Ziętek-Wielomska: Niemcy dla Europy czy Europa dla Niemiec? (2)

Tak jak pisałam w pierwszej części artykułu, nikt chyba nie może już zaprzeczyć, że Niemcy są najsilniejszym państwem Unii Europejskiej i jej nieformalnym liderem. Inną sprawą natomiast jest ocena tego stanu rzeczy. Podczas gdy jedni widzą w tym widmo niemieckiej hegemonii, inni liczą na to, że Europa, pod niemieckim przywództwem, będzie mogła wyemancypować się spod wpływów USA.

Dominacja Niemców w Unii Europejskiej przejawia się przede wszystkim w dwóch aspektach. Po pierwsze, chodzi o ich gospodarkę, która jest najsilniejszą europejską gospodarką. Po drugie, chodzi o agendę progresywistyczną, której nasi zachodni sąsiedzi są prominentnym wyrazicielem. Te dwa czynniki wyznaczają też oś podziałów i najważniejszych stanowisk reprezentowanych na europejskiej scenie politycznej odnośnie tego kraju. W pierwszej części artykułu przedstawiłam progresistów, którzy życzą sobie niemieckiej dominacji gospodarczej, gdyż dzięki temu kraj ten będzie mógł być sprawnym narzędziem realizacji agendy progresywistycznej. W tej części przyjrzymy się części intelektualistów prawicowych, tradycjonalistycznych i konserwatywnych, którzy z takich czy innych powodów odczuwają głęboką niechęć do USA i marzą o tym, by Niemcy wypędzili Amerykanów z Europy i umożliwili naszemu kontynentowi ostateczną emancypację spod władzy tego państwa.

Na początku analizy chciałabym zwrócić uwagę na podstawowy problem związany z tą grupą stanowisk. Wyemancypowanie się, jak również całej Europy, spod wpływów USA jest oczywistym celem państwa niemieckiego, i to już od czasu zakończenia wojny. Jest to kwestia nie podlegająca żadnej dyskusji. Powojenny establishment naszego zachodniego sąsiada wyciągnął jednak wnioski z dwóch przegranych wojen, którym towarzyszyła otwarcie szowinistyczna i agresywna retoryka i zrozumiał, że w ten sposób nic nie zdziała. Niemcy przyjęły strategię dojścia do celu małymi krokami, unikania jakichkolwiek bezpośrednich konfrontacji i ze swoimi tymczasowymi sojusznikami, jak i przeciwnikami, budowania silnej gospodarki i tworzenia pozytywnego wizerunku w świecie jako państwa, które zbudowało wzorcową demokrację i społeczną gospodarkę rynkową.

A przede wszystkim stworzyły strategię lawirowania na wszystkie strony. W okresie zimnej wojny potrzebowały Stanów Zjednoczonych do tego, żeby wzmocnić swoją pozycję w stosunku do ZSRR, co nie przeszkodziło im jednak, żeby od czasu Willego Brandta pielęgnować coraz bardziej zażyłe stosunki gospodarcze ze Związkiem Radzieckim. Podobnie utrzymywały dobre relacje zarówno z Izraelem, jak i z państwami arabskimi oraz Iranem. Przykłady można by mnożyć.

Wspominam o tym z następującego powodu. Niemiecki powojenny establishment bardzo starannie dbał o utrzymywanie różnych zewnętrznych pozorów, na które większość obserwatorów do dzisiaj daje się nabrać. Był także przedmiotem krytyki ze strony części konserwatystów czy nacjonalistów, którym poświęcona jest ta część artykułu. Grupa ta nie dostrzegała i nie dostrzega, że chodzi o pewną zewnętrzną retorykę i autoprezentację, za którą kryje się konsekwentnie realizowana Realpolitik. Od niemieckiego establishmentu grupa ta różni się więc tym, że ten ostatni po dwóch przegranych wojnach wyciągnął określone wnioski, których nie wyciągnęli niemieccy nacjonaliści i ci konserwatyści, którzy przede wszystkim odwołują się do ideologii pruskiego nacjonalizmu. Dla uproszczenia będziemy ich nazywać niemiecko-pruskimi nacjonalistami i konserwatystami.

Żeby zrozumieć stanowisko tej grupy, musimy spojrzeć na to, co faktycznie dokonało się w Niemczech po 1945 r. Wbrew temu, co twierdzą niemiecko-pruscy nacjonaliści i konserwatyści, ich ojczyzna nie znalazła się pod pełną ideologiczną okupacją ze strony zewnętrznego agresora, który narzucił swój światopogląd całemu niemieckiemu narodowi. Tak sprawy wyglądały z punktu widzenia tradycji pruskiego nacjonalizmu, który jednakże, wbrew jej propagandzie, nigdy nie był jedyną tradycją ideową w Niemczech!

Do czasu podbicia Niemiec przez Prusy, które ostatecznie dokonało się w 1870/71 r., wcale nie było oczywistym, w jakim kierunku rozwinie się przestrzeń niemieckojęzyczna. Na polu walki stały oczywiście państwa katolickie, które sprzeciwiały się dominacji pruskich protestantów. I słusznie, co pokazał prowadzony przez Bismarcka Kulturkampf, który wbrew temu, co wie na ten temat przeciętny Polak, nie był skierowany przeciwko nam, lecz wszystkim katolikom mieszkającym w państwie rządzonym przez Kaisera. Kulturkampf w dużej mierze zakończył się fiaskiem, ale dyskryminacja katolików w II Rzeszy była faktem oczywistym i bezdyskusyjnym. Drugą grupą, która była zwalczana przez pruską władzę, byli socjaliści. Stanowili oni potężną siłę społeczną, która mimo otwartych prześladowań, coraz lepiej się organizowała i zyskiwała na znaczeniu. Także pewna grupa liberałów była na bakier z pruską hegemonią polityczną i kulturową.

Sami Prusacy, odkąd przejęli władzę nad Niemcami, zaczęli bardzo intensywnie tworzyć nową, prusko-niemiecką ideologię nacjonalizmu, która szybko przeszła w otwarty, agresywny szowinizm. Ideologia ta była skierowana nie tylko na zewnątrz, ale także do wewnątrz.

Jej celem było polityczne zneutralizowanie wszystkich wewnętrznych przeciwników, w tym przede wszystkim katolików i socjalistów. Podstawowe założenia tej ideologii były proste: to właśnie Prusom Niemcy zawdzięczają swoją wielkość, które nie tylko zjednoczyły ten kraj, ale także wyzwoliły jego mieszkańców spod „papieskiej okupacji”, a w przyszłości wyzwolą ich także od dominacji angielskich kapitalistów, jak i wszelkich obcych wpływów politycznych, ekonomicznych i kulturowych. Celem tej ideologii było przeprowadzenie totalnej mobilizacji narodu niemieckiego, który miał żyć w poczuciu ciągłego zagrożenia, co było niezbędne do przeprowadzania przez Prusy dalszych podbojów, zgodnie przecież z ich wielowiekową tradycją.

Po pierwszej przegranej wojnie światowej ideologia ta stała się na kilkanaście lat jedną z wielu, które walczyły o dusze Niemców. Republika Weimarska była polem ścierania się licznych formacji światopoglądowych, które wcześniej również istniały, ale były politycznie tłamszone przez Kaisera.

Po 1933 r. prusko-niemiecki nacjonalizm zdobył władzę absolutną w postaci ideologii narodowego socjalizmu.

Oczywiście, wielu przedstawicieli prusko-niemieckiego konserwatyzmu zaprzecza tezie o ideowym powinowactwie Prus i III Rzeszy, ale ich twierdzenie nie znajduje potwierdzenia w faktach. Narodowi socjaliści bezpośrednio odwoływali się do tej tradycji i nie były to tylko puste słowa. Także wielu niemieckich protestantów oficjalnie poparło reżim Hitlera, czego najbardziej doniosłym wyrazem było stworzenie nacjonalistycznego kościoła protestanckiego „Niemieccy Chrześcijanie” (Deutsche Christen). Dla katolików przejęcie władzy przez narodowych socjalistów oznaczało konieczność dokonania wyboru między zasadami wiary katolickiej, a wiernością państwu niemieckiemu, które jawnie i otwarcie gwałciło 10 przykazań. W państwie Hitlera nie było też oczywiście miejsca dla socjalistów.

Rok 1945, wbrew propagandzie bohaterów tego tekstu, nie był klęską niemieckiego narodu, lecz klęską zwolenników prusko-nacjonalistycznej pychy, która złamała wszelkie możliwe reguły wykształcone przez chrześcijańską Europę.

Tak to właśnie postrzegało wielu polityków, naukowców i intelektualistów, którzy w 1945 r. doszli w Niemczech do władzy, a którzy wcześniej byli prześladowani i tłamszeni we własnym państwie. I bynajmniej nie uważali się oni za przedmiot ideologicznej indoktrynacji ze strony Zachodu, bo, w przeciwieństwie do zwolenników tezy o pruskim separatyzmie cywilizacyjnym, czuli się w Europie jak u siebie w domu. Widać to wyraźnie w wielu ówczesnych publikacjach wychodzących spod pióra katolickich intelektualistów, którzy dokonywali samodzielnego obrachunku z nazistowską przeszłością własnego państwa. Ten „katolicki renesans” nie trwał jednak długo i w samej CDU/CSU z biegiem czasu coraz większy wpływ uzyskiwali protestanci. Skutki tego procesu są dzisiaj widoczne gołym okiem – światopoglądowo CDU praktycznie niczym się nie różni od SPD czy też nawet Lewicy (Die Linke).

Rok 1945 r. był także czasem, kiedy do władzy, czy też po prostu równoprawnego uczestnictwa w życiu politycznym, powrócili socjaldemokraci. I to oni w coraz większym stopniu forsowali własną koncepcję demokratycznego socjalizmu, która od 1969 r. stała się na wiele lat oficjalną ideologią RFN. Koncepcja ta nie miała nic wspólnego z amerykańską, liberalną koncepcją demokracji, lecz była oryginalnym produktem niemieckich socjalistów, do których przed wojną należeli tak prominentni przedstawiciele jak Hans Kelsen czy Gustav Radbruch. Oni i wielu innych wybitnych socjaldemokratów stworzyło własną koncepcję demokracji i państwa prawa, które w żadnym stopniu nie stanowiły „amerykańskiego importu”.

Rok 1945 r. stanowił więc klęskę określonej formacji ideowej w Niemczech, która od tamtego czasu rzeczywiście znajduje się w całkowitej defensywie. Jak wspomniałam na początku, niemieckie elity od zakończenia wojny dążą do tego samego celu, który postawili sobie pruscy nacjonaliści i konserwatyści, ale realizują ten cel innymi metodami, niż ci ostatni by sobie życzyli. I to właśnie ta grupa stworzyła narrację Niemiec jako ofiar amerykańskiej okupacji, nie uwzględniając przy tym wielu faktów zaprzeczających ich tezie. Po pierwsze, pomijają oni fakt, że Niemcy Zachodnie były realnie zagrożone przez Związek Radziecki i że Europa nie była w stanie sama się obronić przed tym wschodnim imperium.

Po drugie, ze względu na ten pierwszy fakt, rozliczenie z nazizmem było fikcją, bo Amerykanie potrzebowali sojusznika do walki z komunizmem – w Polsce osądzono znaczenie więcej zbrodniarzy niemieckich niż to zrobiła cała Europa Zachodnia razem wzięta. Po trzecie, twierdzą, że demokratyzacja i liberalizacja Niemiec była tylko i wyłącznie zachodnim importem, nie zważając na to, co już zostało powiedziane, że niemieccy katolicy, liberałowie i socjaliści posiadali swoje własne koncepcje demokracji i państwa prawa, które po wojnie, dzięki „amerykańskim czołgom” mogły zostać wprowadzone w życie. Po czwarte, przypisują oni Ameryce odpowiedzialność za rok 1968 r. i zwrot Europy w kierunku lewicy, ignorując przy tym oczywisty fakt, że to USA zostały ideologiczne podbite przez europejskich socjalistów – najpierw poprzez niemieckich emigrantów głównie żydowskiego pochodzenia, a potem francuskich intelektualistów, czyli tzw. „teorię francuską” (French theory).

Rok 1968 r. jest efektem ideologii zrodzonych w Europie, głównie w Niemczech i Francji. Po piąte, obarczają oni USA odpowiedzialnością za tzw. polityczną poprawność, nie zważając przy tym na to, że jej największymi orędownikami są „dzieci pokolenia 1968 r.”, które naczytały się głównie niemieckich i francuskich neomarksistów, a nie amerykańskich ideologów. I po szóste, notorycznie nie dostrzegają faktu, jak mocno rozpycha się niemiecka gospodarka na całym świecie, co z kolei jest przedmiotem starannych analiz dokonywanych przez niemiecką lewicę (tę antysystemową), której poświęcona zostanie kolejna część tego artykułu.

Omawiana tutaj grupa oczywiście zazwyczaj nie uznawała dokonanego w Poczdamie przesunięcia wschodniej granicy Niemiec oraz likwidacji Prus i dążyła do rewizji tamtych postanowień. Strategia miała być ta sama, jak w przypadku traktatu wersalskiego. Chodziło o wzbudzenie w Niemcach poczucia krzywdy i pragnienia rewanżu. Niemcy mieli poczuć się ofiarami Amerykanów, Anglików, Rosjan i Polaków. Antyamerykanizm tych środowisk był więc ściśle związany z ich rewizjonistyczną agendą.

Bohaterowie tego artykułu obecnie skupieni są głównie wokół takich organów prasowych jak Junge Freiheit, Zuerst!, wydawnictw Verlag Antaios, Grabert Verlag, Hohenrain-Verlage, Verlagsgesellschaft Berg, Arndt Verlag, Orion-Heimreiter-Verlag, czy też fundacji Erich und Erna Kronauer-Stiftung.

Jednym z najbardziej „płodnych” przedstawicieli niemieckiego rewizjonizmu jest Stefan Scheil, który w swoich pracach lansuje tezę o odpowiedzialności Polski za wybuch II WŚ. W książkach pt. „Polska 1939 – Kalkulacja wojenna, przygotowanie, wykonanie” (Polen 1939 – Kriegskalkül, Vorbereitung, Vollzug) oraz „Pięć plus dwa. Europejskie państwa narodowe, potęgi światowe i wspólne rozpętanie II WŚ” (Fünf plus Zwei. Die europäischen Nationalstaaten, die Weltmächte und die vereinte Entfesselung des Zweiten Weltkriegs) twierdzi, że Polska dążyła do ekspansji kosztem Niemiec i skutecznie udało jej się wciągnąć Brytyjczyków do wojny.

Całościowa strategia Scheila jest jasna: zrzucić odpowiedzialność za wybuch wojny na Polskę i Wielką Brytanię, podważyć w ten sposób uzasadnienie postanowień poczdamskich i doprowadzić do ich obalenia. W momencie, kiedy Niemcy poczują się ofiarami Anglosasów, przyjdzie kolej na to, by poczuli się przede wszystkim ofiarami Polaków. Autor jest ważny, gdyż jego prace ukazują się w bardzo prestiżowym wydawnictwie Duncker & Humblot, a nie w jednej z niszowych, prawicowych oficyn.

Próbki światopoglądu omawianej tutaj grupy dostarcza praca Manfreda Kleine-Hartlage pt. „Język RFN. 131 antysłowa i ich polityczne znaczenie” (Die Sprache der BRD. 131 Unwörter und ihre politische Bedeutung), która ukazała się we wspomnianym wyżej prawicowych wydawnictwie Antaios. Książka wpisuje się w tradycję krytycznych analiz przemian języka politycznego obowiązującego w RFN w kierunku lewicowej politycznej poprawności. Warto przytoczyć fragment recenzji tej pracy sporządzonej przez Tomasza Gabisia:

„Kleine-Hartlage stworzył swego rodzaju leksykon wyjaśniający prawdziwe znaczenie i funkcję słów, określeń, zwrotów i sformułowań, politycznych pojęć, frazesów, sloganów, komunałów, eufemizmów wszechobecnych w standardowym, obowiązującym „żargonie erefenowskiej demokracji” (Lingua Secundae Republicae). (…) Pragnie pokazać, że nie należy patrzeć na znaczenia słów sugerowane przez władzę, lecz dostrzegać ich rzeczywistą funkcję jaką pełnią w ramach zwalczania przez nią opozycjonistów, dysydentów i inaczej myślących. Chce też nauczyć mieszkańców RFN-u czytania między wierszami (wielu z nich już to potrafi, ale jeszcze nie tak dobrze jak obywatele NRD). Autor poddaje wiwisekcji łącznie 131 haseł m.in. wyzwolenie, anyfaszyzm, ludność, brunatny, Niemiec, diversity management, dialog z islamem, kultura pamięci, bezalternatywny, ekstremista, homofobia, islamofobia, teorie spiskowe, integracja, „w naszym społeczeństwie nie ma miejsca dla…“, otwartość, otwartość na świat, lepszy świat, zachodnia wspólnota wartości, pojednanie, wartości konstytucyjne, dialog, wrogość wobec kobiet, wrogość wobec obcych, dojrzały obywatel, demokracja, polityka pamięci, szeroka koalicja, nienawiść, fundamentalista, gender, szeroka koalicja, różnorodność, gender mainstreaming, globalne wyzwania, wspólnota międzynarodowa, ludzie, prawicowy populizm, imigracja, „musimy poważnie potraktować lęki obywateli”, odwaga cywilna, tolerancja, kolorowy, różnorodność.” (T. Gabiś, Metaideologia i język polityczny RFN, http://nowadebata.pl/2015/10/25/metaideologia-i-je…).

Niestety, w swojej obszernej i bardzo interesującej recenzji tej pracy Tomasz Gabiś ani słowem nie wspomniał o tym, że znajduje się tam także hasło „Napaść na Polskę” (Überfall auf Polen), w którym autor wyśmiewa tezę, że jego państwo jest odpowiedzialne za wybuch II WŚ i twierdzi, że w 1939 r. Polacy wymordowali tysiące Niemców i III Rzesza musiała przecież jakoś na to zareagować. Twierdzenie o odpowiedzialności państwa Hitlera za II WŚ także jest więc jego zdaniem tylko i wyłącznie polityczną manipulacją. Natomiast w haśle „Niemiec” (Deutscher) pojawia się oskarżenie skierowane m.in. przeciwko Polsce o rażącą dyskryminację mniejszości niemieckiej. Co ciekawe w haśle „multikulturowo” (Multikulturell) autor wyśmiewa idę wielokulturowości nie dostrzegając przy tym sprzeczności do swojego żądania ochrony niemieckiej mniejszości narodowej w państwach Europy Środkowo-Wschodniej: Niemcy mają prawo czuć się za granicą Niemcami, ale obcokrajowcy żyjący w Niemczech mają się poddać germanizacji.

Warto jeszcze wspomnieć o Manuelu Ochsenreiterze – niemieckim dziennikarzu i politologu, redaktorze czasopisma „Zuerst!”. Z osobą tą bowiem utrzymywał polityczne kontakty Mateusz Piskorski, który zapraszał Ochsenreitera do Polski. Po jednym z takich spotkań Piskorski opublikował tekst pt. „Realistycznie z Niemcami” (https://konserwatyzm.pl/realistycznie-z-niemcami/). W tekście tym czytamy m.in.: „Wspólny cel, który może przyświecać Polakom i Niemcom w perspektywie najbliższych lat, polega na próbie emancypacji Europy spod wpływów USA. Jeśli tak zdefiniowany cel udałoby się osiągnąć najpierw w Berlinie, niemieckie władze powinny podjąć cały szereg nacisków na proamerykańskie elity w Warszawie, by przywrócić Polsce polityczne miejsce w Europie. Tym sposobem – paradoksalnie – wyzwolenie spod obcej dominacji zaoceanicznego imperium przyjść może spod Bramy Brandenburskiej. Niemcy w tym scenariuszu mogą okazać się dla Polski taktycznym sojusznikiem, choć jednocześnie musimy zdawać sobie sprawę, że najpierw same musiałyby pozbyć się atlantyckich elit kształtujących ich politykę w warunkach okupacji od 1945 roku.”

Podobnie jak i Tomasz Gabiś, także Mateusz Piskorski w swojej analizie zdaje się nie przejmować problemem niemieckiego rewizjonizmu. A Niemcy oczywiście dążą do tego, by zupełnie wyeliminować wpływy USA w Europie, ale nie po to, by tym samym zwiększyła się suwerenność poszczególnych państw europejskich. Niemcy chcą dowodzić całym europejskim Großraumem i uzyskaną niezależnością nigdy się z nami nie podzielą.

Należy także wspomnieć o kwestiach dotyczących polityki historycznej. Ustanowienie w RFN nowego święta narodowego w postaci Dnia Wypędzonych, jak również budowa Centrum poświęconego „wypędzeniu” Niemców może budzić nasze zaniepokojenie. Matusz Piskorski otwarcie zresztą przyznał, iż język i sformułowania Manuela Ochsenreitera „dla każdego Polaka stojącego na gruncie obrony polskich interesów narodowych są trudne do przyjęcia”. Nie sposób tu wejść głębiej w tę problematykę, ale warto przypomnieć działalność Dietmara Muniera, wydawcy redagowanego przez Ochsenreitera czasopisma „Zuerst”. Munier czynnie wspierał po 1991 r. niemieckie osadnictwo w Obwodzie Kaliningradzkim, należący do niego „Arndt Verlag” wydał m.in. książkę pod tytułem „Dokumenty polskich potworności” dokumentujących rzekome akty „bezgranicznej przemocy”, której dopuszczali się Polacy na Niemcach w okresie między 1919 i 1939, jak również inne książki szkalujące Polskę. Mateusz Piskorski wydaje się natomiast wierzyć w to, że Niemcy po zupełnej emancypacji spod wpływów USA nie skorzystają z okazji, by ostatecznie rozwiązać „kwestię polską”.

Mateusz Piskorski, po części Tomasz Gabiś, promują niemieckich prawicowych „antyestablishmentowców” jako rzekomych potencjalnych sojuszników polskiej prawicy. W linię tę wpisują się także Konrad Rękas czy Ronald Lasecki. Wszystkim tym autorom przyświeca podobna wizja: stworzenie europejskiego imperium, które rzuci wyzwanie światu anglosaskiego. Oczywistym jest, że głównym trzonem tego imperium miałyby być Niemcy, które jednakże najpierw same muszą wyzwolić się spod liberalnej, kapitalistycznej, amerykańskiej dominacji. Koncepcje Tomasza Gabisia opierają się na – moim zdaniem – błędnej ocenie moralnej kondycji niemieckich antyliberałów, ale bez wątpienia są przykładem rzadkiego w polskiej, prawicowej publicystyce, oczytania i erudycji.

Konrad Rękas jest zagorzałym antykapitalistą i wierzy w niemiecki niemarksistowski socjalizm, którego sobie życzy także i w Polsce. Natomiast Ronald Lasecki jest rzadkim okazem zwolennika światopoglądu Juliusa Evoli, który prowadził wykłady dla SS. Solarni wojownicy, prawdziwe euroazjatyckie imperium i pokonanie zniewieściałych anglosaskich kapitalistów – to świat ideowy Ronalda Laseckiego. Ściśle jest on powiązany z tradycją niemieckiego nacjonalizmu, który – jak przykładowo Werner Sombart – głosił wyższość niemieckich wojowników-bohaterów nad anglosaskimi „handlarzami” (Händler und Helden: patriotische Besinnungen). Warto wspomnieć także o pracy Maxa Schelera pt. „Geniusz wojny i niemiecka wojna” (Der Genius des Krieges und der deutsche Krieg), która była prawdziwą apoteozą I WŚ.

Dla ludzi mentalnie zmilitaryzowanych, tak jak było to w przypadku II i III Rzeszy, a co wyraźnie widać w światopoglądzie R. Laseckiego, liberalna demokracja i kapitalizm rzeczywiście muszą jawić się jako prawdziwa dekadencja. Piskorskiego, Rękasa, Laseckiego, częściowo Gabisia z tą tradycją łączy przede wszystkim jedno: wiara w cywilizacyjną misję Niemców, którzy mają sprawić, że Europa wreszcie stanie się prawdziwą Europą. Mądrość mieszkańców naszego kontynentów ma się rzekomo przejawiać w zrozumieniu tego niemieckiego posłannictwa – trzeba się im tylko podporządkować i wszystkim będzie żyło się dobrze.

Na ten agresywny militaryzm, szowinizm i mesjanizm omawianej tutaj grupy wskazuje już od 150 lat niemiecka lewica. Analizy te w wielu kwestiach są zupełnie merytoryczne i bynajmniej nie są czystą ideologią. I to właśnie im zostanie poświęcona kolejna część artykułu.

Magdalena Ziętek-Wielomska
Myśl Polska, nr 37-38 (10-17.09.2017)

Click to rate this post!
[Total: 18 Average: 4.9]
Facebook

1 thoughts on “Ziętek-Wielomska: Niemcy dla Europy czy Europa dla Niemiec? (2)”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *