moją Żona mówiła o metabolizmie społecznym, to pragnę zilustrować sprawę właśnie za pomocą stosunku konserwatystów do wolnego rynku i wiążącej się z nim kwestii mobilności, zmienności hierarchii społecznej i praw podmiotowych:

1/ Trójstanowość. W modelowym systemie konserwatywnym społeczeństwo podzielone jest na 3 stany: duchowieństwo, szlachtę, stan trzeci, a awans społeczny jest utrudniony, szczególnie nobilitacja. Jeśli rozejrzymy się pośród znaczących konserwatywnych filozofów politycznych, to zobaczymy, że konsekwentnie za utrzymaniem społeczeństwa trójdzielnego byli jedynie René Guénon i Julius Evola, z których pierwszy przeszedł na islam, a drugi był neopoganinem. Obydwaj odeszli od chrześcijaństwa z powodu zachwytu nad społeczeństwem kastowym Indii. Pozostali konserwatyści pisali o potrzebie istnienia warstwy kierowniczej, elity, nie definiując jej charakteru jako koniecznie opartego na dziedzicznej arystokracji (Bonald, de Maistre), traktując szlacheckie herby jako powód osobistej dumy, z której nie wynikają przywileje prawne. Dodajmy, że Joseph de Maistre czy Adam Müller zostali nobilitowani już jako ludzie dorośli, a Bonald pochodził ze świeżo uszlachconej rodziny. Dlatego bronili tytułów szlacheckich, ale nie wiążących się z nimi przed Rewolucją przywilejów. Badacze myśli hiszpańskiej dawno już zwrócili uwagę, że odwołując się do chłopstwa przeciwko liberalnym elitom władzy karliści „zagubili” gdzieś ideę społeczeństwa trójstanowego. Nie głosili jej już w epoce wojny z okupacją napoleońską. Wyjąwszy zapatrzonych w Indie i w sumie marginalnych postaci jak Guénon i Evola, konserwatyści gremialnie zaakceptowali liberalną zasadę równości wobec prawa. Nie oznacza to jednak, że wszyscy zaakceptowali liberalne społeczeństwo, otwarte na rewolucję industrialną.

2/ Zwolennicy liberalizmu ekonomicznego. Ogół konserwatystów anglosaskich – poczynając od Edmunda Burke’a – zaakceptował szybko i bezboleśnie rodzące się stosunki kapitalistyczne, wyjąwszy tak wczesnego konserwatystę jak Robert Filmer, niektórych romantyków angielskich (Ruskin) lub dystrybucjonistów (Chesterton, Hillary Belloc), sprzeciwiających się procesom koncentracji kapitału. Wyjąwszy jedynego Filmera rzeczywiście konserwatyści anglosascy akceptowali stosunki kapitalistyczne, co najwyżej (i nie zawsze) krytykując niektóre ze skutków ubocznych industrializmu (proletaryzacja i ateizacja mas z przedmieść; upadek cnót moralnych na korzyść logiki zysku). Nie jest jednak słuszne przeciwstawienie Anglosasom konserwatystów kontynentalnych in gremio zwalczających industrię.

Nie twierdzimy, że takich nie było, bowiem byli – Bonald, karliści hiszpańscy, romantycy niemieccy na czele z Müllerem – ale wielu z nich nie krytykowało narodzin społeczeństwa industrialnego i zasady wolnej ekonomii. W korespondencji wielkiego de Maistre’a, który generalnie ekonomią się nie interesował, znajdujemy 3 fragmenty przeciwko ograniczaniu wolności gospodarczych; Charles Maurras i Jacques Bainville byli zagorzałymi zwolennikami wolnej ekonomii, szczególnie w okresie wielkiego kryzysu widząc narastanie etatyzmu (1929-33); polscy konserwatyści popierali wolny rynek, gromadząc pod swoimi sztandarami zarówno ziemian, jak i przemysłowców o prawicowych poglądach. Uznawanie ogółu konserwatystów kontynentalnych za przeciwników industrializmu wynika z pomyłki: wielu konserwatystów nie sprzeciwiało się industrializacji jako takiej i wiążącym się z nią prawom podmiotowym. Sprzeciwiali się czemuś innemu: zastąpieniu starych elit politycznych (czyli samych siebie) przez wzbogaconych mieszczan, którym odmawiali rozumienia polityki i zasad kierowania państwem, wreszcie zarzucali im sprowadzenie wszystkiego do ekonomii i podporządkowanie raison d’Etat nuworyszowskiej mentalności raison d’argent. Odrzucali społeczeństwo, gdzie o polityce decydują wzbogaceni gracze giełdowi jak George Soros. To oś argumentacji de Maistre’a, Donoso Cortésa, Maurrasa, Stahla i Carla Schmitta. W gruncie rzeczy konserwatyści ci stali na gruncie tezy Hegla o oddzieleniu państwa – będącego w gestii suwerena i starych elit – od mieszczańskiego społeczeństwa zajętego biznesem, a więc akceptowali industrializację jako fakt empiryczny i wolności podmiotowe, nie akceptując liberalnej kultury i – mówiąc Schmittem – liberalnej „formy politycznej”, czyli parlamentaryzmu.

3/ Korporacjoniści. Rzeczywisty nurt sprzeciwiający się wolnościom podmiotowym stanowią w tradycji konserwatywnej wyłącznie korporacjoniści. Zaliczamy do nich tych konserwatystów, którzy chcieli odbudować, zniszczone przez Rewolucję i liberalizm, społeczeństwo wspólnotowe, gdzie nie istnieje jednostka i jej prawa, bowiem jednostka ludzka jest wchłaniana przez rodzinę, ród, wspólnotę wiejską lub foralną, grupę zawodową. Jednostka miałaby nie występować samodzielnie, będąc zawsze tylko częścią wspólnot; miałoby zgasnąć „ja” na korzyść „my”. Tak świat postrzegali w tradycji europejskiego konserwatyzmu hiszpańscy karliści i niemieccy romantycy, zastąpieni na początku XX wieku przez niemieckich konserwatystów marzących o „niemieckim socjalizmie”, „pruskim socjalizmie”, etc. Wymieńmy tutaj np. Lorenza von Steina i Oswalda Spenglera. Była to koncepcja podobna do korporacjonizmu, tyle, że unicestwienie jednostki niemieccy myśliciele powierzali już nie wspólnotom, lecz absolutnemu i wszechpotężnemu państwu.

Najpoważniejszym problemem korporacjonistów, negujących tak prawa jednostki, jak i etatyzm, było znalezienie sposobu budowy lub odbudowy społeczeństwa korporacyjnego. Karliści odrzucając konstruktywizm społeczny stali na stanowisku w sumie utopijnym, że po zniesieniu prawodawstwa liberalnego porządek organiczno-korporacyjny odrestauruje się spontanicznie, bowiem wyraża porządek „natury”. Podobnie uważali najważniejsi doktrynerzy korporacjonizmu tej epoki, mianowicie Othmar Span i rumuński filozof społeczny Michailescu. Była to iluzja. Dobrze rozumieli to konserwatywni nacjonaliści włoscy, którzy w epoce Mussoliniego zbudowali korporacjonizm za pomocą ustaw i jako narzędzie etatyzacji gospodarki w okresie wielkiego kryzysy gospodarczego. Model ten skopiował później Franco w pierwszym okresie swoich rządów, a także Salazar w Portugalii. Odwołujący się do mitu „niemieckiego socjalizmu” naziści nie zachowali nawet pozoru korporacyjnej samorządności, wprost podporządkowując ekonomię władzy państwowej. Było to w sumie posunięcie słuszne, stanowiące jasną deklarację, że prawa podmiotowe muszą zostać całkowicie podporządkowane wszechmocnemu państwu.

Korporacjonizm był projektem nieudanym i z 2 powodów: 1/ Nie zakończył się odbudową społeczeństwa wspólnotowego i organicznego, lecz zetatyzowaniem ekonomii, a więc zamiast „organizmu” powstał tak krytykowany „mechanicyzm” w najczystszej formie. 2/ System okazał się całkowicie niewydolny ekonomicznie, gdyż jego system zarządczy opierał się na administracyjnej logice typowej dla socjalizmu czy socjaldemokracji, co powodowało narastanie zacofania objętych nim krajów (Portugalia Salazara, wczesna Hiszpania Franco) w stosunku do liberalnego Zachodu. Z obydwu tych powodów należy korporacjonizm uznać za ślepy tor w historii myśli konserwatywnej.

Konkluzja. Na podstawie tej pobieżnej (z konieczności) analizy dziejów myśli konserwatywnej wynika, że przeciwnicy praw podmiotowych stanowili w tej tradycji politycznej hałaśliwą mniejszość. Byli to albo marginalni mentalni „hindusi” (Guénon, Evola), albo tradycjonaliści zapatrzeni w świat przedrewolucyjny, mocno podkoloryzowany i wyidealizowany (karliści, romantycy niemieccy), albo podglądacze gospodarki faszystowskiej Italii.

Ogólnie większość tradycji konserwatywnej akceptowała prawa podstawowe, uznając fakt dokonany, jakim było zniesienie podziałów stanowych, czyli nierówności ludzi wobec prawa, za wyjątkiem grupy idealizującej Średniowiecze. Myśl o kasacie praw podstawowych i wchłonięciu ich przez zetatyzowany korporacjonizm raz jeszcze pojawiła się w epoce wielkiego kryzysu l. 1929-33, gdy wielu konserwatystów przedwcześnie uznało, że kapitalizm upadł i nigdy się już nie podniesie. Jednakże idea wchłonięcia praw jednostkowych przez państwo skutecznie została prawie zmonopolizowana przez faszyzm włoski i nazizm niemiecki. Zresztą jego wcielenie w życie w Portugalii Salazara, Hiszpanii Franco czy Austrii Dollfusa wykazało antyrozwojowy charakter tej koncepcji, prowadzący do stagnacji gospodarczej.

Charakterystyczne dla społeczeństwa industrialnego prawa podmiotowe, szczególnie te, które dotyczą swobody ekonomicznej, muszą zostać przyjęte przez konserwatystów. Nie jest to tylko kwestia wyboru programu politycznego, lecz alternatywy egzystencjalnej: ten, kto akceptuje prawa podmiotowe, ten ma szansę współuczestnictwa w życiu politycznym XXI wieku; ten, kto odrzuca prawa podmiotowe tym samym staje się podmiotem badania historyka myśli politycznej albo czeka go emigracja do Boliwii, gdzie tamtejszy prezydent broni świata agrarnego, budując „indiański socjalizm”.

[Głosów:2    Średnia:5/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *