Rękas: Prawactwo, lewactwo, geopolityka

Cała analiza geopolityczna i międzynarodowa sprowadza się w Polsce/u tej części Polaków do rozpoznania kto w danym kraju jest prawactwem, a kto lewactwem. I to ma wystarczać… Ponadto działa jeszcze kwalifikator “Ale ONI/lewacy/komuchy mieli miny!” – bo to jest najważniejszy powód wszelkich polskich radości geopolitycznych, międzynarodowych, a często i krajowych.

Oranie i masakrowanie, czyli geopolityka po polsku

Tak było ze stosunkiem do wyborów prezydenckich w Stanach, z każdymi niemal wyborami w Europie, ostatnio choćby z Wenezuelą. Mechanizm jest prościutki, jak jego zwolennicy. Według tego kryterium ustala się po prostu, czy “lubimy” danego prezydenta, polityka, czy cieszy nas jego wybór i czy w ogóle jest on ekstra-fajny i w sumie nasz. A jeśli jeszcze “masakruje lewaków” – to już w ogóle zajebioza! Kryterium jest zresztą uniwersalne – tak współczesne, jak i historyczne, daje się bowiem stosować i do dawnych liderów czy postaci historycznych, również własnych.

Już pomińmy litościwie, że spora część tych zachwytów wynika tyleż z niewiedzy, co właśnie z reagowania na czyjeś odbicia w mediach uznawanych za wraże. Ktoś gdzieś z typową emfatyczną przesadą odmalowuje jakiegoś mięciutkiego chadeka jako czarnogardłego faszystę i już polska blogosfera gotowa takiemu stawiać pomnik obok Walusia, Degrelle’a i Jose Antonio, choć w III RP mieściłby się zapewne najdalej w centrowej frakcji Platformy Obywatelskiej. Naprawdę, musimy wierzyć tym samym przekaziorom, dla których Jarosław Kaczyński to ultrakatolik, który na polecenie Putina dyszy żądzą zniszczenia Unii Europejskiej?

 

Naturalna głębia

Żeby było śmieszniej – zostaje tak Polakom również na emigracji, także tej trwałej. Polonia w Stanach patrzy z kompleksami, ale miłośnie na prawicę republikańską, głosuje nawet wbrew własnym interesom podatkowym i wzdraga się przed choćby nieśmiałą koordynacją własnych spraw z którąkolwiek z innych, a lepiej zorganizowanych grup mniejszościowych, jak Latynosi czy Czarni. W UK Polacy momentalnie utożsamiają się z tym, co na miejscu utożsamia się ze „skrajną prawicą”, prasa pełna jest doniesień o występowaniu polskich karków w roli ochroniarzy na wiecach… antyimigracyjnych. Polak w Wielkiej Brytanii nigdy zresztą, przenigdy nie pomyśli o sobie jako o “imigrancie“. Imigranci to przecież tamci, ciapaci! A charakterystyka miejscowych partii sprowadza się tylko do ustalenia kto jest gorszym “komuchem” i “lewakiem“.

Podobnie jest też z naszymi we Francji, w Holandii, we Włoszech. Inna rzecz, że nie jest to cecha wyłącznie polska – np. Serbowie stanowią twardy elektorat Partii Wolności w Austrii, jej kandydaci na specjalną sugestię kierownictwa partii pozowali nawet na plakatach z prawosławną bransoletką na ręce itp. Jasne, można to racjonalizować, tłumacząc chęcią stabilizacji, naturalną tendencją nowych imigrantów do ochrony już uzyskanych korzyści przed napływem nowej konkurencji itd. – ale faktycznie, u Polaków tendencje takie łączą się z naturalną głębią refleksji ideowo-politycznej.

 

I CO?

A przecież przy wszystkich politycznych deklaracjach i kreacjach obowiązuje ta sama, podstawowa metoda weryfikacyjna. Należy sprawdzić jak brzmią one po dodaniu najważniejszego kwantyfikatora, który brzmi: I CO?

Jest to mechanizm uniwersalny, do użytku wewnętrznego i zagranicznego np. “Amerykańscy liberałowie nie lubią Donalda Trumpa. I CO?“, „Wenezuelski boliwarianizm ma charakter lewicowy. I CO?”, ale także „X. jest zajebiście prawicowym polskim politykiem. I CO?”. To naprawdę bardzo pomaga i stanowić może współczesny, a w każdym razie wstępny odpowiednik słynnych siedmiu pytań rzymskich, którymi dziś nikt już przeciw – zwłaszcza w polityce III RP – nie zawraca sobie głowy. Kto? Co? Gdzie? Dlaczego? Z czego pomocą? Jak? i Kiedy? – choć dziś traktuje się je jako podstawę tylko kryminalistyki, to przecież oryginalnie i naturalnie stanowią podstawą wszelkiej analizy ludzkich działań. Bo też bądźmy… logiczni: czy tak wiele różni politykę od kryminału? Zacznijmy jednak może od najprostszego: I CO?

Co wynika dla Polski i dla Polaków z czyjegoś „prawactwa”, czy przysporzy ono nam jakichś wymiernych korzyści, zaowocuje realną współpracą o celach nieegzotycznych, powstrzyma jakieś szkody i straty polskie? I dalej – czy to samo nie może przydarzyć się w związku z „lewactwem”? A może w ogóle przeciwnie – może taki „prawak”/”lewak” tak zaszkodzi własnemu krajowi, że to my na tym zyskamy? Czy faktycznie łatwo rozdający swoje sympatie uważają, że akurat ideologie czy raczej ich sprymitywizowane wyobrażenia – to aż Byty Absolutne, do których odnosić się musi wszechstworzenie?

 

Tylko jedna ideologia

W rzeczywistości bowiem mamy obecnie do czynienia tylko z jedną, dominującą ideologią, czy ją nazwiemy demo-liberalizmem od strony społeczno-politycznej, czy kapitalizmem oligarchiczno-korporacyjnym w sferze gospodarki czy medialną demokracją alienacyjno-polaryzacyjną jeśli chodzi o formę organizacji ustrojowej. Mamy TEN świat – i całą resztę. Tych pojedynczych, którzy są naprawdę przeciw, tych nielicznych, starających się pozostać na skraju zainteresowania i kontroli TEGO świata i tych lepiej lub gorzej optymalizujących swoją pozycję na zasadach danych, choć nie w pełnej uległości wobec tych reguł. Na nic więcej, póki co, liczyć nie można – a więc do takiej tylko rzeczywistości jest sens się odnosić.

Wyższą szkołą jazdy byłaby umiejętność stosowania tej samej metody także w sprawach krajowych – choć z tym rzecz trudniejsza, we własnym domu sprawy ideologiczne jednak coś tam niekiedy znaczą, w przeciwieństwie do geopolityki, gdzie wspólna ideologia może wprawdzie służyć budowie i umacniania sojuszy, jednak nie jest i nie może być istotą relacji międzypaństwowych i międzynarodowych, choć pośrednie wpływa na ich kształt i głębokość. Mówiąc prościej, powinny nam być doskonale obojętne losy, powiedzmy, obowiązkowych ubezpieczeń zdrowotnych w USA, ale już winniśmy odnotowywać zasady dotowania produkcji rolnej w tychże Stanach albo prowadzonej przez nich polityki przemysłowej – może to bowiem wywierać (i wywiera…) wymierne skutki dla gospodarki w Polsce, a więc i stanu oraz perspektyw naszego narodu. Sytuacja ekonomiki wenezuelskiej i tamtejsza struktura własnościowa mogą nam być jeszcze doskonalej obojętne, choć już ich skutki dla światowych cen ropy – niekoniecznie. A już np. zastanawianie się dajmy na to czy bardziej pro-rynkowy jest Poroszenko czy Saakaszwili, choć niby to kwestie z naszego bezpośredniego sąsiedztwa – pozostają czwartorzędne wobec realnych priorytetów polskich wobec Ukrainy.

Jeśli jednak niektórzy potrafią wdawać się nawet w takie dywagacje (tak jak inni na poważnie łamią sobie głowy „czy pod Grunwaldem bardziej właściwie byłoby być po stronie polskiej czy po chrześcijańskiej?”) – to czy może także dziwić upór, z jakim dajemy się wmanewrowywać w pozorowane sojusze ideologiczne na polskiej scenie politycznej? Znowu nie chcąc zrozumieć, że istnieje tylko TEN świat i ci, którzy jeszcze mu się opierają – dajemy się wciągać i w pozorowane spory na marginesie ideologii, i w sztucznie wykreowane rzekome bliskości, ponownie na zasadzie „oni tak drażnią lewaków, po prostu muszą być fajni! A przynajmniej nie tacy najgorsi…”. I tak tracimy nie mniej niż na bezmyślności geopolitycznej.

Bo nie chodzi bynajmniej o „prawactwo” i „lewactwo” – tylko o to, żeby myśleć.

Konrad Rękas

[Głosów:13    Średnia:4.5/5]
Facebook

25 thoughts on “Rękas: Prawactwo, lewactwo, geopolityka”

  1. Doprawdy zabawnie wygląda zestawienie w jednym tekście zachęty do logicznego myślenia i nieprawdziwego zdania z dużym kwantyfikatorem: Polak w Wielkiej Brytanii nigdy zresztą, przenigdy nie pomyśli o sobie jako o “imigrancie”. Znam co najmniej 6 osób, które będąc na emigracji w UK zawsze uważali siebie za imigrantów, więc Pana twierdzenie jest nieprawdziwe. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że te osoby nie są wyjątkami

    Do tego od kiedy: “i co?” jest kwantyfikatorem?

  2. Ale polskie ocenianie innych państw jako lewicowych/prawicowych ma swoje korzenie w PRL-owskiej przeszłości. Wiadomo przecież, że UE + USA = prawica (“solidaruchy”, Thatcher, Reagan), zaś Rosja + Chiny = lewica (“komuchy”, Lenin, Mao). Dlatego też każdy solidarnościowiec – nie dość, że uważa się za prawicowca, to siłą rzeczy będzie popierał zachód przeciw Rosji. Poprze “prawicową” Ukrainę, która chce wyrwać się ze szponów “lewicowej” Rosji i dołączyć do “prawicowego” zachodu. Co prawda, w kwestiach gospodarczych, patrząc na Index of Economic Freedom 2019 – widać, że:
    Russia – 58.9,
    China – 58.4,
    Belarus – 57.9,
    Ukraine – 52.3.

    Wynika stąd, że taka “prawicowa” Ukraina jest na lewo od “socjalistycznej” Białorusi, ale kto zabroni Ukrainie stać się częścią “prawicowego” zachodu?

    1. “polskie ocenianie innych państw jako lewicowych/prawicowych ma swoje korzenie w PRL” – świadome polskie ocenianie innych państw/osób jako lewicowe/prawicowe ma swoje korzenie u źródła, czyli w znajomości skąd ten podział się wziął i jak wyglądają istotowe cechy prawicy oraz lewicy. Natomiast inne ocenianie nie ma swoich korzeni w PRL ani w sensie lokalizacji ani czasu. Inne ocenianie ma swoje korzenie w braku wiedzy.

      1. A ogólnie podział na prawicę-lewicę jest sztuczny, i odpowiada jedynie zachodnioeuropejskim demokracjom parlamentarnym(choć ostatnio i tu ten podział się całkowicie zatarł). Bo jak na przykład zaszufladkować ustrój chiński? Jak zaszufladkować Rumunię Ceausescu? Jak zaszufladkować wiele dyktatur w trzecim świecie, czerpiących z jednej strony z nacjonalizmu, tradycjonalizmu a z drugiej strony z marksizmu-leninizmu?

        1. @anonim – przypuszczam, że istnieją pewne, obiektywne prawidła natury psychospołecznej, które powodują, że dyktatury – nie ważne z jakich pozycji startują – kończą jako ustroje konserwatywne w sferze obyczajowości oraz etatystyczne, interwencjonistyczne i protekcjonistyczne w sferze ekonomii. Czy socjalistyczne? Nie koniecznie, ale nie z pobudek ideowych, tylko z braku forsy do rozdawania.

          1. Prawidło jest proste – ustrój “demokratyczny” opiera się na konflikcie, dzieleniu społeczeństw, wiecznych sporach, antagonizowaniu mas na siebie itd. W demokracji musi mieć miejsce wieczna walka, bo inaczej ludzie nie będą widzieć powodów by głosować na X zamiast Y. Ale wraz z deltą czasu ilość tematów się wyczerpuje (zużycie materiału) i trzeba tworzyć nowe, wchodząc w kolejne poziomy piekła. Podważa się niepodważalne byle tylko było kolejne ognisko, na którym kolejna miernota może zrobić karierę… a że kosztem jest niszczenie społeczeństwa to już koszt nieistotny. W ustrojach “nie-demokratycznych” najważniejszy jest spokój a ten możliwy jest przez akceptację, że spora część rzeczy funkcjonuje przez pokolenia bo to jest dobre. W świecie biologii dominują gatunki z jedną “głową” bo to jest dobre. Nie walczy się z węglową strukturą ciała bo to jest dobre. Dla “demokratów” to nie jest ważne, bo jak wszyscy uznają że organizmy na węglu są dobre to jak można samemu wejść? Trzeba podważyć dla samego podważania, zaproponować głupoty by móc się wypromować itd . Parawrazując Lincolna, Dom Podzielony ostać się nie może. Zobacz nawet na prawo – w krajach “demokratycznych” nowelizacji bywa więcej niż dni w roku. W silnych monarchiach te same prawa funkcjonowały przez pokolenia.

            Co do ekonomii to już pisałem w odpowiedzi pod innym Pańskim postem, ale jak zwykle Pan to ignoruje. Podejrzewam, że dlatego bo nie potrafi przyjąć do wiadomości że fakty burzą jego wizję świata. Bo nie-wolnorynkowe mechanizmy są konieczne do walki z silniejszymi. USA przez pokolenia tkwiła w interwencjonizmie i protekcjonizmie do momentu, aż przemysł amerykański był równie silny co brytyjski. W Niemczech kaizerowskich tak samo. Dlaczego? Bo gospodarka brytyjska dusiła inne w wieku XIX-XX, bo produkowała więcej i taniej. Gdyby wszyscy byliby wolnorynkowi na full to do tej pory Wielka Brytania by była warsztatem świata. Sama Brytania też chroniła swój rynek w czasach przedindustrialnych, bo manufaktury francuskie czy indyjskie były bardziej wydajne. Taki jest świat, że uwalnia się rynek gdy jest się silny a nie gdy jest się słabym.

            1. Tak, tyle tylko, że takie posowieckie dziadolandy nie chcą uwolnić rynku, bo są słabe. A dlaczego są słabe? Bo nie chcą wprowadzić, albo nie wprowadzili w przeszłości mechanizmów rynkowych. Ociągali się. Efekt jest taki, że konserwują w ten sposób rozwiązania socjalistyczne. Może rozważają jakieś posunięcia w stylu Balcerowicza, Korwina, czy Gwiazdowskiego, ale szybko po tym przytomnieją, gdy uświadomią sobie, że są zbyt biedni i nie mają “swoich” kapitalistów. Po skalkulowaniu, że wykształcenie się klasy kapitalistów metodą “od pucybuta” zajęłoby w takich warunkach ze dwa pokolenia, idą po stare, znane sobie rozwiązania – godzą się na to, żeby nowe przedsiębiorstwa były tworzone przez państwo. Pojawiają się rozmaite dotacje, inkubatory przedsiębiorczości, partnerstwa publiczno-prywatne (interwencjonizm). Pojawiają się też cła zaporowe i utrudnienia w prowadzeniu działalności gospodarczej dla firm z innych krajów (protekcjonizm). Niekiedy, sytuacja zaczyna przypominać autarkię – efekt oblężonej twierdzy. Biedna, spauperyzowana ludność, zostaje objęta systemem opieki i aktywizacji społecznej (socjalizm). To wszystko przy rozbudowanej strukturze administracyjnej (etatyzm), wysokich podatkach oraz niskim indeksie wolności gospodarczej. Niektórzy oczywiście idą na całość i wybierają model rynkowy, ale zamiast podtrzymywać własność państwową przez kolejne pokolenia, wolą uwłaszczyć się na państwowym, czyli rozkraść stare, komunistyczne molochy – próbując się ustawić w roli ich właścicieli. Nie jest to, co prawda, metoda od pucybuta, ale zawsze jakieś tam szanse daje.

          2. I tego też nie można zaliczyć sztywno czy to do prawicy czy do lewicy. Taki gen. Franco po wojnie domowej zaprowadził w Hiszpanii gospodarkę typu faszystowskiego, z całkowitą kontrolą państwa, i nie przeszkadzało mu to kilkanaście lat później uznać, że lepsza by była gospodarka wolnorynkowa i taką zaprowadzić. Po prostu pragmatyzm nie daje się zaszufladkować w sztywne ramy. Za to państwa, gdzie rządzono dogmatycznie, nie wykraczając poza ramy ideologicznych teorii, szybko upadały

            1. Otóż nie jest to kwestia pragmatyzmu, tylko przenoszenia na grunt ekonomii stylu myślenia charakterystycznego dla wojskowości. W dyktaturach jakoś tak jest, że w polityce siedzą ludzie, którzy mają “skoszarowany” sposób myślenia. Już kilkanaście lat temu Korwin-Mikke zauważył, że ten typ myślenia nie nadaje się do stosowania w ekonomii. Jest on charakterystyczny dla realnego socjalizmu i prowadzi do “skoszarowania” gospodarki. Właśnie – w warunkach wolnego rynku mówi się o ekonomii, w systemach socjalistycznych i neofeudalnych – o gospodarce.

              1. Janusz Korwin Mikke, “Dzieła wybrane, księga I tom I”… I to jest właśnie problem pewnych środowisk, w których niegdyś modne były długie włosy upięte w kucyk. Dogmatyzm gorszy niż w PZPR. To co napisał pan Friedman, Hayek czy inny Korwin-Mikke to nienaruszalna świętość, zero własnego myślenia. A tymczasem nic się nie dzieje w próżni, i nie wszystko wszędzie działa. Maybach to bardzo dobra limuzyna, ale po błotnistej ścieżce na Podlasiu za daleko nie zajedzie, za to rozlatujący się UAZ nie będzie miał problemów. W warunkach konkurencji silnego ze słabym, zawsze wygra silny. Otwarcie się biednego kraju na wolny rynek oznacza natychmiastowe wykupienie go przez kapitalistów z krajów bogatych. I o dziwo wszystkie wolnorynkowe potęgi zanim wolność ekonomiczną sobie zaprowadziły, budowały potęgę w oparciu o interwencjonizm państwowy

              2. “Właśnie – w warunkach wolnego rynku mówi się o ekonomii, w systemach socjalistycznych i neofeudalnych – o gospodarce.”
                To, że w języku polskim jest wyraźne rozróżnienie między “gospodarką” a “ekonomią” nie oznacza, że to samo występuje u innych! W języku rosyjskim oba terminy znajdują się w słowie “Экономика”. W języku francuskim jest “Économie” i tak samo może być użyte w obu przypadkach. W językach, gdzie wyraźnie widnieje przedrostek “Nauka/Wiedza” (np. angielski czy niemiecki) to często stosuje się po prostu “ekonomia” dla uproszczenia… Przed kolejnymi tego typu wypowiedziami radziłbym przynajmniej otwarcie kilku słowników języków obcych, bo znów się Pan kompromituje…

        2. Znajomość ontologii i konsekwentne korzystanie z logiki przeczy temu, co Pan napisał. Prawica ma pewne cechy istotowe tak samo jak lewica. Na przykład niechęć do zmian w sensie rewolucyjnym jest cechą istotową prawicy. Chyba nie trzeba wyjaśniać, że jeśli mamy do czynienia z rewolucyjnym charakterem zmian, to nie mówimy w tym aspekcie o prawicy? Inną cechą prawicy jest spójność z Kościołem. Chyba przyzna Pan, że w świetle powyższego nie ma większego problemu z rozpoznaniem, że np. ustrój chiński nie jest prawicą.

          A nacjonalizm też nie jest prawicowy, dlatego nie rozumiem zestawiania go obok tradycjonalizmu. Przecież nacjonalizm to wymysł rewolucji francuskiej i ogólnie oświeceniowców.

  3. Panie Marcinie, tak z ciekawości – chodzi Panu o coś konkretnego czy tak po prostu postanowił się Pan poczepiać?

    1. Jeśli Pana zdaniem nie ma nic złego w tym, że główną tezą tekstu jest zachęta do myślenia i logiki a w tym samym tekście autor popełnia dwa tego typu błędy to widocznie mamy inne standardy. Ja od dawna wiem, że różnimy się światopoglądowo, ale chyba i Pan, skoro publikuje Pan na łamach konserwatyzm.pl nie powinien ulegać manierze lewicy, czyli powszechnej “bylejakości”. Zwykła dbałość o szczegóły to naprawdę nie jest czepianie i proszę wybaczyć jeśli poczuł się Pan urażony.

    1. Nie, ogólnie do treści nie mam uwag i popieram Pana jeśli chodzi o zachętę do myślenia w oparciu o logikę. Proszę mi uwierzyć, że w świecie ogólnej bylejakości i braku myślenia każdy taki głos jest moim zdaniem cenny.

      Pozdrawiam.

  4. Niemcy, w postaci średniowiecznego i wczesnonowożytnego Cesarstwa, byli przeważnie sojusznikiem i partnerem Polski, a praktycznie nigdy jej wrogiem. Wrogiem Polski były Prusy. A Niemcy tylko wtedy, kiedy było to Niemcy pruskie, czyli w latach 1866-1947, raptem przez 81 lat. Odkąd nie ma już Prus, Niemcy (RFN) na powrót stały się przyjaznym Polsce sąsiadem i jej najważniejszym partnerem handlowym. Tymczasem Rosja jest konsekwentnym i zajadłym wrogiem Polski nieprzerwanie od XIV wieku aż do dzisiaj. Jedyne możliwe partnerstwo z nią, to całkowite podporządkowanie, jak w latach 1863-1917 i 1944-1989. Innego nie uznaje.

    1. To, co teraz Pan napisał, jest jawnym oszustwem! Chociaż Mieszko I był niemalże cesarskim trybutem to rajdy czy ataki na jego domenę przez cesarskich wasali miały miejsce (najważniejsze tutaj – Cedynia). W 979 cesarz dokonał uderzenia na Polskę, ale z powodu zmęczenia sił na innych wasalach oraz w Czechach książę Polan się obronił. Bolesław Chrobry zaprzyjaźnił się z Ottonem III, kiedy był jeńcem w cesarstwie. Po śmierci Ottona nowy cesarz (Henryk II) miał miejsce zjazd w Merseburgu, gdzie po zakończeniu niemieccy rycerze dokonali ataku na Bolesława i dzięki pewnemu zbiegowi zdarzeń oraz przyjaciół wśród kilku niemieckich lordów (m.in. ks. Saksonii) udało się ocalić mu życie. Z tego zamachu miała miejsce wojna polsko-niemiecka (1002-1005), potem olejne wojny kontynuacyjne (1007-1013 oraz 1015-1018). Parę lat po śmierci Bolesława miała miejsce koalicja antypolska, w skład której weszło też cesarstwo (1031). W zagrożeniu spowodowanym przez nadmierny wzrost potęgi Czech cesarz w końcu wsparł Polskę (co ciekawe – wsparcia też udzielił ks. ruski, który też brał udział w koalicji). Kazimierz Odnowiciel był zagrożony inwazją niemiecką, ale dzięki dyplomacji udało mu się jej uniknąć (zamiast skakać do gardła ten dokonał kilku zjazdów). Bolesław II był w otwartym konflikcie z cesarzem, ale dzięki temu że ten drugi miał swoje osobne problemy to uniknięto wojny. Jednakże środowiska zw. z cesarzem brały udział w spisku przeciwko Bolesławowi, co doprowadziło w końcu do skazania biskupa oraz wielkiego kryzysu. Zainstalowany został pro-cesarski Władysław Herman a że ten robił co cesarz nakazywał to było wtedy “dobrze”. Potem Bolesław Krzywousty, który już na początku musiał odeprzeć interwencję cesarską (1109) oraz dyplomatycznie potem uniknąć kilku konfliktów. Podczas rozdrobnienia to częste i liczne były interwencje i rajdy tak cesarza jak i feudałów niemieckich. Najważniejsze to chyba było zabójstwo Przemysła II zlecone przez Brandenburczyków (też Niemcy). Dodatkowo – w średniowiecznym kronikach i listach niemieckich władcy polscy generalnie przedstawiani są jako pół-dzicy. Traktowanie ich na równi z niemieckimi feudałami jest postrzegane jako gorszące, że ci dzikusi nie powinni zasiadać do tego samego stołu. W czasie późniejszym to jest dziwny pogląd, że jak na granicy polski z cesarstwem nie było zmian to było wszystko OK. No nie – Habsburgom zależało by ród panujący w Polsce miał problemy z dziedzicami (podsyłanie córek z problemami zdrowotnymi i płodnością). W czasie reformacji na terenie Niemiec jawiły się różne hasła o likwidacji Polaków jako jednostki biologicznej.

      A co na wschodzie w erze nowożytnej? Na wschodzie to Rosja parokrotnie próbowała wystawić rękę ku Krakowowi-Warszawie, ale ta zawsze ją odtrącała. Polska dyplomacja ówczesna potrafiła rozmawiać tylko z pozycji siły, w efekcie czego była osamotniona i atakowana prawie ze wszystkich stron. Chociażby Godunow chciał współpracować z Polską by ograniczyć kryzys w Rosji, ale Polska dalej zamykała eksport do Rosji (Godunow musiał je sprowadzać przez zamarznięte porty północne, co czasami docierało a czasami nie). Jest też współpraca polsko-rosyjska za czasów Piotra Wielkiego, która została zaprzepaszczona przez nieudolność i sprzedajność polskich elit (porażka w Wielkiej Wojnie Północnej, szeroka kolaboracja ze Szwedami wówczas). Nawet pod zaborami była koncepcja w Rosji by wykorzystać Polaków do zreformowania Rosji (dlatego m.in. Mikołaj I był zły na polskich powstańców, bo ich ruchawka spowodowała wzmocnienie stronnictwa twardogłowych).

      Konflikt na linii Polacy-Niemcy funkcjonował niemalże od zawsze. Mówienie o wiecznej przyjaźni polsko-niemieckiej do czasów pruskich jest kłamstwem. Zaś teza o wiecznym konflikcie polsko-rosyjskim jest propagandą.

      1. Habsburgom zależało by ród panujący w Polsce miał problemy z dziedzicami (podsyłanie córek z problemami zdrowotnymi i płodnością).

        Np Kazimierz Jagiellończyk w małżeństwie z habsburżanką nie miał żadnych dzieci. Zygmunt III Waza również. 🙂

        Problemy zaś Zygmunta Augusta, czy Wiśniowieckiego leżały raczej po ich stronie.

        „Konflikt na linii Polacy-Niemcy funkcjonował niemalże od zawsze.”

        Amen. 🙂

        Problemy Polski z Cesarstwem za pierwszych Piastów nie miały natężenia egzystencjalnego i były sporami w rodzinie. Cesarstwo nie dążyło do likwidacji Polski, tak jak później Prusy

        „Mówienie o wiecznej przyjaźni polsko-niemieckiej do czasów pruskich jest kłamstwem.”

        bo też w polityce nie ma przyjaźni, a tylko interesy. Interesy Polski i Cesarstwa (w średniowieczu i do końca XVIII wieku) były w dużej mierze zbieżne (np ci sami wrogowie – Szwecja i Turcja, a nawet i Prusy), natomiast interesy Polski i Rosji – sprzeczne. Od XIV wieku i zawarcia sojuszu z Litwą, Moskwa stała się absolutnie nieprzejednanym wrogiem Polski – choć w Krakowie nie od razu zdano sobie z tego sprawę.

        1. W końcu raczył Pan odpowiedzieć, ale jak zwykle wykazuje Pan błędne myślenie a dodatkowo nawet nieumiejętność czytania ze zrozumieniem.

          Napisałem “córek z problemami zdrowotnymi i płodnością” a Pan wyskakuje z tym, że były Habsburżanki które miały sporo dzieci. Ale czy te słowa wskazują na bezpłodność? Nie. Zatem proszę o szanowanie praw logiki i zdrowego rozsądku i czytanie tego co jest. Dwa – w tamtych czasach nie było testów na płodność, zatem (jak chciało się komuś uprzykrzyć życie) wysyłano cherlawe i chorowite, bo wierzono że takie będą mieć problemy. I tak np. Elżbieta Habsburg chodziła bardzo krzywo, nie potrafiła utrzymać głowy prosto, poważne wady w budowie czaszki. W młodości przeszła gruźlicę kości. Jeżeliby Habsburgom zależało na powodzeniu się u Jagiellonów z dziećmi to by wydali kogoś bardziej zdrowego. Anna była słabego zdrowia (przez którąś z chorób nie potrafiła już chodzić prosto, garbiła się), dlatego miała zostać wysłana do ciepłej Francji (zaręczenie z Henrykiem Lotaryńskim). Wysłanie do chłodnej Polski osoby która często chorowała musiało być liczone z tym, że szybko umrze na pneumonię, suchoty czy inne choroby które lubią zimno. Konstancja cierpiała na otyłość oraz wytrzeszcz oczu, prawdopodobnie jakaś choroba tarczycy. Cecylia Renata – wysunięta warga, wydłużona twarz i zapadnięte oczy. I tak dalej i tak dalej. Każdej można zarzucić widoczne wady ciała związane z takimi czy innymi chorobami.

          “Problemy Polski z Cesarstwem za pierwszych Piastów nie miały natężenia egzystencjalnego i były sporami w rodzinie. Cesarstwo nie dążyło do likwidacji Polski, tak jak później Prusy”

          Zatem i Potop Szwedzki można potraktować jako “nieegzsytencjalny spór w rodzinie”… Jedyne, co uratowało średniowieczną Polskę to problematyczność feudałów cesarskich (chociażby buntowniczość miast włoskich, samowolka w Saksonii i na Bawarii) oraz ich spiski (w jeden wmieszany był nawet Mieszko I, ale cudem udało mu się uratować). A za egzystencjalny to można potraktować, bo ekspedycja karna cesarza na Czechy była tak ostra, że te utraciły swoje strefy wpływów na Śląsku, Małopolsce i Wołyniu, pozwalając rozrosnąć się Mieszkowi w tamtym kierunku. Zaś koalicja antypolska (w skład której były też i cesarstwo) była tak ostra, że kraj stał się zapadniętą, prymitywną dziurą. Ówczesne wojny były bardzo krwawe, szeroko stosowane w Europie była instytucja niewolnictwa. Wejście Niemców na współczesną Brandenburgię przyniosło ze sobą zniewolenie oraz krwawe pacyfikacje. Dlatego też później te tereny były kolonizowane przez Niemców z centralnych i zachodnich włości.

          “Interesy Polski i Cesarstwa (w średniowieczu i do końca XVIII wieku) były w dużej mierze zbieżne (np ci sami wrogowie – Szwecja i Turcja, a nawet i Prusy), natomiast interesy Polski i Rosji – sprzeczne. Od XIV wieku i zawarcia sojuszu z Litwą, Moskwa stała się absolutnie nieprzejednanym wrogiem Polski – choć w Krakowie nie od razu zdano sobie z tego sprawę.”
          Interesy Polski i cesarstwa nie były zbieżne. W średniowieczu interesem Polski było zajęcie ziem na zachód od Odry (generalnie ziemie Marchii Wschodniej i Północnej) oraz Czech. Czechy były już związane z cesarstwem a ziemie Marchii Wschodniej i Północnej były traktowane przez cesarzy jako te, które winny być im podległe w dłuższej perspektywie. Do tego jeszcze kolejnym interesem było zwasalizowanie Polski, dlatego też wspierano czynnie stronnictwa anty-monarsze (jak to było np. za Bolesława Chrobrego, Bolesława Szczodrego czy Bolesława Krzywoustego) podczas gdy interesem Polski było utrzymanie niezależności. A jeszcze były sprzeczności interesów między Polską a feudałami niemieckimi – dlatego m.in. zamordowano Przemysła, by nie utworzyć silnej przeciwwagi dla Brandenburczyków na północnej części. Pod koniec średniowiecza cesarstwo faktycznie utraciło jedność, stając się faktycznie luźną federacją. Popadli szybko w duszenie się i zabawy w sosie własnym, w międzyczasie były spory religijne, Husyci, doszła jeszcze reformacja, wojny chłopskie, interwencje zewnętrzne (Dania, Szwecja, Francja itd.) i wszelkiej maści pan-cesarskie afery. Ba! Sama Polska wchodziła w Czechy i na Śląsk, ale klęska pod Warną oraz wejście na nowo w relacje z Litwą to zatrzymało. Z tego wszystkiego nie można mówić, o interesie cesarstwa jako takiego bo takie nie istniało. Interesy Brandenburczyków i Saksonów, Palatynatu i Bawarii itd. były często sprzeczne. Wiele niepodległych państw w cesarstwie jawnie kolaborowało ze Szwecją czy Francją, w nosie mając interes Habsburgów. Dla wielu Niemców inwazje tureckie na Habsburgów były świetną nowiną. Tymczasem Polska nie miała realnego konfliktu ze Szwecją. Ten się narodził w wyniku elekcji Zygmunta Wazy i jego trwałych dążeń do przejęcia Szwecji. Konflikty z Turcją też były okrojone – życiowym była krucjata 1444, w której możliwe było przetrącenie łba muzułmanom w tej części świata, ale że prawie wszyscy dali ciała, to stało się co się stało. A co było potem? W większości wojny zastępcze (bo kozacy czy tatarzy coś odwalili). Dopiero wojna 1672–1676 była wojną realną i bezpośrednią, a ostatnia to 1683–1699. Czyli przez większość tego czasu Turcy w nosie mieli Polaków a Polacy Turków. Wspólnego wroga z cesarstwem nie było.

          Dlatego w okresie nowożytnym nie było konfliktów z krajami Rzeszy, bo te zajmowały się sobą, a nie przez jakąś “wspólnotę interesów/wrogów”

          “Natomiast interesy Polski i Rosji – sprzeczne. Od XIV wieku i zawarcia sojuszu z Litwą, Moskwa stała się absolutnie nieprzejednanym wrogiem Polski – choć w Krakowie nie od razu zdano sobie z tego sprawę.”
          Chyba Pan myli interes Polski z interesem Litwy. Po rozwiązaniu “problemu krzyżackiego” doszło do poluźnienia relacji na linii Kraków-Wilno. Kraków zajął się politykowaniem w Czechach i na Węgrzech, zostawiając wschód do czasu śmierci Warneńczyka. Przez ten czas Litwa prowadziła samodzielną politykę, bardzo słabo. Straciła pograniczne księstwa ruskie, utraciła dostęp do Morza Czarnego, utraciła część południowych ziem współczesnej Ukrainy. Nieudolność wojsk i dowództwa litewskiego zachęciło Litwinów do ponownej kolaboracji z Polakami. Ale Polacy sami niezbyt byli chętni kolaborować z Litwinami – dlatego by rozwiązać bezkrólewie szukano kandydatów wśród Piastów mazowieckich, śląskich, Gryfina i innych. To wskazuje, że interes Polski w przed elekcją Jagiellończyka skierowany był na inne tory. Większe zainteresowanie miały Czechy i Śląsk. Jednak kolejne unie z Litwą nie przyniosły Koronie niczego dobrego. Główne problemy sprawiała Litwa, nieudolność lokalnych władz litewskich, rozpychanie się litewskiej szlachty itd. Do tego jeszcze dodać, że główne obciążenie ekonomiczne i wojskowe poszło na ziemie Koronne, to można szubko wywnioskować, że do interesu więcej wkładali Koroniacy by ewentualne zyski mogli zaczerpnąć wyłącznie Litwini.

          To Litwa mieli problemy z Moskwą i te problemy przekazała Polakom, bo sama ich rozwiązać nie mogła. Jednak mówienie o “absolutnie nieprzejednanej wrogości” to jest fałsz, nawet po Unii Lubelskiej. Moskwa/Rosja wielokrotnie chciała normalizacji stosunków z Rzeczpospolitą, jeszcze za Iwana Groźnego. Rzeczpospolita odrzucała ofertę, kierując się interesem wielkich rodów litewskich lub doraźną polityką. Największym błędem była polska interwencja w Wielkiej Smucie, bo wtedy Godunow wielokrotnie prosił o możliwość kupna zbożna z Rzeczpospolitej, by móc zwalczyć głód a przez to uspokoić nastroje. Rzeczpospolita uparcie jednak zakazywała handlu. Za dostawy żywności i ewentualne spacyfikowanie jakiś powstań chłopskich czy tatarskich Rzeczpospolita mogła uzyskać przyjaciela na wschodzie. Jednak interesy wielkich magnatów oraz ukrycie nieudolności władzy centralnej (tło do “Kolęd Moskiewskich”) były ważniejsze. Później zamiast dać Jana Kazimierza na cara, to to odwlekano “bo zajęcie Smoleńska ważniejsze”, “bo to Zygmunt musi być carem”, “bo Jan nie może być prawosławnym” itd. itd. W Rzeczpospolitej był też problem kozacki, którego władza centralna rozwiązać nie chciała. Kozacy zaś byli za słabi na samodzielne wybicie się na niepodległość, dlatego potem poprosili Rosję o pomoc. Cóż, parę setek lat wcześniej stany pruskie poprosiły o pomoc Polskę bo Krzyżacy ich męczą, husyci Polaków bo Niemcy ich biją itd. zatem wciąganie innych do problemów wewnętrznych to norma była. Była potem wielka okazja – car Rosji i król Polski byli przyjaciółmi (Piotr Wielki i August Mocny). Prawdopodobnie gdyby nie nieudolność Polaków i Litwinów w walce ze Szwedami a później ich łatwe zaprzedanie się okupantowi podczas Wielkiej Wojny Północnej to by Rzeczpospolitą traktowano jako normalne równorzędne państwo. I jak Sobieski zrobił na świat reklamę Polaków jako lojalnych, wiernych i walecznych tak Konfederacja Warszawska, Stanisław Leszczyński i jego środowisko przyniosło reklamę Polaków-sprzedawczyków i kolaborantów z okupantami. Ale i potem relacje na linii Warszawa-Petersbug były dobre, choć po wojnie o sukcesję polską już bardziej były na zasadzie protektoratu. Pod egidą Rosji próbowano reformować kraj, jednak stronnictwa antyreformatorskie oraz opozycyjne wolały siać zamęt. To dało na całą Europę złą reputację o Polsce, jako kraju niezdolnego do istnienia w nowoczesnym świecie a kolejne zamęty były dla nich tylko dowodem. Starczy powiedzieć, że francuscy filozofowie oświecenia uważali Polaków za bardziej dzikich niż Turków. Z rozbiorów zaś najwięcej traciła Rosja, bo jej strefa wpływów (sięgająca aż pod Odrę) została zredukowana do Wisły.

          Podsumowując to co powyżej. A) po rozwiązaniu problemu krzyżackiego Kraków i Wilno żyli osobno. Kraków szedł w stronę Czech, Śląska i Węgier czyli linia niezwiązana z Moskwą B) nieudolność Litwinów oraz porażka krucjaty antytureckiej związały na nowo te dwa kraje, przynosząc Koronie problemy na wschodzie C) nieudolność władz wielkoksiążęcych oraz ambicje lokalnych oligarchów przynosiły duże obciążenie wojskowe i ekonomiczne dla Korony, chociaż Korona z tego żadnych interesów nie miała D) brak dyplomacji i wywiadu przez Warszawę uniemożliwiły normalizację stosunków przed Piotrem I E) nieudolność władz polsko-litewskich w sprawie kozackiej przyniosły kolejny konflikt z Rosją F) normalizacja i dobre stosunku za Augusta Mocnego zostały zaprzepaszczone przez nieudolność, kolaborację i sprzedajność podczas Wielkiej Wojny Północnej G) będąc protektoratem była szansa na reformę państwa i ożywienie gospodarki, jednak awanturnictwo, warcholstwo itd. przyniosły tak złą sławę, że prawie cały świat się cieszył z upadku Rzeczpospolitej H) wspólne interesy Rzeczpospolitej i Rosji były, jednak zostały one zaprzepaszczone po stronie polskiej

  5. Badania kopalnego dna i fakty historyczne wskazują, że kolebka pruskiego ekspansjonizmu w Brandemburgii była genetycznie głównie słowiańska. Słowianie połabscy zostali zgermanizowani i współtworzą naród Niemiecki. To samo dotyczyło Śląska.

    1. @Ed – przecież etniczne pochodzenie nie ma nic wspólnego z tym, czy ktoś jest taki czy inni… Prusacy w dużej części byli osadnikami z Mazowsza, ale przyjęli kulturę i myślenie w sposób niemiecki.

      1. Chodziło mi o wskazanie, że Niemcy jako naród biologiczny nie istnieją a często u nich takie poglądy były popularne. Nawet raz ich przywódcy wywiedli z tego fałszywego założenia pogląd, iż są ponad wszystkim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *