Wielomski: Upadek kosmopolitycznych imperiów. Nowe państwa i granice w Europie środkowo-wschodniej jako skutek procesów narodowotwórczych w XIX wieku

W literaturze światowej od kilkudziesięciu lat trwa gwałtowna polemika dotycząca procesów narodowotwórczych w Europie XIX wieku, rzutująca na oceny podobnych zjawisk powstawania narodów w świecie postkolonialnym powojennym. W dyskusji tej wyłoniły się dwa stanowiska:

1/ Wedle licznych badaczy, tak zwanych modernistów, odwołujących się do warsztatu socjologicznego, zwykle marksistów lub marksizujących, powstawanie narodów jest wynikiem gwałtownych przemian ekonomicznych i społecznych pod wpływem kapitalizmu i gospodarki rynkowej. W świecie tradycyjnym pojęcie narodu było nieznane, a przynajmniej nie w naszym rozumieniu tego słowa. Człowiek przynależał do uniwersalnej wspólnoty Christianitas; czuł się lojalny nie wobec ojczyzny i narodu, lecz osoby króla (lojalność typu feudalnego); przeważało poczucie wspólnoty stanowej lub regionalnej. Uczucia narodowe były mocno mgliste, a samo pojęcie kojarzono z czymś, co dziś określa się mianem „narodu politycznego”, czyli szlachty. Moderniści zwracają uwagę, że przynależność stanowa dominowała nad narodową i członek szlachty z jednego kraju czuł się bliższy członkowi swojego stanu w sąsiednim kraju, niż z chłopem mieszkającym 200 metrów od niego. Koronnym dowodem tej tezy miałby być fakt, że przedrewolucyjne elity rządzące próbowały dorabiać sobie fikcyjne genealogie, wywodząc swoje panowanie z podboju autochtonów przez obce rasy i ludy. Mamy tutaj na myśli mit germańskiej arystokracji we Francji, mit sarmacki w dawnej RP, mit zaginionego pokolenia Izraela na Litwie czy też mit (acz już bardziej uzasadniony historycznie) normański w Anglii.

Zdaniem modernistów, narody powstały wskutek procesów uprzemysłowienia i urbanizacji w XIX wieku. Miasto stanowiło gigantyczny tygiel, w którym mieszały się stany społeczne i ludzie pochodzący z rozmaitych prowincji. W miastach rozpadła się rodzina wielopokoleniowa. Powstał „samotny tłum” wyalienowanych jednostek, które zatraciły swoją tradycyjną tożsamość regionalną i stanową. Szukając nowej identyfikacji poczuły się narodem. Ideę tę rzucili najlepiej wykształceni i najbardziej wykorzenieni spośród wykorzenionych: miejscy intelektualiści. Następnie nauczyciele i dziennikarze poszli z tą koncepcją w masy, wmawiając im – całkiem skutecznie – że są członkami jakiegoś nowo obmyślonego narodu. Słowem, wedle modernistów, narody to ideologiczne fikcje, o tyle niebezpieczne, że prowadzące do nacjonalizmu, prześladowań, antysemityzmu i wojen narodowościowych.

2/ W opozycji do tej, dominującej po 1945 roku, koncepcji, powstała doktryna symbolizmu. Jej zwolennicy uważają, że nowoczesne narody są oczywiście produktem nowoczesności, industrializacji tworzącej społeczeństwo masowe, ale tak wielki produkt nie powstaje ex nihilo,  z niczego – jak twierdzą moderniści. Naród nowoczesny wyrasta z „symboli”, czyli z pewnej historii, tradycji, podobieństwa lokalnych dialektów ostatecznie ukonstytuowanych w język literacki. Nowoczesne procesy narodowotwórcze, które moderniści rozpatrują jako wymyślanie tradycji narodowej, stanowią rzecz jasna pewne przetworzenie tego, co przyniosła historia i etnografia. Jest to jednak przetworzenie, a nie kreacja ex nihilo. Historię Polski intelektualiści mogą ubarwić, ukryć jej bardziej wstydliwe momenty, nadmiernie wyeksponować inne. Nie sposób jednak napisać historii narodu dla jakichś ludzi przypadkowo zebranych. Innymi słowy, można dokonać reinterpretacji i podretuszowania historii Polski, ale nie dla przypadkowych ludzi. Jeśli zbierzemy etnosy ruskie, czeskie, serbskie czy fińskie i podyktujemy ich napisaną na nowo historię, to trudno oczekiwać, aby poczuły się jednym narodem, a szczególnie polskim. Bo niby dlaczego? Masami można manipulować, ale każda ideologiczna manipulacja musi wychodzić z realnych przesłanek i być skierowana do dopasowanego do niej odbiorcy.

Słowem, wedle symbolistów powstanie nowoczesnych narodów nie tkwi w ich wymyślaniu, lecz w upowszechnianiu i rozwoju narracji, które mają dawne i autentyczne korzenie. Np. naród polski istnieje od końca Średniowiecza, a już bardzo wyakcentowany jest w świadectwach renesansowych czy barokowych. Ale jest to wspomniany wcześniej naród polityczny, szlachecki. Należy do niego szlachcic z Mazowsza i Małopolski, jak również spod Kijowa lub Mińska – nawet jeśli ci dwaj ostatni nie mówią po polsku. W wyniku rozbiorów ci członkowie obcojęzyczni trwale odpadli od wspólnoty narodowej polskiej, ale jej fundamentalne idee przechowała szlachta należąca do etni (etnosu) polskiego, w XIX wieku podchwyciła je inteligencja – także zwykle szlacheckiego pochodzenia – i tą wizją zaraziła „autochtoniczne” i „miejscowe” do tej pory chłopstwo. Słowem, polskość straciła swój pierwotny rozmach terytorialny, ale poszła w głąb, w dół hierarchii społecznej, inkorporując do siebie niższe warstwy społeczne. Zjawisko to w polskiej literaturze określa się mianem „uświadomienia narodowego” czy też „rozbudzenia świadomości narodowej”. Stąd tak chętnie dziś prawie każdy Polak opowiada, że należy do narodu złożonego ze szlachty.

Analizując procesy narodowotwórcze w Europie środkowo-wschodniej w XIX stuleciu zobaczymy, że różne narody powstawały tutaj w różny sposób – modernistyczny, symboliczny i mieszany – co wynika z faktu, że można je podzielić na kilka kategorii:

1/ Historyczne. To te, które posiadały własne państwa i swoją tożsamość na tyle silną, aby mieć poczucie własnego „ja” w sposób nieprzerwany od dawna, po XIX wiek. Takie narody w tej części Europy, którym Traktat Wersalski i traktaty pokrewne przyniosły powstanie państwa narodowego to np. Polacy i Węgrzy, a także Austriacy. Trudno tutaj mówić o jakiejś pełnej bólu kreacji narodu przez intelektualistów. To raczej upowszechnienie tej idei z samej szlachty na szerokie masy ludowe.

 

2/ Pozbawione tradycji państwowej, czyli te, które nigdy nie posiadały państwa, własnej administracji, ani doświadczonych elit politycznych. To np. Słowacy, Estończycy, Łotysze. W tym wypadku rzeczywiście można mówić o kreacji narodów ex nihilo przez intelektualistów. Zajmując się kiedyś przypadkami Łotwy i Estonii ze zdziwieniem odkryłem, że ideę tych narodów wymyślili miejscowi… Niemcy, bawiący się studiowaniem autochtonicznego folkloru. Pierwsze czasopisma  narodotwórcze wydawano w języku niemieckim. Takim też językiem posługiwano się na pierwszych zebraniach narodowo myślących Estończyków i Łotyszy, gdy „szprechając” ustalano zasady języków literackich tych ludów czy definiując sposób odmiany lokalnych czasowników. Ideę tę w lud ponieśli luterańscy pastorzy niemieckiego pochodzenia, którzy uczyli się dialektów miejscowych, aby uzyskać lepszy kontakt z wiernymi. To oni wykształcili tutejszą tożsamość narodową. Także księża katoliccy wytworzyli narodowość słowacką, zwróconą przeciwko czeskiemu mini-imperializmowi, gdyż rządy czeskich urzędników grzeszyły antypatią do katolicyzmu i popieraniem mniejszości protestanckiej. Te trzy przypadki pokazują, że teoria modernistyczna czasami bywa słuszna. O ile nie zostanie podniesiona do zasady archetypicznej, generalnej. Wtedy staje się monokauzalną symplifikacją.

3/ Mamy wreszcie narody historyczne, które zatraciły swoją tożsamość i tradycję państwową z powodu stuleci cudzego panowania i utraty własnych elit. Szlachta bułgarska, serbska czy grecka została dosłownie wycięta w pień przez Turków w XV-XVI wieku. Szlachta czeska w podobnym okresie przez Niemców. Pozbawiony klasy przywódczej lud został zewnętrznie poturczony lub, w przypadku czeskim, naprawdę poważnie zgermanizowany. Odtwarzanie świadomości narodowej trzeba było zacząć od powstania własnych elit, które następnie odtwarzały starą tożsamość, zarażając tą ideą szerokie masy. Jest to wariant pośredni między szkołą symboliczną a modernistyczną: wykorzystywane symbole były autentyczne, nie będąc ideologicznym wymysłem intelektualistów, ale sam pomysł, aby symbole zmarłe 400 lat wcześniej ożywić, było charakterystyczne dla inżynierii społecznej o której piszą moderniści.

Spory pomiędzy modernistami a symbolistami dotyczą genezy powstania narodu, ale także i sensowności jego istnienia. Moderniści – wyraziście powiązani z polityczną i internacjonalistyczną lewicą, kiedyś marksistowską, a obecnie też postmodernistyczną – dowodząc, że narody zostały „wymyślone” wskazują, że powstać nie musiały, a gdy już są, to najlepiej byłoby o nich zapomnieć i stworzyć w to miejsce ponadnarodowe imperia. Takie jest np. przesłanie niedawno wydanej w Polsce rozprawy Jochena Böhlera Wojna domowa 1918-1921. Nowe spojrzenie na odrodzenie Polski. Moderniści pośrednio dowodzą, że narody były swoistym wypadkiem przy pracy, z którego wynikły czystki etniczne i zbrodnie ludobójstwa, szczególnie zaś – to ich ulubiony temat – pogromy Żydów.

Imperia wielonarodowe w naszej części Europy w 1918 roku były absolutnym anachronizmem, ponieważ nie sposób tworzyć spoiwa państwowego na zasadzie dynastycznej, gdy hasłem epoki jest idea „praw narodów do samostanowienia”. Widać to szczególnie w Austro-Węgrzech, gdzie spoiwem państwa była post-feudalna jeszcze lojalność dynastyczna, czyli chimera legitymizmu. Badania dowodzą, że Habsburgowie nigdy nie zrozumieli problemu narodowościowego – a ich zaangażowanie późniejsze w ruch paneuropejski dowodzi, że nie rozumieją nadal – próbując do samego końca oprzeć państwo na idei osobistej lojalności wobec dynastii. I idea ta pociągała wyłącznie korpus oficerski oraz administrację państwową, złożone głównie z Austriaków. Dla Węgrów, Czechów, Polaków, Rumunów, Słowaków czy Chorwatów były to idee abstrakcyjne i cudaczne. Dlatego imperium runęło jak domek z kart. Rozkład Austro-Węgier cieszył się też dużą popularnością pośród przywódców Ententy: Wilson, jako fanatyczny ideolog zasady narodowościowej, dążył do destrukcji zmurszałego imperium; Clemenceau jako francuski nacjonalista chciał rozproszyć alianta Niemiec. Wiednia nikt w Wersalu nie bronił, a monarchia Habsburgów rozpadła się właściwie sama.

Zdecydowanie lepiej sprawę rozgrywało imperium rosyjskie, które głosiło mity pansłowiańskie i panprawosławne jako fundamenty swojego istnienia. Mimo rewolucji w 1917 rok mit tej jedności ludów rosyjskich i ruskich przetrwał, mutując się w pan-bolszewizm. Dlatego Rosja utraciła w efekcie I Wojny Światowej tylko Finlandię, Nadbałtykę i Polskę, czyli ziemie i ludy, którym obcy był i panslawizm i prawosławie.

Nie oznacza to, że zasada samostanowienia zawsze była łatwa i prosta do przeprowadzenia, ani, że konsekwentnie ją zrealizowano w systemie wersalskim. Wymieńmy tutaj najważniejsze problemy sporne wynikłe z zasady prawa narodów do samostanowienia w naszym regionie Europy:

1/ Niemożność wytyczenia, nawet przy dobrej woli, granic etnicznych pomiędzy Polską a Ukrainą, ponieważ na Wołyniu i we Lwowie mamy dużą polską enklawę pośród ukraińskich wsi. Albo ziemie te będą polskie, wraz z ukraińskim łącznikiem, albo ukraińskie z polską szkodą.

2/ Podobna trudność dotyczy Wileńszczyzny, która stanowi długi zakręcający pasek, ledwo dotykający ziem polskich „właściwych”, znajdujących się za linią Curzona.

3/ Podobna sytuacja dotyczy granicy rumuńsko-węgierskiej, gdzie kilkaset kilometrów od węgierskich granic etnicznych, w samym środku Rumunii, mamy Siedmiogród zamieszkały przez 2,5 miliona Węgrów i bliskich im Niemców.

W tych przypadkach nie sposób wytyczyć racjonalnej granicy etnicznej nawet przy dobrej woli obydwu stron.

Traktat Wersalski i pomniejsze traktaty między państwami sukcesyjnymi, sztucznie wykreowały kolejne przeciwieństwa, tym razem stworzone świadomie przez zwycięzców, tworząc cały szereg sporów terytorialnych o charakterze granicznym, gdzie linie etniczne nie pokrywały się z politycznymi:

1/ Polsko-czechosłowacki o Zaolzie, Orawę i Spisz.

2/ Niemiecko-Litewski o Kłajpedę (Memel).

3/ Niemiecko-czechosłowacki o Niemców Sudeckich.

4/ Czecho-słowacki o równouprawnienie Słowaków.

5/ Słowacko-węgierski o południową Słowację i Ruś Zakarpacką, zamieszkałe przez Węgrów.

6/ Węgiersko-austriacki o Burgenland, który do Austrii włączono wyłącznie w celu skłócenia Wiednia i Budapesztu.

7/ Węgiersko-jugosłowiański o Banat.

8/ Wewnątrz-jugosłowiański między Serbami a Chorwatami.

9/ Bułgarsko-jugosłowiański o Macedonię.

10/ Bułgarsko-rumuński o południową Dobrudżę.

11/ Bułgarsko-grecki o tzw. Tesalię Zachodnią.

12/ Włosko-grecki o wyspy Dodekenazu.

13/ Grecko-turecki o wyspy i pobrzeża Morza Egejskiego.

14/ Włosko-jugosłowiański o Triest (Fiume) i szereg zamieszkałych przez Włochów miast w Dalmacji.

Dużo tych sporów, ale poza polsko-ukraińskim, polsko-litewskim i węgiersko-rumuńskim byłyby one rozwiązywalne przy konsekwentnym zastosowaniu zasady narodowościowej, granic etnicznych. Narodziły się w wyniku zastosowania przemocy; błędów politycznych zachodnich polityków, którzy nic o tej części świata nie wiedzieli; ze złej woli (mam tutaj na myśli odcięcie od Węgier ziem etnicznie węgierskich). Spowodowało to niemożność budowy trwałego pokoju, skazując państwa sukcesyjne na wzajemną nienawiść, dzięki czemu stały się one szybko narzędziem polityki mocarstw – Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch – które poczęły te konflikty rozgrywać na własną korzyść, czyniąc z poszczególnych państw sukcesyjnych własnych aliantów i wrogów innych mocarstw i ich państw-protektoratów.

Niepowodzenie zasady narodowościowej w tej części Europy nie było – jak chcą moderniści i krytycy państwa narodowego – wynikiem zła tkwiącego w samej tej zasadzie, lecz jej nieprzestrzegania, zwykle z podjudzenia wielkich mocarstw i ich matactw dyplomatycznych. Najpierw 100 lat temu dyplomaci zachodni stworzyli nienarodowe linie graniczne, prowadzące do napięć i wzajemnej nienawiści, a dziś zachodni politolodzy i socjolodzy nauczają nas, że zastosowanie zasady narodowościowej w Europie Środkowo-Wschodniej było błędem i nie miało sensu. Czyli ten, kto stworzył błąd i podjudzał do wzajemnych konfliktów narodowościowych, po kilkudziesięciu latach praktycznego działania własnego systemu, dziś ogłasza, że wina leży po stronie zniekształconej zasady i ludów, które na jej podstawie ukonstytuowano. Takiej manipulacji przeciwko zasadzie państwa narodowego bezstronnie patrząca na fakty nauka zaakceptować nie może.

Adam Wielomski

Tekst został wygłoszony na Konferencji na temat Traktatu Wersalskiego w Krakowie

[Głosów:5    Średnia:3.4/5]
Facebook

2 thoughts on “Wielomski: Upadek kosmopolitycznych imperiów. Nowe państwa i granice w Europie środkowo-wschodniej jako skutek procesów narodowotwórczych w XIX wieku”

  1. W sumie taka kwestia – w jaki sposób wielonarodowa Hiszpania, Francja czy Wielka Brytania (a nawet wielonarodowe “Niemcy”) przekształciły się w państwa jednonarodowe? Przecież w dawniejszych czasach animozje typu Bawarczycy-Sasi były tak duże, że można było unieważnić ślub poprzez utajnienie swego bawarskiego/saskiego pochodzenia, a poza językiem nic ich nie łączyło. Francja to przecież nie tylko Francuzi z Île-de-France i północno-wschodniej Francji, ale też i Oksytańczycy, którzy drastycznie różnili się kulturowo i tożsamościowo od Francuzów głównych (bardziej egalitarne relacje społeczne, lepsza pozycja kobiet itd. co przyczyniło się do rozwoju wielu herezji na południu Francji). Byli też Gaskończycy, Bretończycy itd. To samo miało miejsce w Hiszpanii.

  2. Tekst został odczytany przez panią profesor Annę Raźny, pan profesor Wielomski osobiście się w Krakowie nie pojawił, jak stwierdzono z powodu “kampanii wyborczej”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *