Zgorzelski: Wincenty Witos i Bitwa Warszawska 1920 roku

To były upalne sierpniowe dni 1920 roku. W powietrzu czuć było atmosferę strachu i przeświadczenia co do zbliżającego się wkrótce decydującego starcia. Dyplomaci zagraniczni w panice opuścili Warszawę udając się do Poznania. W stolicy pozostał tylko nuncjusz papieski arcybiskup Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI. Warszawiacy zapamiętali mu to i w 1921 r. Uniwersytet Warszawski nadał duchownemu tytuł doktora honoris causa, a w 1922 r. został odznaczony Orderem Orła Białego.

Spośród przedstawicieli najwyższej władzy na placu boju pozostał jeszcze ktoś – premier Wincenty Witos, on właśnie w krytycznym momencie wojny polsko-bolszewickiej 24 lipca 1920 r. stanął na czele Rządu Obrony Narodowej, który uzyskał poparcie wszystkich sił politycznych w kraju. W Odezwie do Braci Włościan na wszystkich ziemiach polskich w dniu 30 lipca 1920 r. pisał:

„Gdyby zaszła taka potrzeba, musimy podjąć walkę na śmierć i życie, bo lepsza nawet śmierć niż życie w kajdanach, lepsza śmierć niż podła niewola. Precz z małodusznością, precz ze zwątpieniem. Ludowi, który jest potęgą, wątpić nie wolno, ani rezygnować nie wolno! Trzeba ratować Ojczyznę, trzeba jej oddać wszystko – majątek, krew i życie, bo ta ofiara stokrotnie się opłaci, gdy uratujemy państwo od niewoli i hańby. A 5 sierpnia w odezwie rządowej zwraca się: Żołnierze! Na Was patrzy i Wam ufa cała Polska, patrzy cały świat”.

Widoczny był coraz bardziej wzrost świadomości obywatelskiej stanu włościańskiego i coraz większe poczucie tożsamości narodowej chłopów. Z pewnością zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności jaka na nim spoczywała. Czuł na pewno, że zbliża się chwila, która może zdecydować o losach nie tylko Polski, ale całej Europy. Na domiar wszystkiego bił się cały czas z myślami co zrobić z dokumentem, który od kilku dni przechowywał w szafie ogniotrwałej w prezydium Rady Ministrów. 12 sierpnia bowiem wraz z wicepremierem Ignacym Daszyńskim i ministrem spraw wewnętrznych Leopoldem Skulskim zostali zaproszeni przez Piłsudskiego na spotkanie bezpośrednio po odbytym przez niego przeglądzie wojsk, którego stanem był bardzo załamany. Sam Witos tak to spotkanie wspomina:

,,W ciągu rozmowy wyjął z kieszeni niezapieczętowany list i odczytał go głosem ogromnie niewyraźnym i zmienionym. Na czterech kartkach małego formatu mieściła się dość obszernie umotywowana jego dymisja ze stanowiska Naczelnika Państwa. W piśmie tym zaznaczał między innymi, że nie wiedząc, czy i kiedy będzie mu dane wrócić z placu boju, którego losy uważa za niepewne, mnie prosi i upoważnia do zastępowania go na jego urzędzie. Co zaś do samej rzeczy i pisma, prosi o zachowanie bezwzględnej tajemnicy tak długo, jak tego będą wymagały stosunki, i ja sam uznam za potrzebne”.

Dodać trzeba, że albo Witos niedokładnie zapamiętał lub przeoczył ten fakt, ale dymisja dotyczyła także funkcji Naczelnego Wodza, którą Piłsudski sprawował równocześnie z godnością Naczelnika Państwa. Jak wspomina Witos marszałek był bardzo poważny, a nawet przybity i niepewny. Tego samego też dnia opuścił on Warszawę udając się jak twierdzą źródła do Puław. Po latach dowiadujemy się dopiero z książki żony Piłsudskiego, że w istocie udał się do majątku Wieniawy-Długoszowskiego do Bobowa koło Tarnowa na spotkanie z rodziną. ,,Wszyscy byli zdziwieni, a ja pierwszy, widząc, że wódz naczelny porzuca kierownictwo całości bitwy” – pisał gen. Maxime Weygand, szef francuskiej misji wojskowej, który wtedy przebywał w Polsce. W związku z zaistniałą sytuacją Wincenty Witos wypełniał funkcję premiera, naczelnika państwa oraz naczelnego wodza, ale dowództwo operacyjne powierzył gen. Tadeuszowi Rozwadowskiemu.

Aby nie pogarszać i tak trudnej sytuacji Witos postanowił nie ujawniać złożonej na jego ręce dymisji, ani też jej nie przyjmować. Decydujące dla losów całej operacji warszawskiej wydarzenia rozegrały się w dniach 13-15 sierpnia. Dzięki geniuszowi strategicznemu gen. Rozwadowskiego u bram Warszawy nastąpił odwrót działań wojennych i rozpoczął się pościg za wojskami nieprzyjaciela. Nie do przecenienia w tym najtrudniejszym dla losów młodej polskiej państwowości pozostanie rola Wincentego Witosa, który wykazał się kwalifikacjami na przywódcę i męża stanu w sytuacji najwyższego zagrożenia państwa.

Generał Weygand 21 sierpnia 1920 r., żegnając się z Warszawą, pisze tak: „To zwycięstwo, które jest powodem wielkiego święta w Warszawie, jest zwycięstwem polskim. Operacje wojskowe zostały wykonane przez generałów polskich podług polskiego planu operacyjnego. To bohaterski naród polski sam siebie uratował”. W tych dniach na czele narodu stał prezydent rządu obrony narodowej Wincenty Witos z pełnią całej władzy wynikającą z pisma dymisyjnego Józefa Piłsudskiego. Szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego był natomiast gen. Tadeusz Rozwadowski, dowódcą frontu północnego – gen. Józef Haller, a gen. Sikorski – nad Wisłą i Wkrą. W bitwie warszawskiej 14 polskich dywizji rozbiło armię sowiecką złożoną z 30 dywizji. W wymiarze militarnym autorem wiktorii warszawskiej pozostanie gen. Rozwadowski. Zwycięstwo to stawia go z pewnością w rzędzie z najwybitniejszymi polskimi dowódcami na przestrzeni naszych dziejów.

Co wtedy działo się z Piłsudskim?

Co robił w najtrudniejszych chwilach dla Polski? Hipotez na ten temat jest wiele i nie moją rolą jest odnosić się do nich w tym momencie. Pewne jest, że po zwycięskiej bitwie warszawskiej Piłsudski szybko przeszedł do porządku dziennego nad swoją dymisją. Witos tak to opisuje: ,,Kiedy zaś minęły ciężkie dni wojenne, pojechałem do Belwederu i oddałem pismo jego autorowi, będącemu wówczas w innym zupełnie nastroju. Biorąc je ode mnie i dziękując za solidne, jak mówił, postępowanie, twierdził, że o tym zupełnie zapomniał”.

Zapomniał. Pamięć jak widać w polityce nie jest kwalifikacją pożądaną, bo czasem wymaga wdzięczności. Lepiej zapomnieć niż pamiętać zarówno o roli Witosa jak i gen. Rozwadowskiego czy też grona wybitnych generałów: Hallera, Sikorskiego, Latinika, Zagórskiego stojących na czele niezłomnych oddziałów Wojska Polskiego, zwłaszcza, że samemu się w tym czasie zwątpiło. W swoich wspomnieniach Witos dodaje jeszcze: ,,Moje zachowanie się wobec Piłsudskiego było chyba zupełnie bez zarzutu, niestety, pan Naczelnik wcale się wobec mnie dżentelmenem nie okazał. Mimo wszystko swego postępowania nie żałuję, choć nieraz gorycz przychodzi”.

Podobnie gen. Rozwadowski własnej legendy nie tworzył i o sławę nie zabiegał. O swej roli w Bitwie Warszawskiej po raz pierwszy się wypowiedział w tajnym, pełnym goryczy o przyszłość Polski liście do ministra spraw wojskowych gen. Lucjana Żeligowskiego z dnia 28 kwietnia 1926 r. Pisał tam: „Lecz dziś otwarcie wyrazić muszę żal głęboki do pana marszałka, że zamiast krzepić i wzmacniać, rozbija on jak ongiś w roku 1917 własne Legiony, również obecnie, mam nadzieję bezwiednie i armię narodową. (…) Dzieje się to jedynie z korzyścią dla wszelakich naszych wrogów, lecz ku wszelkiej szkodzie całej Rzeczpospolitej, a pan marszałek oraz jego otoczenie główną w tym winę ponoszą”.

W dziesiątą rocznicę bitwy pod Warszawą 17 sierpnia 1930 r. ludowcy skupieni w szeregach PSL „Piast” zorganizowali w rodzinnej wsi W. Witosa – Wierzchosławicach pod Tarnowem – wielką uroczystość patriotyczną. Mimo ulewnego deszczu w Wierzchosławicach zebrały się tysięczne tłumy ludowców. Po nabożeństwie w miejscowym kościele uformował się potężny pochód, poprzedzony przez chłopską banderię konną i liczne oddziały ochotniczych straży pożarnych. Następnie przed Domem Ludowym rozpoczął się wiec, w trakcie którego przemawiali kolejno: były marszałek Sejmu RP Maciej Rataj, ksiądz pułkownik Józef Panaś, Wincenty Witos, Władysław Kiernik, Stanisław Miłkowski i kilku innych mówców.

Obok Witosa najbardziej krytyczne wobec władz sanacyjnych, zarazem gorąco oklaskiwane przez zebranych wystąpienie było dziełem Rataja, który przypomniał zasługi wsi i ruchu ludowego oraz premiera Witosa dla obrony państwa w 1920 r. Uroczystość zakończono odśpiewaniem Roty. Na ręce Witosa nadeszły listy, m.in. od byłych premierów – gen. Władysława Sikorskiego i Juliana Nowaka. Władze sanacyjne zamiast listu gratulacyjnego przysłały na wiec przedstawicieli policji i starostwa.

Zachowanie Józefa Piłsudskiego w owych sierpniowych dniach należy rozważać na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, należy odpowiedzieć na pytanie, jaki wpływ złożona rezygnacja z zajmowanych funkcji miałaby na obronę Warszawy? Oczywiście, dzięki Wincentemu Witosowi i jego decyzji o nieupublicznianiu rezygnacji wodza, dyskusja ta będzie czysto akademicka. Łatwo się domyśleć jak skończyłaby się bolszewicka nawałnica, gdyby Polacy, niejednokrotnie słabo wyszkoleni cywilni ochotnicy, dowiedzieli się, że w owej godzinie najcięższej próby Marszałek Piłsudski złożył rezygnację z wszelkich funkcji. Jak już wcześniej wspominałem, nie była to w rzeczywistości rezygnacja warunkowa na wypadek śmierci w boju. Józef Piłsudski zostawił Warszawę w najgorszym z możliwych momentów. Zachował się jak kapitan okrętu, który potajemnie szalupą ucieka z nabierającego wody statku. Dziś możemy z całą pewnością stwierdzić, że nie byłoby triumfu polskich oddziałów, gdyby nie charyzma, patriotyzm i odpowiedzialność Wincentego Witosa – prawdziwego bohatera tamtych dni.

Nie byłoby „Cudu nad Wisłą”, gdyby nie zdolności dowódcze generała Tadeusza Rozwadowskiego. Gdyby bowiem w pierwszych dniach stolica została zdobyta, lub co gorsza skapitulowała (a to zdarza się najczęściej gdy wódz ucieka), do ofensywy Piłsudskiego prawdopodobnie w ogóle by nie doszło.

Po drugie, decyzja Józefa Piłsudskiego winna być rozpatrywana w kategorii czysto ludzkiej. Chwila zwątpienia, lub jak niektórzy historycy mówią, chwilowe załamanie nerwowe, może się zdarzyć. Każdy jest tylko człowiekiem, nawet wielki Naczelnik Państwa. Jednak gdy owa przykra dla Piłsudskiego chwila zaistniała, to jej konsekwencją winno być wyciągnięcie wniosków i szacunek okazany tym, którzy wyręczyli go w obowiązkach pierwszego obrońcy ojczyzny. Jaka tymczasem wdzięczność spotkała przywódcę chłopskiego? Zaledwie sześć lat później Wincenty Witos został aresztowany (zatrzymanego bito i upokarzano – Witosowi nakazano m.in. ręczne czyszczenie latryn i opróżnianie wiader na odchody) i skazany w procesie brzeskim. Człowiek, któremu uczciwość i wychowanie nakazywało zachowanie tajemnicy (której nie wyjawił do końca), został skazany za niewinność.

Podobna sytuacja dotknęła generała Rozwadowskiego. Po przewrocie majowym, w którym dowodził wojskami wiernymi rządowi, został wraz z grupą wysoko postawionych generałów aresztowany i wywieziony do Wojskowego Więzienia Śledczego na Antokolu w Wilnie. Obok Rozwadowskiego w grupie tej znaleźli się Włodzimierz Zagórski, Minister Spraw Wojskowych Juliusz Malczewski oraz Bolesław Jaźwiński. Wysunięto wobec nich absurdalne zarzuty natury kryminalnej. W prasie z tego okresu z premedytacją kłamano i oczerniano oskarżonych. Faktem jest jednak, że żadnemu z wymienionych generałów nie udowodniono winy. Sprawę Malczewskiego umorzono, Zagórski zaginął, a Rozwadowski i Jaźwiński zmarli zanim zakończyły się procesy w ich sprawie. Szybko pojawiły się hipotezy o otruciu obu generałów.

Sam Rozwadowski twierdził, że w istocie był podtruwany. Znamienne jest w tym przypadku to, iż prokuratura wojskowa zabroniła wykonania sekcji zwłok. Obrońca Warszawy z 1920 roku, ten któremu Polska i osobiście Józef Piłsudski zawdzięcza najwięcej, umiera oczerniany, w więzieniu, czekając na proces. Niespotykana wręcz wdzięczność marszałka. Te fakty wystawiają Józefowi Piłsudskiemu jak najgorsze świadectwo.

Sierpniowa decyzja Józefa Piłsudskiego powinna być także rozpatrywana jako punkt zwrotny w dwudziestoletniej historii międzywojennej Polski. Jest więcej niż pewne, że po wojnie polsko-bolszewickiej Marszałek czuł wewnętrznie ogromny wstyd. Musiał także żyć z ciągłą obawą przed upublicznieniem informacji o jego posunięciach. Co prawda, Wincenty Witos, jak sam wspomniał, zwrócił wszystkie papiery dotyczące jego rezygnacji, jednak do końca Marszałek Piłsudski zapewne nigdy nie czuł się komfortowo i pewnie. Lęk mógł powodować wyraźną niechęć Naczelnika Państwa tak do Witosa jak i generała Rozwadowskiego.

Zarówno jeden jak i drugi nie zabiegali o laury i odznaczenia. Tadeusz Rozwadowski z wielką radością objął po wojnie Generalny Inspektorat Jazdy/Kawalerii. W 1924 r. współtworzył wielką reformę tej narodowej broni Polaków. Polegała ona na likwidacji kawalerii dywizyjnej, a z 10 istniejących pułków strzelców konnych utworzono normalne pułki liniowe, których liczba wzrosła do 40. Ponadto utworzono 4 dywizje kawalerii złożone z trzech dwupułkowych brygad. Pozostałe pułki weszły w skład samodzielnych brygad kawalerii. Niestety, wcześniejsza niesprawiedliwa niechęć Józefa Piłsudskiego połączona z wydarzeniami z przewrotu majowego doprowadziły do fatalnej w skutkach decyzji o wycofaniu się z reformy zaproponowanej przez Rozwadowskiego.

W wywiadzie udzielonym Wojciechowi Duchowi, dr Mariusz Patelski zauważył: “No właśnie, po maju 1926 r. dywizje kawalerii zostały zlikwidowane. W Kampanii Polskiej 1939 r. brygady kawalerii, dzięki wielkiej ruchliwości, uzbrojeniu i wyszkoleniu, świetnie sobie radziły. Odnosiły też znaczące sukcesy, jak np.: pod Mokrą, ale były to „tylko” brygady szkoda, że zabrakło dywizji. Nie zostały też zrealizowane pomysły Rozwadowskiego związane z tworzeniem samodzielnych jednostek pancernych, ani tzw. „armii wysokiego pogotowia”, zdolnej do błyskawicznej mobilizacji w obliczu najazdu ze strony Niemiec lub Rosji. Armia taka miała być doskonale wyposażona, m.in.: w lotnictwo, zmodernizowaną kawalerię, i ”całkiem samodzielnie zorganizowane grupy specjalnej broni pancernej samochodowej”. Dziś taką formację nazwalibyśmy zapewne siłami szybkiego reagowania. Rozwadowski łączył gruntowną wiedzę techniczną z doświadczeniem bojowym i wyciągał wnioski. Domyślał się, że w przyszłej wojnie wzrośnie znaczenie broni pancernej i lotnictwa, stąd już 1921 r. wnioskował o powołanie specjalnego referatu w Sztabie Generalnym, który miał koordynować prace dotyczące obrony przeciwlotniczej i gazowej. Wymowny jest także fakt, iż jeden z ostatnich jego projektów dotyczył budowy nowego rodzaju bomby lotniczej”.

Widać jak na dłoni, iż „dezercja” Piłsudskiego, której konsekwencją była niechęć wodza do generała Rozwadowskiego, spowodowała ułomne decyzje i w rezultacie błędy w przygotowaniu polskich wojsk do kampanii wrześniowej. Jako, że historia lubi się powtarzać nie trzeba było długo czekać, żeby uczeń i zaufany Piłsudskiego, następca na stanowisku Marszałka Polski Edward Rydz-Śmigły czmychnął z Polski po otrzymaniu meldunku o błyskawicznie zbliżającej się Armii Czerwonej, Rydz-Śmigły wsiada do samochodu i w nocy z 17 na 18 września przejeżdża most graniczny na Czeremoszu. Tymczasem wojsko i ludność cywilna walczy na dwóch frontach z wrogiem.

Wokół takich postaci próbowano budować kult jednostki. Jednak po czynach ich poznacie, jak mówi pismo. Czynem haniebnym była – według wielu – ucieczka z Polski i pozostawienie wojska polskiego samym sobie. Oczywiście w trakcie zamachu majowego w 1926 r. Rydz-Śmigły poparł marszałka Piłsudskiego, przysyłając mu do Warszawy część oddziałów garnizonu wileńskiego (1. Dywizja Piechoty Legionów). W październiku 1926 r. mianowany został za to właśnie Inspektorem Armii w Warszawie. Nie zrobił nic, by w czasie kryzysu monachijskiego wesprzeć osaczoną przez Hitlera Czechosłowację, choć musiało być jasne, że po Czechosłowacji przyjdzie kolej na Polskę. Przeciwnie, stworzył grupę operacyjną, która wkroczyła na Zaolzie.

W 1939 r. w czasie kampanii wrześniowej pełnił funkcję Naczelnego Wodza. Po wkroczeniu wojsk sowieckich na terytorium Rzeczypospolitej, 17 września wraz z rządem polskim i prezydentem Mościckim przekroczył granicę polsko-rumuńską z zamiarem przedostania się do Francji. Internowany przez władze rumuńskie 7 listopada 1939 r. złożył rezygnację z funkcji Naczelnego Wodza. Opuszczał Polskę w chwili, gdy tysiące polskich żołnierzy wciąż próbowało odeprzeć atak dwóch mocarstw – zaiste prawdziwy wódz naczelny.

Rząd polski na emigracji jedną z pierwszych swoich decyzji powołał specjalną komisję, której celem było osądzenie sprawców klęski wrześniowej. Przygotowany projekt uchwały przewidywał postawienie przed sądem wojskowym marszałka Polski, byłego głównego inspektora sił zbrojnych Edwarda Rydza-Śmigłego, zaś przed Trybunałem Stanu – b. ministra spraw wojskowych gen. Tadeusza Kasprzyckiego, b. szefa sztabu głównego gen. Wacława Stachiewicza, premiera gen. Felicjana Sławoja Składkowskiego oraz b. ministra spraw zagranicznych Józefa Becka – pod zarzutem odpowiedzialności za zły stan przygotowania państwa do wojny i klęskę wrześniową.

Dziś w 97. rocznicę „Cudu nad Wisłą”, warto przypominać o prawdzie. Prawdzie, która w jednoznaczny sposób pokazuje kto był bohaterem owych sierpniowych dni, a kto jedynie na bohatera pozował. Dochodzimy do kolejnej odsłony walki pomiędzy Piłsudskim a Witosem. Nie można przejść obok historycznych faktów, które jednoznacznie wskazują, że to przywódca ludowców Wincenty Witos okazał się prawdziwym mężem stanu. Nie był on jednak pojedynczym bohaterem.

Na wielkie słowa uznania zasługuje również postawa i hart ducha generała Tadeusza Rozwadowskiego. Ci dwaj wybitni Polacy, swoją odwagą determinacją i oddaniem, wraz z tysiącami obrońców stolicy, powstrzymali nawałnicę bolszewicką. Swym milczeniem, obronili także dobre imię Marszałka Józefa Piłsudskiego, który podziękował im oszczerstwami i więzieniem. Co ciekawe, Piłsudski dobrze wiedział co zawdzięcza Witosowi i Rozwadowskiemu. Raz jeszcze przywołam przytoczone wyżej wspomnienia przywódcy PSL, w których możemy przeczytać, że Piłsudski podziękował mu a także wyraził uznanie dla jego postępowania. „Jeszcze w obecności Piłsudskiego pismo jego zamknąłem do kasy ogniotrwałej w prezydium Rady Ministrów, zaglądając codziennie, czy go kto przypadkiem nie ukradł albo nie naruszył. Kiedy zaś minęły ciężkie dni wojenne, pojechałem do Belwederu i oddałem pismo jego autorowi, będącemu wówczas w innym zupełnie nastroju. Biorąc je ode mnie i dziękując za solidne, jak mówił, postępowanie, twierdził, że o tym zupełnie zapomniał”.

Czy tak postępuje mąż stanu? Wincenty Witos nigdy nie żałował, że dochował kompromitującej Józefa Piłsudskiego tajemnicy. Ponownie przytoczę w tym miejscu wspomnienia już wyżej zapisane: „Moje zachowanie się wobec Piłsudskiego było chyba zupełnie bez zarzutu, niestety, pan Naczelnik wcale się wobec mnie dżentelmenem nie okazał. Mimo wszystko swego postępowania nie żałuję, choć nieraz gorycz przychodzi” (Wincenty Witos „Moje wspomnienia”, tom II, Biblioteka „Kultury”, tom XCIX, Paryż 1964, Instytut Literacki, str. 289-291). To pokazuje, jakim Wincenty Witos był człowiekiem, jakie wartości wyznawał i jakim sprawom pozostał wierny. To pokazuje, że w owych rozpaczliwych chwilach narodowej próby, był prawdziwym mężem stanu.

Piotr Zgorzelski
Autor jest posłem PSL

za: myśl-polska.pl

Facebook
[Głosów:12    Średnia:3.5/5]

3 thoughts on “Zgorzelski: Wincenty Witos i Bitwa Warszawska 1920 roku”

  1. Panie pośle Zgorzelski choćby Pan napisał milion peanów na cześć generała Rozwadowskiego i miliony pochwał pod adresem Wincentego Witosa, to nikt logicznie myślący nie uwierzy w Pana szczere i dobre intencje. Na portalach patriotycznych kreuje się Pan na patriotę, a na ulicach maszeruje Pan i Pana partyjni kumple z PSL ramię w ramię z Michnikiem, Blumsztajnem, Frasyniukiem, Balcerowiczem i całą trockistowską plejadą z nieboszczki Unii Wolności. Pan panie pośle, redaktor naczelny Myśli Polskiej Jan Engelgard, który jest członkiem PSL i w ogóle cały PSL jesteście niewiarygodni. Idziecie ramię w ramię z trockistami i Michnikami, Balcerowiczami, Blumsztajnami i innymi KORnikami. Wycieracie sobie buzię frazesami o endecji, o ruchu ludowym, o wielkim polityku, jakim był Wincenty Witos, a manifestujecie ramię w ramię z tymi, którzy są zaprzeczeniem tego, co reprezentowali i o co walczyli Witos, Dmowski i gen. Rozwadowski. Panie pośle jest Pan z PSL – partii, która jest SKOMPROMITOWANA. Jesteście pivotem – partią obrotową-z każdym się sprzymierzycie, ale nie po to, aby zrobić coś dobrego dla Polski, ale ciepłych posadek i dostępu do koryta – czy to w samorządzie, czy na szczeblu centralnym.

  2. Nie mam wątpliwości, że Dmowski i Witos nie popieraliby PiS. Witosa sanacja wsadziła do więzienia w Brześciu. A PiS to tradycja jawnie neosanacyjna. aw

    1. Zgadzam się Panem Wielomskim, że ani Witos, ani gen. Rozwadowski nie popieraliby dzisiaj PiS. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Tak jak nie mam wątpliwości, że Witos w grobie się przewraca, gdy widzi jak Pan poseł Zgorzelski i jego partyjni kolesie podczas ulicznych hucp stają ramię w ramię z Michnikiem, Balcerowiczem i innymi pachołkami Sorosa. Wstyd, że Pan Jan Engelgard, redaktor naczelny Myśli Polskiej jest członkiem PSL. Po prostu wstyd! Niby endecja, ale tak naprawdę w ramach PSL maszerująca ramię w ramię z Michnikiem, Balcerowiczem, Lityńskim, Blumsztajnem i trockistami od Zandberga. To już nie jest Myśl polska. To jest Myśl PSLowska – jak tutaj za wszelką cenę (nawet za cenę politycznego sojuszu z Michnikami, Blumsztajnami, Balcerowiczami i trockistami od Zandberga) utrzymać się przy korytku i na ciepłych posadkach nadanych z klucza PSLowskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *