Wielomski: Ruch Narodowy staje się narodowy? Garść refleksji po IV kongresie RN (10 XII 2016).

 

Zapewne wielu Czytelników naszego portalu pamięta, że wielokrotnie krytykowałem Ruch Narodowy (dalej: RN). Moje zarzuty natury ideowej i programowej – problemu taktyki politycznej nie będę tutaj rozwijał, gdyż to osobny temat – sprowadzały się do dwóch podstawowych kwestii: polityki zagranicznej i stosunku do PiS. Błędne założenia w tych dwóch sprawach uważałem zawsze za “protopseudosy”, czyli błędy wyjściowe i podstawowe tej formacji, powodujące, że nie można jej było zaliczać za rzeczywistą spuściznę Romana Dmowskiego. Tak jak Cat-Mackiewicz pisał, że zakładając OZON przy dźwiękach Pierwszej Brygady “cytowano wersety z Dmowskiego”, tak ja twierdziłem, że w RN przy dźwiękach Hymnu Młodych recytowano wersety z Piłsudskiego i Kaczyńskiego.

Byłem dziś na IV Kongresie RN w Warszawie (10 XII 2016) i z dużym zaskoczeniem dostrzegłem, że RN stara się odżegnać od intelektualnej zależności od dyskursu niepodległościowego i powoli wraca do myśli Dmowskiego.

1/ Pierwszą kwestią mojej niezgody była, nieznośna dla mnie, idea jagiellońska, federacji Międzymorza czy jakkolwiek inaczej koncepcję tę nazwiemy. Zawsze uważałem za gigantyczną utopię zebranie w jedną kupę wszystkich państw pomiędzy Rosją a Niemcami – od Szwecji po Grecję – a to z tego powodu, że państwa ta mają wspólne interesy wyłącznie w naszej polskiej wyobraźni. Poza tym Międzymorze musiałoby się opierać na sojuszu polsko-ukraińskim, którego nigdy nie było, nie ma i zapewne jeszcze długo nie będzie. Wołyń nadal krwawi, a Ukrainie zawsze było bliżej do Berlina niż do Warszawy. Niestety, w publicystyce Ruchu Narodowego i osób z nim związanych długo królowała utopia Międzymorza, zaczerpnięta z tradycji piłsudczykowskiej, sanacyjnej, a obecnie z geopolityki pisowskiej. Była to dla mnie bariera nieakceptacji.

Dlatego pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że w rozdawanym dziś na IV Kongresie Ruchu Narodowego nowym programie partii znajdujemy odcięcie się od tej niezwykle szkodliwej politycznie utopii. Oto czytamy

mit Pierwszej Rzeczypospolitej (…). W polskim życiu publicznym wciąż pokutuje romantyczna, utopijna w dzisiejszych realiach, tęsknota za wielką, wielonarodową, federacyjną Rzecząpospolitą. Tęsknota biorąca najczęściej w nawias walkę interesów narodowych pomiędzy Polakami a Litwinami, Białorusinami i Ukraińcami, która to walka stała się realnym faktem w XIX wieku, gdy narodziły się nowoczesne nacjonalizmy, kształtujące  nowoczesne  narody.  Demokratyzm,  polityzacja  i  unarodowienie  wszystkich  warstw społecznych zmieniły i zmieniają mapę polityczną naszej części kontynentu w sposób nieodwracalny. Miejsce wieloetnicznych monarchii zajęły konkurujące między sobą organizmy  narodowe. 

(…)

Z mitem jagiellońskim, przekładającym się współcześnie na wiarę w możliwość zbudowania federacji Europy  Środkowej  i  Wschodniej,  łączy  się  druga,  szkodliwa  tendencja,  jaką  jest  uniwersalizm demokratyczny  części  polskich  elit,  będący  zresztą  pewnym  echem  XIX-wiecznego  mesjanizmu. Ów uniwersalizm zakłada, że tak jak wieki temu Polacy nieśli na Wschód katolicyzm i cywilizację łacińską, tak dziś są niejako zobowiązani do krzewienia na tym kierunku wątpliwych zdobyczy i idei demokracji  liberalnej.  Demokratyzacja Wschodu, rozumiana jako niesienie zestawu pojęć, urządzeń społecznych, obyczajów i rozwiązań prawnych ukształtowanych w XX wieku na Zachodzie, miałaby stać się nową, polską misją cywilizacyjną.

(…)

Ułuda politycznej reaktywacji mitu jagiellońskiego zakłada, że jesteśmy  w  stanie  równoważyć  nasze  obiektywne  słabości  o  charakterze  gospodarczym, demograficznym,  kulturowym,  militarnym czy politycznym, poprzez budowę bloku państw zdolnego przeciwstawić się zarówno Niemcom, jak i Rosji. Utopijność wspomnianej wizji wynika z faktu, że na terenie  tzw.  międzymorza  poszczególne  państwa  narodowe  mają wzajemnie  sprzeczne  interesy i najczęściej orientują  swoją  politykę  na  silniejszych  partnerów  spoza  tego  grona.  Polska  zaś nie ma odpowiednio  dużej  siły  gospodarczej,  militarnej,  politycznej i  kulturowej,  by  zaoferować im „federacyjną” alternatywę.

Polską drogą do potęgi nie jest powtarzanie federacyjnego przykładu I  Rzeczypospolitej – bowiem ten historyczny wzorzec powtórzony być po prostu nie może i koncentrowanie wysiłków naszego państwa wokół tak zarysowanej utopii nie przyniesie nic poza porażką i rozczarowaniem. Rojenia o rozległej  terytorialnie  federacji  musimy  zastąpić  wizją  zwartego,  spójnego  etnicznie,  kulturowo i religijnie państwa, którego naród, poprzez dyscyplinę, pracowitość oraz wysoki poziom etyczny, buduje wielkość swojej Ojczyzny.

To jest próbka myślenia w kategoriach Romana Dmowskiego i tradycyjnej endecji, która znakomicie rozumiała, że siła Polski zależy od jej wewnętrznej spoistości, rozwoju miast i uprzemysłowienia, podczas gdy mity neo-jagiellońskie i rozmaite federacje Międzymorza wciągają nas w problemy państwa wielonarodowego, rozrywanego przez nacjonalizmy, państwa pozbawionego spoistości. Co więcej, inkorporacja ziem wschodnich oznacza przyłączenie ziem ekonomicznie deficytowych, stanowiących obciążenie ekonomiczne dla ziem etnicznie polskich, a ekonomicznie lepiej rozwiniętych. Wskutek tego, zamiast budować huty i przemysł, będziemy budować drogi asfaltowe łączące wsie ukraińskie i białoruskie.

Dziś ziemie są tak samo zacofane i wymagają gigantycznych inwestycji. Federacje i tworzenie bloków z tymi państwami stanowiłoby wyłącznie obciążenie. Dość dodać, że PKB całej Ukrainy (włącznie z ziemiami należącymi do tego państwa wyłącznie wirtualnie) wynosi tyle, ile samego tylko Województwa Mazowieckiego. Ukraina jest państwem upadłym, rozkradzionym przez oligarchów, w którym państwo jest tak samo wirtualne, jak jego granice. Również Grupa Wyszehradzka – co przyznano na Kongresie – nie działa, ponieważ interesy tworzące ją państw często bywają sprzeczne.

W tej sytuacji kierownictwo RN dojrzało do stanięcia oko w oko z prawdą empiryczną, że Międzymorze to idea błazeńska i odcięło się od niej całkowicie. W ten sposób tradycyjne endeckie myślenie o polityce międzynarodowej wygrało z utopią przyniesioną po 1989 roku do tradycji narodowej od naszego śmiertelnego wroga, jakim jest tradycja piłsudczykowska. Wraz z odrzuceniem tej utopii przyszło inne spojrzenie na Rosję. Na kongresie RN Robert Winnicki – odrzucając (zresztą słusznie) czołobitność wobec Moskwy – wskazał, że Rosja jest normalnym podmiotem stosunków międzynarodowych, z którym Polska może wchodzić w układy i rozmowy, wtedy, gdy taki jest interes Państwa Polskiego. Można więc rzec, że Ukraina i Rosja zostały odczarowane. Ukraina straciła status naszej “kochanki” (bez wzajemności), a Rosja stała się potencjalną “partnerką” w politycznej rozgrywce.

2/ Depisyzacja Ruchu Narodowego. Drugim elementem pozytywnym dzisiejszego RN jest zrozumienie, że ugrupowanie to nie może stać się młodzieżówką partii Jarosława Kaczyńskiego, która będzie podnosić tematy pisowskie, radykalizując ich przesłanie. Pamiętam jeszcze czasy, gdy jeden z występujących dziś polityków RN powiedział mi (w rozmowie prywatnej, dlatego nie wskażę palcem), że jednym z jego największych autorytetów jest Bronisław Wildstein. W praktyce oznaczało to radykalizowanie pisowskich tematów: dekomunizacji, kultywowania Żołnierzy Wyklętych czy traktowania materiałów publikowanych przez IPN jako prawdy kanonicznej. Zachwyty nad Międzymorzem także były do tego środowiska przyniesione z narracji pisowskiej. Nigdy nie ukrywałem swoich obaw, że RN może stać się rodzajem nieformalnej przybudówki, młodzieżówki PiS. Dla młodzieży sam Jarosław Kaczyński nigdy nie był atrakcyjny, ale mógł przyciągać młodych za pomocą formacji satelickich, ideologicznie całkowicie od niego uzależnionych.

Dzisiejsze wystąpienia na IV Kongresie RN pokazują, że kierownictwo tej partii już zrozumiało czym jest PiS. Odniosłem wrażenie, że pisowska polityka filobanderowska spowodowała to otrzeźwienie. RN jest dziś partią antybanderowską i sprzeciwiającą się przekształceniu Polski w “niezatapialny lotniskowiec” Stanów Zjednoczonych. Afera wokół wiceministra Grey’a i polityka ministra Witolda Waszczykowskiego oduczyły polityków RN zapatrzenia w PiS, a Wildstein trwale przestał być dla nich autorytetem. Politycy RN zrozumieli, że PiS różni się od PO tylko werbalnie, hasłami kierowanymi do patriotycznego i katolickiego elektoratu, podczas gdy w rzeczywistości jest najzwyklej w świecie ekspozyturą interesów Waszyngtonu i międzynarodowej finansjery, wciągającą nas w wojnę o Ukrainę i rewolucję obyczajową (“marksizm kulturowy”).

Oznacza to, że RN przestaje się samo postrzegać jako ugrupowanie pisoidalne, stojące na prawo od PiS, któremu PiS narzuca swoją narrację. Kierownictwo RN widzi, że narodowcy nie są na prawo od Kaczyńskiego, lecz stoją naprzeciwko niego, a konkretnie naprzeciwko konglomeratu wszystkich partii wywodzących się z tradycji solidarnościowo-okrągłostołowej. To olbrzymi postęp świadomościowy.

Przez lata patrzyłem i pisałem o RN krytycznie. Dziś piszę z zaciekawieniem i z pozytywnymi odczuciami. Ja się nie zmieniłem, to RN dojrzał i stanął przed szansą powrotu do racjonalnych założeń polityki Romana Dmowskiego.

Adam Wielomski

Facebook

2 thoughts on “Wielomski: Ruch Narodowy staje się narodowy? Garść refleksji po IV kongresie RN (10 XII 2016).”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *