Rękas: Narodowcy czy monarchiści?

Co to znaczy być dziś w Polsce monarchistą?” – pytają normalsi. „Czy wy jeszcze w ogóle jesteście monarchistami?!” – oburzają się pryncypialiści i odlotowcy. Pierwszym trzeba dziś tłumaczyć, że nie, monarchizm to nie jest wkładanie tekturowych koron i nadawanie sobie tytułów markizów de Carabas. Drugim przypominać, że księżyc nie jest z sera i żaden namaszczony im skrofułów dotknięciem nie uleczy.

Istnieje zresztą jak najbardziej praktyczny przykład ilustrujący różnicę między kolegami wzdychającymi do monarchii jako “wizji“, poezji – a światem realnym, którego jednym z elementów są sprawy narodowe. Przykład ten – to

Resentymenty jakobickie, czyli naród bez króla

Sam mam na ścianie grafikę z Bonnie Princem, ale wiem, że Król Zza Morza nie przybędzie, by mu Trzy Korony rzucono do stóp. Znam też, bo je WIDZĘ, szkockie odrodzenie narodowe w ostatniej fazie tworzenia własnego, NARODOWEGO państwa – które nieuchronnie będzie republiką. Uznając zatem ten proces za naturalny – uważam go też za korzystny (również dla Polaków), a zatem godny poparcia z punktu widzenia polskiego narodowca, konserwatysty – i monarchisty (o czym wiele razy pisałem w innych miejscach).

A koledzy w tym czasie wznoszą toasty za “JKM Franciszka II, Króla Bawarii, Anglii, Szkocji i Irlandii“.

I to jest właśnie TA różnica.

Oczywiście bowiem, sprawa niepodległości Szkocji czy zjednoczenia Irlandii, a także ewentualnej uświadomionej realizacji własnego interesu narodowego przez Polskę – to wszystko POLITYKA, a monarchizm poetycki należy do świata niematerialnego podobnie jak „tradycjonalizm integralny” i parę innych para-literackich konceptów. Skoro więc zjawiska te dzieją się (?) na różnych płaszczyznach – to i spierać się nie ma ni o co, ni jak. To tak, zanim ktoś zacznie…

Cały dowcip zaś polega na tym, że z kolei we współczesnych realiach polskich już nie tylko mniej lub bardziej poetyzowany i archaizowany rojalizm, ale nawet te niby to bardziej zdroworozsądkowe programy endeckie, a nawet zwykłe rozumienie sprawy narodowej – coraz bardziej wydają się tylko nierealnymi marzeniami… Oczywiście, niektórych skłania to do eskapizmu, mędrkowania z niedostępnych szczytów rzekomej ideowości, z których część mniej lub bardziej hałaśliwie spadnie zapewne za jakiś czas w nihilizm, błaznowanie i post-post-postowanie wszystkiego, co wcześniej opiewali. A przecież można po prostu robić swoje i myśleć swoje, nie uciekając od świata, nie obrażając się nań i przede wszystkim rozumiejąc co się wokół dzieje na tyle, by w sprzyjających okolicznościach móc i umieć choćby niewielki skrawek niemiłej dziś rzeczywistości.

To jednak wymaga jednej bodaj tylko, za to okazuje się, że rzadko objawianej zdolności. Nie największego choćby talentu – ale emocjonalnej dojrzałości i jako takiego choćby poukładania własnego ja.

Monarchia czy państwo narodowe

Wróćmy jednak do początkowej antynomii – historycznie przecież pozornej, a nawet… sprzecznej. Bo przecież to właśnie monarchie NARODOWE w kulturze europejskiej tworzyły pierwsze narodowe państwa i to jeszcze w erze pre-nacjonalistycznej w rozumieniu rewolucyjnym. Przy przyjęciu kryteriów innych niż XIX/XX/XXI-wieczny etnocentrym – nikt przecież nie zaprzeczy, że monarchiami narodowymi były nie tylko Królestwo Francji, ale i Corona Regni Poloniae!

To późniejsza etnogeneza ciekawie zróżnicowała jednak tak narody europejskie, jak i ich relacje z formą państwa. Z jednej strony mieliśmy więc konfrontację idei dynastycznej stawianej poza kwestią narodową (a nawet państwową) i nowożytnego nacjonalizmu w starciu kontrrerwolucyjnej i rewolucyjnej Francji – ale mieliśmy też i proces budowy wielkiego etnosu rosyjskiego przenikającego się z samodzierżawiem, którego upadek choć zahamował dalsze rozszerzanie i pogłębianie tego procesu, jednak nie rozerwał skutecznie większości już powstałych więzi, każących się dawnym poddanym carskim wciąż uważać za Rosjan, BO Tatarów, Jakutów czy Czeczenów. Mieliśmy też monarchie wielonarodowe, ale o charakterze dominacyjnym, wyraźnej przewagi jednej czy dwóch nacji nad innymi, przy ewentualnie chwiejnej i czasowej tylko równowadze, czego oczywistym przykładem pozostają rzecz jasna Austro-Węgry. Jeszcze inną drogę obrali Niemcy, którzy dokonali interesującej fuzji niewątpliwego, naturalnego regionalizmu i wynikających z niego odrębności w syntezę bez wątpienia nacjonalistyczną w nowoczesnym kształcie. Syntezę tak potężną, że w pewnej chwili monarchia nie była już dla niej czynnikiem do niczego potrzebnym. I wreszcie odrębną historię miały małe etnogenezy – narodów przywracanych do istnienia (niekiedy bardzo sztucznie), przypominających sobie, że istnieją albo po prostu od podstaw niemal wymyślanych. Dla nich, przeważnie, monarchie pozostawały bytami cudzymi, a w najlepszym razie wspomnieniem z nader zamierzchłej przeszłości.

I to był właśnie drugi (po samej rewolucji i ukonstytuowaniu się jej głównego dziecka – liberalizmu) moment, w którym uznano, że między zasadą monarchiczną – a programem państwa narodowego istnieje jakaś nieprzekraczalna przepaść.

Co więcej, w erze nowożytnej przestał być możliwy dylemat: przeciw wspólnocie krwi w imię wartości uznawanych za wyższe, co było kwestią anachroniczną już w momencie, gdy kontrrewolucjoniści jechali do Francji w furgonach atakujących ją armii. W wersji nowszej został więc zastąpiony nową wątpliwością: Czy można iść wyraźnie przeciw interesowi własnej wspólnoty narodowej /przeciw zasadzie państwowej – z pobudek ideologicznych? I chodziło o znacznie praktycznie kwestie niż znane dywagacje współczesnej netowej prawicy w Polsce „po której stronie godniej i zasadniej pod Grunwaldem – po polskiej czy po chrześcijańskiej?”, są to bowiem zagadnienia stawiane na poważnie także i dziś, w obecnym mini-dyskursie ideowym III RP, przede wszystkim dotyczącym zalecanego i preferowanego stosunku do poprzedniej formy państwa narodowego, jakim niewątpliwie było PRL.

Święta Ruś i Król z Narodem

Tymczasem tuż po sąsiedzku i to jeszcze w erze, w której taki np. Wielki Kondeusz opcjonalnie raz bił Hiszpanów z Francuzami, a raz odwrotnie, w części świata uznawanej za w ogóle znajdującą się poza skalą nowoczesności – taka dychotomia z góry została uznana za wykluczoną, istniał bowiem operat pojęciowy broniący miejscową wspólnotę (a mowa o miejscu całkiem sporym…) przed takimi ingerencjami zewnętrznymi i wewnętrznym zagrożeniem. Spójrzmy bowiem na łącznie rozumiane pojęcia ŚWIĘTEJ Rusi i Ruskiego Miru. To one właśnie czyniły wprowadzenie obcych/przyjście z obcymi na ruską ziemię wręcz grzechem, bluźnierstwem i świętokradztwem. Lew Tołstoj, w swym formalnym geniuszu umieścił genialnie to ilustrującą scenę jako detal bitwy pod Borodino, gdy w osobie Bezuchowa portretował liberalną rosyjską proto-inteligencję, zaopatrzoną w uosabiającego dla niej rewolucję Napoleona. I co, pomogli mu, czekali z kwiatami? Nie, tak jak właśni ciemni chłopi – strzelali do nadchodzącej “rewolucji“, bo była OBCA. Zasada narodowa, zasada wielkiego etnosu rosyjskiego łączyła się w jedność z carskim samodzierżawiem! Nieprzypadkowo też w cerkwi wyklinano zgodnie i Świętopełka, i Łże-Dymitra, i dokładnie z tego samego powodu, po świeckiej stronie do listy tej dopisano Własowa

I jest czymś bardzo ważnym, bo pokazującym podświadomą jedność pojęć, że również w erze przed-nowożytnej, przeciw postawie większości elit – także i w Polsce nieuświadomiona w pełni, ale właśnie dzięki temu naturalna zasada narodowa stanęła przeciw nowym przysięgom królowi szwedzkiemu. I tak jak w Moskwie okazało się, że u boku obcego żaden Radziejowski czy Komensky na Rzeczpospolitą iść nie może – a król (nawet elekcyjny, nielubiany i fatalny) i naród stają się w takich momentach jednością! Choćby na chwilę…

No dobrze, powie ktoś – ale z chwilą utraty własnego państwa zasada monarsza i zasada narodowa zaczęły się w Polsce coraz bardziej rozdzielać, a w praktyce od razu konfliktować w sytuacji, gdy nawet polskie klasy historyczne przyjęły niemal bezkrytycznie istotne następstwo rewolucji, czyli liberalny nacjonalizm. Czy jednak tak być musiało? Inaczej – czy gdyby klasa polityczna zachowywała się realnie w okolicznościach porozbiorowych (a zatem nie powstawała też warstwa inteligencji), gdyby przyjęto za program do konkretnego wdrażania np. trójlojalizm – to czy w odpowiedzi powstałby i tak ludowy nacjonalizm polski wymierzony w monarchizm i tradycjonalizm elit, na wzór odtwarzanych i wywoływanych na przełomie XIX i XX mniejszych narodów środkowoeuropejskich?

Jasne, nasi zaborcy sami mieli własne doświadczenia w takich operacjach – Austriacy np. w Albanii, Rosjanie (raz mniej, raz bardziej oficjalnie) po sąsiedzku, w słowiańskiej części Bałkanów. We własnych zaborach jednak obie (a do pewnego stopnia nawet wszystkie trzy stolice) pierwotnie liczyły przecież na kompromis z klasą historyczną, a dopiero kiedy to ona okazała się rozsadnikiem rewolucji – zaczęto prowadzić eksperymenty z pozyskaniem ludu. Niezbyt zresztą udane, nawet bowiem w monarchii habsburskiej za „Austro-Węgrów” bardziej uważali się galicyjscy Żydzi niż miejscowe chłopstwo – i to pomimo stosunkowo udanego debiutu takiej opcji w formie Rabacji…  Czy więc gdyby elity wyciągnęły z niej bardziej trwałe wnioski – czy przeciw nim pojawiłby się np. as brytyjskiego wywiadu – Rom Dmovsky, ścigany zawzięcie przez najlepszego oficera Ochrany – Josifa Josifowicza Piłsudskowo?

Tego się nie dowiemy, ale jak to się faktycznie mogło potoczyć w przypadku przedłożenia wierności monarsze realnie panującemu ponad element narodowy (niechby i rewolucyjny) – niech pokażą losy Zjednoczonego (już niedługo…) Królestwa.

Pewnego dnia obudzi nas huk…

Zastanówmy się więc czy najbardziej emblematyczna dziś monarchia, brytyjska (pomińmy problem legitymizmu obecnej dynastii) – jest przykładem monarchii narodowej, wieloetnicznej (w znaczeniu wspólnotowym lub wielkiego etnosu), czy dominacyjnej (ekskluzywnej, przynajmniej historycznie, władzy jednego narodu nad innymi)?

Prowadzone są badania mogące ułatwić udzielenie odpowiedzi. Dowiadujemy się z nich, że identyfikacja “Brytyjczyk” (czyli przez dwa stulecia mająca mieć charakter ponad-etniczny) – dotyczy przede wszystkim… unionistów irlandzkich, bo już nawet nie szkockich. Ci bowiem identyfikują się przeważnie etnicznie, jako Szkoci i nawet partie… brytyjskie (torysów i labourzystów) nazywają się w Szkocji – szkockimi! Również blisko 2/3 Anglików pytanych o narodowość / tożsamość – odpowiada “ENGLISH“, nie “BRITISH“. Zwyczajowo uznaje się, że za “Brytyjczyków” uważają się nieco częściej londyńczycy, no i imigranci wraz ze swymi potomkami. Generalnie zaś ruchy secesyjne Szkotów, Walijczyków i Irlandczyków stymulują wzrost świadomości narodowej angielskiej, widocznej choćby w eksponowaniu własnych (nie brytyjskich) flag, świętowaniu Dnia św. Jerzego itp.

Ciekawostką jest z kolei oszacowanie, że za BREXITEM głosowało ok. 80% określających się jako “English only“, podczas gdy 80% wybierających “British only” – poparło opcję REMAIN. W tym kontekście należy dostrzec także badania przeprowadzone wśród członków Partii Konserwatywnej (czyli unionistów nawet z nazwy), wg których większość torysów byłaby gotowa zaakceptować tak niepodległość Szkocji, jak i zjednoczenie Irlandii – o ile taki byłby (jak to sformułowano) “koszt/skutek BREXITU“. Spodziewanym skutkiem rozpadu UK – będzie więc też zapewne… niepodległość Anglii.

Kamyczkiem do ogródka monarchistycznych („jakobickich”) sentymentalistów niech zaś będzie to, że kto zna prawdziwą, nie legendarną historię Szkocji i Anglii, ten oczywiście pamięta, że za brytyjskość odpowiadają w dużej mierze także trzy pokolenia Stuartów zasiadających na obu tronach. Różnice zaś i sprzeczności między interesem państwowym / narodowym szkockim (tak, jak go wówczas rozumiano), a polityką monarchii (acz niekoniecznie jej perspektywicznym interesem) – były bardzo wyraźne już w XVII wieku, ze szczególną eskalacją podczas wydarzeń składających się na Wojnę Trzech Królestw. I pomimo tego większość Szkotów zachowała (po szkocku rozumianą) wierność dynastii. Dopóki ta istniała.

Ruchy niepodległościowe są zatem republikańskie. W Szkocji badając przepływy głosów na rzecz opuszczenia UK – zrezygnowano nawet z czarowania, że “może jednak symbolicznie wspólna głowa państwa… uznając tych nielicznych przywiązanych do “Windsorów” za elektorat i tak stracony. Monarchia nie jest więc dłużej zwornikiem państwa już nie uważanego za wspólne. Owszem, przez chwilę w związku z i w oparciu o rządy klas posiadających/historycznych animowano w nim podwójną, brytyjską tożsamość. Nawet Oswald Mosley jeszcze po II wojnie światowej potrafił przywoływać swojego towarzysza “Szkota więc Brytyjczyka” jako dowód na powodzenia takiego eksperymentu (którego on sam używał jako argumentu za unionizmem europejskim). Zmiana dynamiki klasowej towarzyszyła jednak w UK wznowienu kwestii narodowej, a dojście do głosu nowych grup społecznych (inteligencji i robotników) – problem brytyjskości elit uczynił marginalnym, w dodatku i w nich wywołując nawrót do etniczności.

Dziś wiemy to już na pewno: Król Zza Morza nie przybędzie, Szkocja będzie republiką. W tym zresztą zabawa, by machinator od własnej zginął machiny. Wszak to m.in. Brytania nawymyślała i natworzyła różnych narodów jeszcze w XIX i na początku XX wieku – a teraz sama kończy się pod naciskiem kolejnej fazy etnogenezy. I radość nam z tego (bynajmniej nie tylko platoniczna i mściwa). Przecież nam taką metodą odebrano Kresy, przy co najmniej życzliwym poklasku Zachodu, w tym UK – dziś więc to nasza pora patrzeć, jak rozsiane idee atakują organizm swych pierwotnych siewców. Wraz z powstaniem niepodległej Republiki Szkockiej zasada narodowa wygra nad sprowadzoną dziś do szyderczej auto-parodii pseudo-monarchią.

Polska jako królestwo też, nieszczęśliwie, przez stulecia ocierała się o pastisz. Nawet i wtedy realnie istniały jednak oddolne, pierwotne więzi między monarchią a narodem i to rozumianym szerzej niż ówczesna kasta rządząca. Właśnie ona przerwała jednak tamtą więź, przez co idea królewska stała się dla Polaków abstrakcją, co najwyżej podświadomą tęsknotą. Piękną, acz nierealną nawet dla tej drobnej grupki, która widzi w niej głębszy sens i Prawdę. Czy to jednak nie lepsze niż obserwowanie degeneracji rojalizmu w jego obecny, zachodnioeuropejski kształt?

W przeciwieństwie do pseudo-monarchii – narody jeszcze się bronią. Najskuteczniej broniłyby się oczywiście przyjmując kształt królestw, bo ten jest po prostu… praktyczny. Naprawdę jednak nie jest to dziś najlepsza pora by zastanawiać się czy najpierw należy wdziać zbroję – czy wziąć miecz. Optymalnie byłoby wyposażyć się od razu w broń masowego rażenia. Nie tylko zresztą w sensie metaforycznym.

Można i należy być narodowcem i monarchistą. Tylko w racjonalnej kolejności.

Konrad Rękas

[Głosów:10    Średnia:3.7/5]
Facebook

12 thoughts on “Rękas: Narodowcy czy monarchiści?”

  1. Wziąć kraj, w którym na słowo republikanie ludzie wyobrażają sobie irlandzkich terrorystów i zaczynać od jego dyskusje o monarchiżmie…

  2. Rozpad Wielkiej Brytanii na kilka krajów nie będzie dla Polaków korzystny, ponieważ da to sygnał do rozpadu innych państw. Od Hiszpanii oderwą się Katalonia (co K.R. też popiera) i Kraj Basków. Od Polski woj. śląskie i opolskie, może nawet Podkarpacie zgarną banderowcy i zrobią swoje Kosowo.
    Nie można popierać chorych separatyzmów. Globalistom właśnie o to chodzi, żeby silne duże państwa rozbijać na małe, słabe, zależne od nich twory. Tak zrobili z Jugosławią, tak chcą zrobić z UK, Hiszpanią, Polską, a na sam koniec z ROSJĄ!
    Ale tego ludzie ze zmiany nie zrozumieją, bo najważniejsze dla nich to państwo bez króla-“kapitalisty”, nawet wtedy, gdy ten król ma w danym kraju guzik do gadania.

    1. Bzdura, ani na Podkarpaciu Ukraińcy nie są znaczną mniejszością narodową, ani w Śląskim i Opolskim niemieccy, czy śląscy separatyści nie są większością na tyle, by oderwać te tereny od Polski.
      Pana Rękasa artykuł jest całkiem dobry, dlatego dałem mu 4 gwiazdki na 5.

      1. Widać, że pan/pani nie potrafi przewidywać możliwych scenariuszy przyszłości.
        Przykładowo ziemie odzyskane już teraz Niemiec cichaczem zgaryna do siebie i nie koniecznie mam tu na myśli Dolny Śląsk. Więc ze Śląskiem pójdzie mu jeszcze łatwiej. Z Podkarpaciem to tylko kwestia czasu, aż się robactwo zalęgnię i zacznie rządzić po swojemu.

        I nie żadna bzdura, bo Konrad Rękas nawołując do ślepej miłości Szkocji czy lewackiej Katalonii urabia Polaków w złą stronę. Proszę się doszkolić. Podobnie i Olszański/Jabłonowowski – obaj nie widzą zagrożenia regionalizacji. Regionalizacja to jeden z celów globalistów, którzy się z tym nawet nie kryją.

        Za trzydzieści lat będziecie mówić: “ale byliśmy głupi, popieraliśmy nie tych co trzeba.” Ale wtedy nie będzie dużego, narodowego państwa w Europie zdolnego przeciwstawić się nowemu porządkowi lecz tylko małe “Szkocje” wcześniej poparte przez pseudoantysystemowych krzykaczy bez grama wiedzy.

        1. By kreślić scenariusze to trzeba mieć do tego podstawy.
          Jasne, że nie ma i nie będzie żadnej kolonizacji Śląska Niemcami, bo:
          – Niemcy nie są państwem narodowym, tylko multikulturowo-szabesgoicznym
          – Niemcy mają problemy demograficzne
          – taką samą retorykę o kolonizacji Brandenburgii Polakami stosuje część niemieckich nacjonalistów nieprzychylnych nam.
          Co do Podkarpacia sprawa wygląda tak samo:
          – Ukraińcy nie osiedlają się masowo rodzinami w Polsce, by ten teren kolonizować
          – Polska powoli traci znaczenie jako kierunek migracji Ukraińców
          – Podkarpacie jaki region stosunkowo biedny nie jest najatrakcyjniejszym regionem Polski do migracji Ukraińców
          – Ukraińcy przede wszystkim stanowią dla Polaków problem jako konkurencja pracownicza, nie tyle kulturowa (bo kogo obchodzi jakiś tam wydumany banderyzm, dla większości Ukraińców, nawet jak są pozytywnie nastawieni do UPA kwestia banderyzmu w stosunkach z Polakami to pic na wodę; poza tym Ukraińcy są z podobnego kręgu etniczno-kulturowego).
          Oczywiście ostatni Pański akapit to czysta bzdura. Nie możemy porównywać regionalizmów w Polsce do separatyzmów w UK. W Polsce lokalne etnosy nie są żadnymi narodami, podczas gdy Szkoci, Walijczycy i Irlandczycy są pełnoprawnymi narodami etnicznie należącymi do innej grupy ludów niż Anglicy, z własną tradycją państwowości w średniowieczu, tradycją walki o niepodległość i wyraźną tożsamością narodową. Ich dążenia niepodległościowe są jak najbardziej uzasadnione.
          Argument na osłabianie europejskich państw też jest nietrafiony – szkoccy separatyści w swoich dążeniach niepodległościowych mają poparcie nawet co poniektórych brytyjskich nacjonalistów z BNP i NF, ponieważ widzą w niepodległości Szkocji szansę na uratowanie resztek pierwotnej brytyjskości, bo Anglia to dla nich aktualnie multikulturowy “shithole”. Pozostaje kwestia rozwoju radykalnego nacjonalizmu i alt-right w Szkocji, ale myślę, że SNP po uzyskaniu przez Szkocję niepodległości straci swój “niepodległościowy” urok i pozwoli na rozwój szkockiego radykalnego nacjonalizmu (w czym myślę, że pomogą brytyjscy nacjonaliści). Na razie do radykalnych ugrupowań mogę zaliczyć Scottish Dawn (o ile jeszcze działają) i Siol nan Gaidheal. Mitem jest też to, że separatyzmy szkocki, walijski, irlandzki, bretoński, korsykański, czy separatyzmy w Belgii osłabiają opór NWO, bo tak naprawdę New World Order aktualnie kontroluje całą Europę.

        2. Chciałem jeszcze odnieść się do kwestii katalońskiej. Napiszę w skrócie, że katalońskiego separatyzmu nie popieram (pisałem dłuższy komentarz, ale mnie wywaliło i nie chce mi się drugi raz pisać).

      2. Trochę się w tej dyskusji pogubiłem i nie wiem do kogo Pan Konrad Rękas kieruje ten komentarz, dlatego dla jasności zaznaczam, że w komentarzach odpowiadałem Panu Leszkowi Szczepaniakowi, a z samym artykułem w większości się zgadzam.
        Moje zdanie na temat związku separatyzmu katalońskiego z separatyzmem “niemiecko”-ślązakowskim na Górnym Śląsku i na Opolszczyźnie jest następujące:
        Nie widzę tego związku, a jeśli jakikolwiek związek jest to jest to nikłe powiązanie. Nawet skala jest zupełnie inna – w Katalonii separatyzm jest poważnym ruchem politycznym wpływającym na życie polityczne całej Hiszpanii, a separatyści często tworzą rząd kataloński. Na Śląsku separatyzm jest marginalnym ruchem coraz mniej znaczącym, który mało kto traktuje poważnie, a jeśli jest brany pod uwagę to tylko instrumentalnie np po to, by mieć koalicjanta, z którym będzie można rządzić w regionie, przy czym regionaliści pełnią rolę marionetek większych koalicjantów, głównie mam na myśli PO.
        Z czysto polskiej perspektywy odpadnięcie Katalonii od Hiszpanii nie ma większego znaczenia dla naszego kraju. Już raz Kosowo odpadło od Serbii i czy z tego powodu śląski separatyzm stał się silniejszy? Jeśli Katalonia odpadnie od Hiszpanii to co najwyżej przez jakiś czas w Polsce będzie trwała debata na temat ślązakowców, a potem temat ucichnie. Katalonia nie jest na tyle blisko Polski żeby ich separatyzm mocno uderzał w nas.
        Z tego powodu sprzeciwiam się separatyzmowi katalońskiemu nie z powodu ruchu ślązakowskiego, który nie jest silnym ruchem, sprzeciwiam się katalońskiemu separatyzmowi, ponieważ za nim stoi lewactwo i w praktyce anty-katalonizm, ponieważ “niepodległa” Katalonia nadal byłaby zależna od Brukseli oraz stałaby się Mekką multikulturalizmu. A europejski kraj jakim jest Hiszpania byłby osłabiony.
        Co prawda dla Brukseli oderwanie się Śląska od Polski to coś, o czym eurokraci marzą, ale na razie nie jest to realna perspektywa.

        1. (…)Lewacka(…) Bruksela w pełni poparła Rajoy’a gdy ten pałował separatystów…
          Swoją drogą, Katalończycy są nazywani El Pollaco.

          1. @jsc
            Najwidoczniej lewacy czasem lubią się żreć między sobą.
            Czasem nawet Bruksela niechcąco zachowuje się racjonalnie.

    2. Na czym polega związek między oderwaniem się Katalonii od Hiszpanii z odpadnięciem Opolszczyzny od Polski? Związek przyczynowy, jeśli rozumie Pan to pojęcie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *