Łagowski: Patriotyzm uliczników

Chcielibyśmy, aby między słowami i rzeczami zachodziła dokładna odpowiedniość, ale z różnych powodów nie zawsze tak się dzieje. W rojowisku słów widzimy stały ruch dążący do tego, aby odpowiednie dać rzeczy słowo, ale widzimy też usiłowania, aby dać nieodpowiednie. Dobieranie słów wcale nie jest łatwe i najwięcej może nieporozumień powstaje wskutek umysłowej nieporadności. Goethe pisze gdzieś, że ludzie tak rozmaicie rozumieją słowa, że fakt, iż się czasem porozumiewają, należy zaliczyć do cudów natury.

Rzecz, która wydaje się jednością, przez język bywa dzielona na dwoje, troje i więcej bytów rzeczywiście istniejących. Dam przykład z Cypriana Norwida. Rozróżnił on naród i społeczeństwo i pokazał, jak bardzo ta różnica, przynajmniej w zastosowaniu do Polski, jest ważna. „Naród polski – pisał – jako patriotyzm wielki jest, jako społeczeństwo jest żaden”. I dalej: „Wszystko, co patriotyzmu i historycznego dotyczy uczucia, tak wielkie i wielmożne jest w narodzie tym, iż zaiste, że kapelusz zdejmam przed ulicznikiem warszawskim – ale wszystko to, czego nie od patriotyzmu (…), ale od społecznego uczucia wymaga się, to jest tak początkujące, małe i prawie nikczemne, że strach wspominać o tym”. I jeszcze: „Jesteśmy żadnym społeczeństwem. Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym”. Trochę się zmieniło od tamtego czasu, państwo w wielu funkcjach wyręcza społeczeństwo, a patriotyczny „ulicznik warszawski” w chwili obecnej zapanował nad państwem-społeczeństwem, jednakże Norwidowskie rozróżnienie nadal jest użyteczne.

Naród i społeczeństwo nie istnieją osobno, ale słowa wskazują, że mimo to są to rzeczy różne. Państwo i ustrój polityczny występują tylko razem, ale każdy wie, że są zjawiskami odmiennymi i język ma rację, że je rozróżnia. Państwo polskie narodziło się tysiąc lat temu, ale żaden ustrój, jaki w nim obowiązywał, nie może się poszczycić takim wiekiem. Skoro zgadzamy się na to rozróżnienie, to wolno zapytać, co jest ważniejsze: państwo czy ustrój? Ja optuję za państwem, ale pamiętam, że przez paręset lat panowała w Polsce ideologia dokładnie przeciwna: żadnego absolutum dominium, żadnego rządu, więzienia prywatne, wojsko kogo na nie stać, główna gałąź handlu – sprzedaż głosów w Sejmie i sejmikach itp. Żeby usprawiedliwić to, co było, mówią niektórzy: to było społeczeństwo obywatelskie, a ono w hierarchii politycznej stoi wyżej niż państwo z jego rozlicznymi przymusami, egzekucją wyroków, policją, podatkami, wojskiem i czym tam jeszcze wymyślonym na utrapienie ludzkie. Czym było tamto państwo bez ustroju? To się okazało dopiero, gdy sąsiednie mocarstwa je sobie wzięły: jedną rzecz miało niepowątpiewalną, tę mianowicie, którą można było zabrać i podzielić się między nami zaborcami. Tak, terytorium jest materialną podstawą państwa, w powietrzu zawiesić go nie można. I przez następne sto lat płaczu, utyskiwania i spiskowania chodziło o terytorium. Panującemu dziś nad Polską patriotycznemu „ulicznikowi warszawskiemu” i takie rzeczy trzeba przypominać.

Dwa tygodnie temu Jarosław Dobrzański napisał słowa, które gdybym był redaktorem jakiegoś czasopisma, drukowałbym in extenso co dwa tygodnie przez okrągły rok. „Powstała na gruzach wojennych i bankructwie politycznym II RP Polska Ludowa, lżona jako niszcząca polskość »komuna«, pomniejszana jako dyktatura narzucona prawdziwym Polakom przez odwiecznego wroga ze Wschodu, traktowana jest dziś przez nieumiarkowanych politykierów i propagandzistów jako wyrwa w prawowitej historii narodu, dziejowe nieszczęście, jakie spadło na Polskę…”. I wreszcie Dobrzański konkluduje: „A przecież nigdy w czasach nowożytnych Polska nie miała tak solidnej pozycji międzynarodowej, tak stabilnych granic, tak bezpiecznego, przewidywalnego, cywilizowanego i zasadniczo sprawiedliwego państwa, które przez kilkadziesiąt lat realizowało swoją misję wobec tej wspólnoty politycznej, którą nazywamy Polską, jak w okresie istnienia PRL”. Nie tylko tępotę, niewidzenie złożoności faktów i procesów trzeba zarzucić „głównemu nurtowi” panującej posolidarnościowej propagandy i akademickiej politologii, która zresztą też jest głównie propagandą. Cała polityka historyczna jest wojną domową prowadzoną „innymi środkami”, dozwolonymi przez świat zewnętrzny, który słabo rozumie, co się w Polsce dzieje. „Bezmyślne potępienie PRL – pisze Dobrzański – jest równoznaczne z nieuprawnionym wydawaniem niesprawiedliwego wyroku na miliony ludzi, którzy w tym czasie zdobywali wykształcenie (…), a przede wszystkim, pracując, tworzyli fundamenty nowego społeczeństwa i państwa. (…) Nikt nie ma prawa ani do oceniania, ani do kwestionowania ich indywidualnych wyborów, osobistych decyzji, celów zawodowych i strategii życiowych, bo w tym zakresie każda osoba dysponuje wyłącznym prawem do stanowienia o sobie. Tego rodzaju ingerencje są nadużyciem, przekroczeniem granic norm współżycia społecznego i łamaniem praw człowieka”.

Liberałowie i socjaliści z Brukseli usiłują ingerować w te przekroczenia demokratycznych norm, które rozumieją, ale myślą zbyt stereotypowo, żeby widzieć jasno łamanie praw człowieka przez „politykę historyczną” kaczystów.

Od samego początku panowania solidarnościowego wkładano dużo gorliwości w zacieranie różnicy między państwem Polski Ludowej a komunizmem. Nikt w Polsce nie jest odpowiedzialny za wprowadzenie ustroju komunistycznego, stanowił on obiektywne wobec nas warunki, w ramach których mogło rozwijać się państwo. I mimo tych warunków Polacy dokonali w tym czasie rzeczy wielkiej, bo stworzyli państwo, jak twierdzi Dobrzański, najbardziej udane w czasach nowożytnych. I nie o to chodzi, że było międzynarodowo uznane, bo każde istniejące jest uznane. Było ono uprzywilejowane przez Stany Zjednoczone czy to w stosunkach handlowych, czy gdy chodziło o pomoc technologiczną. Była szefowa amerykańskiej polityki zagranicznej Condoleezza Rice pytana niedawno o dzisiejsze stosunki Polski ze Stanami Zjednoczonymi odpowiedziała: dlaczego nie miałyby być dobre, skoro „polskie relacje z USA były silne nawet w czasach komunizmu” („Gazeta Wyborcza”, 2-3 sierpnia 2016 r.). Dziś już nie można znaleźć wśród czynnych dyplomatów nikogo, kto by o tym wiedział.

Żadna istota rozumna, patrząc na terytorium Polski, nie pomyśli, że te granice wytyczyła siła nieprzyjazna.

Nie jestem aż takim stoikiem, żebym niczemu się nie dziwił. Toteż dziwię się, jak mogło do tego dojść, że „ulicznicy warszawscy” prawem swego patriotyzmu śmią znieważać tych, którym zawdzięczają istnienie państwa, co ich żywi, którym grożą i na których – żywych i martwych – wynajdują coraz nowe kary i szykany. To prawda, że z „komuną” trudno było wytrzymać, zniecierpliwienie rosło, gdy śmierć już miała wypisaną na obliczu, a ciągle żyła. A co jest napisane na obliczu patriotycznego ulicznika? Prócz bezczelności niczego więcej nie dostrzegam.

Na zakończenie jeszcze jeden cytat z artykułu Jarosława Dobrzańskiego: „Jedyną treścią, którą można przeciwstawić pustej retoryce polityki historycznej PiS i na której da się oprzeć realny program polityczny, jest zwrócenie się ku bliskiej przeszłości i dziedzictwu powojennego półwiecza, czyli obrona zdobyczy PRL. A także twarde, konsekwentne przeciwstawianie realistycznej wizji politycznej antypolityce fantastycznych urojeń, odrealnionej wersji historii i zbiorowym fobiom tego towarzystwa politycznych szaleńców, jakie dorwało się do władzy”.

Bronisław Łagowski

Tekst ukazał się w Tygodniku Przegląd i na https://www.tygodnikprzeglad.pl/

[Głosów:15    Średnia:4.3/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *